czwartek, 28 marca 2013

Motyle Marii

Najpierw na kawałku grubego pergaminu pojawiał się rysunek, delikatny jak pajęczyna. Musiał być bardzo precyzyjny - chodziło o idealne odwzorowanie natury, jej lustrzane odbicie. Kreski układały się w kształty miękkich, pasiastych gąsienic, misternych oprzędów, pękających kokonów. Wydobywały kształt pokrytych łuskami motylich skrzydeł, wnętrza rozchylających się kwiatów, kontury liści. Istotny był każdy najmniejszy pręcik, nerw, każda żyłka - to była praca naukowca. 

Gdy rysunek już nie wymagał poprawek, Maria wyciągała farby. Wypełniała sieć kresek lśniącym cynobrem, błyszczącym szmaragdem, ognistym szkarłatem. Drobne muśnięcia bieli wydobywały blask motylich skrzydeł, ciemne tony zieleni podkreślały soczystość łodyg, purpura zmieniała w ogień rozwichrzone płatki irysów i piwonii. To już nie była tylko praca naukowca, to było dzieło sztuki. Popatrzcie:
Zaletą nauki jest to, że wcale nie budzi uczuć, mawiał Oscar Wilde. Eee tam, chyba nie oglądał rysunków Marii! Ja trwam w oczarowaniu, odkąd je zobaczyłam, i myślę, że Wy również. Budzą zachwyt, jak obrazy, rzeźby czy piękne ogrody. Są uznawane za arcydzieła, podziwiane i kolekcjonowane na całym świecie. Ale ich autorka figuruje w historii nie tylko jako znakomita malarka. Także jako wybitna przyrodniczka, którą została - jeśli można tak powiedzieć - raczej z nadmiaru niż z braku uczuć do dziedziny, którą się zajęła. 

Kiedy Maria Sibylla Merian przychodzi na świat, jest ledwie połowa siedemnastego wieku. Kobiety w nauce nie istnieją, a już badanie przyrody kompletnie im nie przystoi. Dbające o skromność damy nie mogą przecież studiować rozmnażania roślin. Rozmnażania, a fuj! Całkiem poważnie twierdzi się, że to nieprzyzwoite i moralnie szkodliwe. A obserwacja owadów? Jest jeszcze gorsza, to przecież "twory diabła"! Wedle obowiązującego wówczas wymysłu Arystotelesa powszechnie sądzi się, że owady powstają z gnijącej materii. 

Na szczęście mała Maria, córka grafika i wydawcy z Frankfurtu, nic o tym wie. Jest zwykłą, ciekawą świata dziewczynką i jak wszystkie dzieci uwielbia rysować i bawić się w ogrodzie. Potrafi całymi dniami leżeć z nosem w trawie, obserwując mikroświat pod krzakiem żywopłotu i nad kępą piwonii. Co też tam się dzieje! Cytrynowy motyl balansuje nad główką kwiatu, szykując się do śniadania, szmaragdowa gąsienica przesuwa smukłe ciało po łodydze, znacząc szlak wędrówki ogryzionymi liśćmi, złoty chrząszcz bada czułkami soczystą kulkę agrestu, a biedronka siedmiokropka wyławia z kłosów trawy maleńkie mszyce. Dziwy, dziwy, prawdziwe dziwy! - myśli Maria, jak wszystkie dzieci, zachwycone ziemią i jakoś bardziej z nią stopione niż dorośli. Może dlatego, że małe i blisko im do niej? 

Obok pulsuje świat w makroskali, na który dzieci i motyle nie mają wpływu. U Marii też się dużo dzieje. Jej ojciec umiera, gdy dziewczynka ma trzy lata, matka wychodzi po raz drugi za mąż. Ale nowy dom okaże się dla Marii dobry, to w nim rozwiną się jej dziecięce pasje. Ojczymem dziewczynki zostaje Jakub Marrel, znany malarz kwiatów. Widzi, że mała ma talent, który warto pielęgnować, że potrafi portretować przyrodę. Pod okiem ojczyma (i w ukryciu przed matką, która wścieka się na dziwaczne hobby córki) jedenastoletnia Maria robi pierwsze rysunki owadów i roślin "z natury".

Motyle, ich maluje najwięcej. Fascynuje ją ten tajemny proces, dzięki któremu z brzydkich larw i poczwarek wykluwa się czyste piękno. Wiele lat później, w jednej ze swoich książek napisze: "W młodości zajmowałam się poszukiwaniem owadów. Zaczęłam od jedwabników w moim rodzinnym mieście Frankfurcie. Następnie ustaliłam, że z innych gąsienic rozwijało się wiele pięknych motyli lub ciem, tak jak z gąsienic jedwabników. To przywiodło mnie do zbierania wszystkich gąsienic, jakie mogłam znaleźć, aby obserwować ich przemianę". Przez kolejne lata obserwuje, notuje, maluje. Jej szkicowniki puchną od obrazów kwiatów i motyli, szczegółowych botanicznych notatek. Zbiera materiał na co najmniej kilka książek, wydaje dwie. Jedna jest o kwiatach, druga o owej cudownej przemianie gąsienicy w motyla. W końcu ją rozszyfrowała i może wszystko precyzyjnie wyjaśnić, a wymysły o gnijącej materii posłać w kąt! Wiemy najlepiej, jak rewolucyjne są to prace - sporządzona przez Marię klasyfikacja motyli obowiązuje do dziś.

Maria Sibylla Merian
Wyrwana ze swojego mikroświata, czasem przypomina sobie, że istnieje coś poza nim. Jako osiemnastolatka znajduje męża, wychodzi za malarza z pracowni ojczyma, rodzi mu dwie córki. Związek chyba nie jest specjalnie szczęśliwy, najważniejsze jednak, że nie przeszkadza jej pracy. Ale po dwudziestu latach Maria ma dość. Porzuca męża, rzekomo z powodu jego "haniebnych występków", ale mnie się wydaje, że znajduje po prostu wygodny pretekst, by na stałe czmychnąć do swojego świata owadów. Ucieka tam, gdzie nikt nie będzie jej przeszkadzał - do klasztoru. A ściślej, dołącza do wspólnoty pietystów, pobożnych luteran, żyjących w zamku Waltha w Holandii. Kiedy dociera tam razem z matką i córkami, nie przypuszcza nawet, że już na nią czeka największa przygoda życia.

Właścicielem zamku jest gubernator Surinamu, holenderskiej kolonii w Ameryce Południowej. Przeniósł do Europy namiastkę tamtego świata. Zamkowe oranżerie wypełniają bujne rośliny, w wolierach fruwają egzotyczne ptaki, a pod ścianami stoją gabloty z kolekcją tropikalnych motyli o zupełnie fantastycznych rozmiarach, barwach i kształtach. Zachwycona Maria wie, że musi to wszystko zobaczyć na własne oczy. Czuje, że nie zazna spokoju, póki nie doświadczy, nie zbada, nie narysuje i nie opisze tego świata wybujałej przyrody. Czeka parę lat i zaczyna szykować się na wyprawę. 

Rodzina wpada w popłoch, słysząc gdzie ona się wybiera. Do Surinamu! Na koniec świata! Sama! I na starość! Ma już 52 lata, na ówczesne czasy jest niemal babuleńką. Wszyscy to wiedzą i widzą, jedna Maria nie rozumie, czego od niej chcą. Jeśli jest szansa, żeby zbadać nowy ląd, to czemu nie skorzystać? Jest wciąż tą samą ciekawską dziewczynką, która gapi się w ogródku na owady. Różnica jest tylko taka, że ma więcej lat. Na szczęście! Teraz, nawet gdyby uparła się całymi dniami gonić motyle, nikt jej nie zapędzi do domu, wmawiając że traci czas na głupstwa. Pakuje kufry, zabiera młodszą córkę i rusza w świat. 

Spędza w Ameryce dwa lata, przemierzając lasy, notując, rysując tropikalne stworzenia. Bezpiecznie wraca do domu i wydaje "Metamorfozy owadów Surinamu", swoją najpiękniejszą książkę. Zamawia najlepszy papier, zatrudnia mistrza do wykonania matryc, robi wszystko, by jej ukochany owadzi świat zyskał najdoskonalszą oprawę. W efekcie sama na tym traci, bo książka jest cudowna, ale tak przy tym droga, że niewielu stać na jej kupno. Maria specjalnie się nie przejmuje. Woli się utrzymywać z lekcji rysunku i sprzedaży ziół, niż zarabiać na dziele swego życia kosztem jego jakości. A piękno jest dla niej tak samo ważne jak naukowa prawda. 
Umiera w wieku 70 lat jako szanowana artystka i uczona. Po latach jej sława jeszcze wzrośnie, gdy okaże się, jak wielu rzeczom dała początek. Jako pierwsza formułowała swoje botaniczne wnioski na podstawie obserwacji, a nie teoretycznych spekulacji. Pierwsza wyruszyła też z naukową ekspedycją, bo tym była jej amerykańska wyprawa. No i w każdej encyklopedii jest przestawiana jako pionierka entomologii. To nauka, więc pewno nie powinna budzić żadnych uczuć. Ale we mnie budzi. 

Kiedy czytam o Marii i oglądam jej rysunki, znów mam sześć lat. Leżę na łące i widzę, jak pod liściem babki maszeruje karawana mrówek, jak błyszczący czarny żuk popycha swoją kulkę gnoju, a  różowa dżdżownica przemyka między grudkami błota. Wracają wszystkie te cuda, o których człowiek zapomina, kiedy odrasta od ziemi. Wracają dzięki Marii, wielkiej uczonej i zarazem małej dziewczynce, wiecznie zachwyconej żółtoskrzydłym motylem nad kępą narcyzów. I niech tak zostanie. Niech na końcu tej opowieści będzie rozwijający skrzydła motyl Marii.


Pomyślałam, że zechcecie przeczytać o Marii  u progu wiosny, której wciąż nie możemy się doczekać, i tuż przed Świętami Wielkiej Nocy. Każdy z oszałamiających rysunków Marii może być najpiekniejszą kartką wielkanocną. Życzę Wam Świąt, w których zobaczycie pierwsze motyle.
(Źródło zdjęć: Wkimedia Commons)

poniedziałek, 18 marca 2013

Dziwne życie Lavinii F.


Znacie ten portret? Zapewne tak, każdy gdzieś kiedyś go widział, a jeden rzut oka wystarczy, by zapadł w pamięć. Wygląda jak praca dwudziestowiecznego surrealisty, ale powstał setki lat temu, w 1595 roku. Sportretowana postać to Antonietta Gonzalez, dziewczynka dotknięta rzadką deformacją. Niektórzy nazywają to syndromem wilkołaka inni, bardziej naukowo, hipertrichozą. Objawem tej choroby jest gęste owłosienie, pojawiające się na całym ciele, również na twarzy. Wieki temu takich ludzi wytykano palcami jako wybryki natury, dziwadła, osobliwości, traktowano jak pół-zwierzęta. Dziewczynka na portrecie trzyma w dłoniach kartkę, na której jak się przypuszcza spisała historię swojej rodziny. Niemal wszyscy jej bliscy cierpieli na tę przypadłość, możemy się więc domyślać, jak wyglądało ich życie. Naznaczone niezrozumiałą innością było nieustannym pasmem upokorzeń - rejestrowanych ciągle okrzyków strachu, grymasów obrzydzenia, odruchów wstrętu.

Ale dziewczynka na portrecie nie budzi odrazy. Ubrana jest w piękną suknię, spojrzenie jej czarnych oczu błyszczy inteligencją, a usta układają się w delikatny uśmiech. Pokazano ją z niebywałym taktem - tak, jakby artysta doskonale rozumiał, ile wrażliwości kryje ta niepojęta inność, jak kruche wnętrze osłania twarz, uznana za wybryk natury. Może wrażenie bierze się stąd, że tym artystą była kobieta? I że również jej życie było zaprzeczeniem tego, co powszechnie uznawano za naturalne i właściwe?

Lavinia Fontana, Autoportret, 1579

Dziwną dziewczynkę namalowała Lavinia Fontana, renesansowa artystka, której prace dziś można oglądać w najsłynniejszych muzeach świata. A biografia malarki dziwi nas niemal tak samo, jak twarz sportretowanej przez nią dziewczynki. Też wygląda nam na wybryk natury, mimo że Lavinii los nie poskąpił ani urody, ani talentu. Zdumiewa nas to, że ona ten talent wykorzystała.

Urodziła się przecież w połowie XVI wieku, a już my dobrze wiemy, jak wyglądało wtedy życie kobiet, nawet tych z bogatych rodzin. Oczekiwano, że znajdą mężów, poprowadzą im dom i wychowają dzieci. A ich własne ambicje? Twórcze pasje? Lepiej, by nie były za wielkie! Wystarczała umiejętność wybrzdąkania paru melodii na szpinecie i talent do haftu, który przydawał blasku kościelnym ornatom. Ale Sztuka przez duże S była domeną mężczyzn i nikt kobiet w tym gronie nie widział ani doń nie zapraszał. A jednak Lavinia się w nim znalazła. I wcale nie musiała pokonywać niebotycznych gór, by osiągnąć, co chciała. Może dlatego dziś jej życie opisywane jest w kategoriach cudów?

Przyszła na świat w rodzinie Prospero Fontany, bolońskiego malarza i rysownika. W tamtych czasach uprawianie sztuki traktowano raczej jako solidne rzemiosło, niż formę ulotnej autoekspresji. Pracownie artystów przypominały małe przedsiębiorstwa, z tłumami uczniów i terminatorów, a ich rozkwit zależał od liczby zamówień. Dla najlepszych to był dochodowy biznes. W dodatku zostawał w rodzinie, jeśli tylko Opatrzność zechciała obdarzyć jej kolejnych członków choć odrobiną talentu. Fontana był szczęściarzem, bo jego córka miała go aż nadto.

Lavinia wyrosła w świecie sztuki i od zawsze czuła się w nim u siebie. Terminowała u ojca, ale jako dwudziestokilkulatka zaczęła już pracować na własne nazwisko. Rozkwitła jej sława zdolnej portrecistki i wkrótce najznakomitsze bolońskie rodziny ustawiały się w kolejce, by zamówić obraz u córki Fontany. Jej portrety miały w sobie jakąś niejednoznaczną delikatność. Wyłamywały się z obowiązującej konwencji upozowanych postaci, wystrojonych w sztywne szaty, z imponującymi kryzami pod szyją. Działały na emocje. Widać to zwłaszcza w wizerunkach dzieci. Współczucie budzi mała Antonietta o zdeformowanej buzi; czułość - maleńki chłopczyk na obrazie niżej, zagubiony w wystawnym otoczeniu i dziwnym łożu przypominającym nagrobek. Portrety Lavinii miały w sobie tę kobiecą miękkość, która przydawała im nowych znaczeń.

Nowonarodzony w łóżeczku, ok. 1583




Portret rodziny, 1598-1600
Portret szlachcianki, ok. 1580
Głowa młodzieńca, 1606
Kariera zdolnej portrecistki nabierała tempa. Lavinia dojrzewała jako artystka i miała większe ambicje niż dostarczanie wizerunków dobrze urodzonym bogaczom. Zaczęła malować sceny z mitologii, sięgać po wątki biblijne. Dotąd były to tematy zarezerwowane dla mężczyzn, bo kobiety, jak sądzono, nie potrafiły opanować na tyle dobrze sztuki rysunku i kompozycji, by sobie z nimi poradzić. Lavinia zupełnie nie zawracała sobie głowy takimi opiniami i wkrótce jej biblijne sceny zaczęły zdobić ołtarze bolońskich kościołów. Nazwisko Lavinii stało się marką - prowadziła własną pracownię, nie narzekała na brak zleceń ani uczniów. Cud, prawda? A to jeszcze wcale nie koniec!

Wieści o zdolnej artystce z Bolonii dotarły do uszu papieża Klemensa VIII, koniecznie chciał ją mieć w Rzymie. Pojechała. Rozkwitła tam i została do końca życia, ciesząc się poważaniem i wparciem papieża Klemensa, a potem jego następców, malując im ołtarze bazylik i kaplic. Dziś w każdej jej biografii przeczytamy, jak niezwykły był to przypadek, że kobieta-artystka zyskała tak mocną pozycję w Watykanie, że weszła do tego zamkniętego świata. Ale tak właśnie było. Ceniono ją i honorowano, przyjęto w poczet członków Akademii Świętego Łukasza, zrzeszającej artystów i architektów, jej prace wyróżniano medalami - słowem, osiągnęła to, o czym marzył każdy ówczesny twórca. Płeć nie była tu żadną przeszkodą.

Jezus ukazujący się Marii Magdalenie, 1581
Wniebowzięcie, 1583
Judyta z głową Holofernesa, 1600
Myślicie pewnie, że tak czy inaczej musiało to mieć swoją cenę. Że Lavinia pozostała do końca życia singielką, zamkniętą w swojej pracowni, umazaną farbą, skupioną wyłącznie na pracy. Ależ nic z tych rzeczy, kolejny cud! Była mężatką, w dodatku szczęśliwą. Miała 25 lat, gdy poślubiła jednego z bogatych uczniów swego ojca i urodziła mu jedenaścioro (!) dzieci. Gian Paolo Zappi okazał się mężem na wskroś współczesnym - i to w dzisiejszym rozumieniu tego słowa. Trudno uwierzyć, ale naprawdę zrobił to, co zazwyczaj (do dziś przecież) robią kobiety - zrezygnował z własnej kariery, zajął się domem i zaopiekował dziećmi. Wcale nie zabraniał żonie malować. Przeciwnie, wiedział, kogo z nich dwojga Bóg obdarzył większym talentem, i nie zamierzał stawać temu w poprzek. Lubił asystować żonie przy pracy, mieszając farby, cyzelując drobne elementy jej płócien, załamania draperii, wzory tkanin, kontury roślin.

Minerwa ubierająca się, 1613
Wszystko to brzmi nierealnie. Cała ta Lavinia Fontana to ewidentnie jakieś dziwo, wybryk natury, całkiem jak twarz dziewczynki na jej najsłynniejszym obrazie. Tak myślicie? Bo ja tak myślałam, kiedy usłyszałam o niej po raz pierwszy. Ale teraz trochę mi wstyd. Bo czy nie jest tak, że za często przykładamy własne miary do cudzego życia, choćby tego sprzed setek lat? Że nasze wyobrażenie o historii kobiet również utkane jest z feministycznych klisz, wedle których obowiązkowo byłyśmy gnębione, niedoceniane, pomijane, spychane w kąt? Owszem, byłyśmy. Ale przecież nie zawsze i nie wszystkie. Najlepszym przykładem Lavinia - dziwna, spełniona kobieta sprzed czterech wieków.


(Źródła zdjęć: Web Gallery of Art, Wikimedia)

piątek, 8 marca 2013

Jak kończyły romantyczne anioły

Trafiły do historii, bo były obiektem admiracji poetów i tkwią tam do dziś, upozowane na heroiny. Zastygły w pozie wcielonej doskonałości, wiecznie młode, ubrane w swoje białe suknie, z różami we włosach. Eteryczne panny, nieziemskiej urody i rzadkich przymiotów ducha. "Wietrzne istoty", którym postaci "zazdroszczą anieli". A jakie były naprawdę adresatki tych poetyckich hołdów? Zwłaszcza, gdy już wyrosły z poezji i dopadła je proza życia? Ani takie piękne, ani takie mądre, ani takie dobre. Oto trzy panie o nazwiskach znanych z lekcji polskiego: pierwsza przeputała fortunę, druga się roztyła, trzecia dorobiła się opinii damy lekkich obyczajów. Gdyby w ich czasach istniały tabloidy, zapewne właśnie tak zostałyby przedstawione. Poznajcie historię trzech romantycznych aniołów w wersji bez romantycznej egzaltacji.

Anioł rozrzutny: Henrietta Ewa Ankwiczówna
Słynny "cziczerone" Mickiewicza, jego młodziutka przewodniczka w czasie pobytu w Rzymie. On miał wtedy lat 31, ona 19. Zauroczony niebieskooką blondynką, raczej świeżą niż piękną, nawet się jej oświadczył. To o niej pisał: "Mój cziczerone! dziecinne masz lice, / Lecz mądrość stara nad twym świeci czołem; / Przez rzymskie bramy groby i świątnice / Tyś przewodniczym był dla mnie aniołem".
Młodziutka Henrietta Ankwiczówna
Ewidentnie trochę przesadził z tą mądrością, co pokazują dalsze losy panny. Miłość do poety szybko wybił jej z głowy arystokratyczny tatuś, który pragnął dla córki lepszej partii. I szukał jej na tyle długo, że wpędził dziewczynę w staropanieństwo. W mocno zaawansowanym jak na ówczesne czasy wieku 26 lat Henrietta wyszła za mąż za odpowiedniego i równego jej urodzeniem pana Sołtyka z Kurozwęk (niezależnie od tego jak zabawnie to dziś brzmi, Sołtyk był dziedzicem starego nazwiska i dużej fortuny, a piękny pałac w Kurozwękach wciąż stoi, możecie nawet w nim zamieszkać, bo mieści też hotelowe pokoje).
Ułożone małżeństwo jak można się spodziewać, nie ułożyło się dobrze i panna często umykała z owych Kurozwęk do rodziców. Męczyła się tak cztery lata, po których Sołtyk pożegnał się z tym światem, a razem z nim ojciec Henrietty. Wreszcie mogła sama decydować o swoim losie! Ale czy wykazała się ową mądrością wysławianą przez Mickiewicza? Nic z tych rzeczy!
Odczekawszy kilka lat w stosownej żałobie, wybrała sobie drugiego męża. Teoretycznie wybrała dobrze - był nim nieco od niej młodszy zamożny ziemianin Kazimierz hrabia Kuczkowski. Zamieszkali w sławnej willi Decjusza, pięknym renesansowym pałacyku na Woli Justowskiej w Krakowie. I zaczęło się słodkie życie! Państwo Kuczkowscy dopieszczali swoją sławną siedzibę, co i rusz  inwestując w kosztowne remonty, a przy tym używali życia. Wydawane przez nich przyjęcia, wieczorki, pikniki  były najbardziej pożądanymi imprezami w okolicy, puszczono nawet omnibus, który co niedzielę dowodził wszystkich chętnych z Krakowa na Wolę. Ale im lepiej hrabiostwo się bawiło, tym ich szybciej rosły ich długi. Wszystko skończyło się niepięknie - licytacją majątku Ankwiczów i Kuczkowskich, a po drodze była jeszcze niechlubna wycinka lasów na Woli Justowskiej, co miało trochę pomóc niefrasobliwej parze w spłacie gigantycznych zobowiązań.
Największą cenę za tę lekkomyślność zapłaciła Henrietta. Mąż zmarł w 1863 r., zostawiając jej na głowie cały ambaras. Biedowała. Pomieszkiwała kątem u krewnych, w jakichś oficynach, wysyłając stamtąd do przyjaciół listy, czasem naprawdę rozpaczliwe: "Jestem bez chleba, bez mięsa, bez ognia i bez nadziei". 
Niespodziewanie pod koniec życia (a umarła w roku 1879) przyszedł  jej w sukurs... Adam Mickiewicz. Nie, nie osobiście, nie żył już od dawna, ale jego sława Narodowego Wieszcza dopiero nabierała rozpędu. Antoni Odyniec, przyjaciel poety, który towarzyszył mu w podróży przez Europę i był świadkiem jego rzymskiego romansu, zaczął drukować w gazetach swoje wspomnienia. Henrietta obudziła ciekawość, zaczęli do niej zaglądać pisarze, reporterzy, a co najważniejsze - zaczęły też napływać datki pieniężne i zaproszenia od ludzi, których poruszyła smutna starość anielskiej muzy Mickiewicza. Ostatni rok życia spędziła pod troskliwą opieką ludzi, którzy patrzyli na nią jego oczami:. "...ujrzałem Ewę, / Jaką widziałem na Albańskiej górze, / W białej sukience i ubraną w róże; / Motyle wkoło, ona między niemi / Zdała się wznosić i nie tykać ziemi".


Anioł domowy: Maria Wodzińska
O, ta to musiała być prawdziwą łamaczką serc! Zaliczyła jednego po drugim z naszej romantycznej załogi, najpierw Słowackiego, potem Chopina. Co takiego widzieli w tej dziewczynie, że po kolei padali jej do stóp? Oto jest pytanie, na które strasznie trudno znaleźć dobrą odpowiedź.
Słowacki zadurzył się podczas pobytu w Szwajcarii: "Tam ją ujrzałem! i wnet rozkochany, / Że z tęczy wyszła i z potoku piany, / Wierzyć zacząłem i wierzę do końca: / Tak jasną była od promieni słońca! / Tak pełna w sobie anielskiego świtu! / Tak rozwidniona źrenicą z błękitu!" Łał, co za opis! Toż to jak narodziny Wenus, wyłaniającej się z morskiej piany i przyprawiającej o dreszcz urzeczonych jej... urodą? Ech, no cóż, może urodą niekoniecznie.
Marynia Wodzińska
Maria nie była ładna, co zresztą przyznawał sam Słowacki, zanim jeszcze zapadł na pomroczność jasną i widział samą tylko doskonałość. Pisał o tym w listach do matki, zaraz gdy poznał Wodzińskich. W tej relacji spotkanie z Marią nic a nic nie przypominało objawienia Wenus anielskim świtem: „Dorosła już panna, ale bardzo brzydka - gra ślicznie na fortepianie”. Marynia nie była ani taka dorosła (miała ledwo 15 lat!), ani taka znów bardzo brzydka. Miała urodę małej Włoszki, wielkookiej brunetki o wydatnych rysach, za dużym nosie i ustach. Ale była miła i obdarzona talentami, jakie pasowały ówczesnym panienkom - grała, rysowała, haftowała. Znana akwarelka z wizerunkiem Chopina to jej dzieło. Uszyła mu też kapcie, a potem napominała w listach, by je nosił, koniecznie razem z wełnianymi pończochami. Nudna? No, ale posag miała pokaźny, Wodzińscy byli najpotężniejszą magnacką rodziną na Kujawach. Nie chcę przez to powiedzieć, że romantyków przyciągał do panienki nieromantyczny posag, ale Maria była zwyczajnie dobrą partią. I młody człowiek, jeśli już się zadurzył, niewiele mógł znaleźć obiekcji, które przeszkadzałyby mu czym prędzej paść do nóg i prosić o rękę.
Chopin na akwarelce
namalowanej przez Marię
Słowacki się nie odważył, za to Chopin owszem. No i tylko biedy sobie napytał. Nikt mu wprost nie odmówił, formalnie byli nawet z Marią narzeczonymi, ale potem... wszystko jakoś samo się rozeszło. Oni wrócili do Polski, on został w Paryżu, listów miedzy nimi płynęło coraz mniej, aż któregoś wieczora Chopin zrozumiał, że nic z tego nie będzie, że w bogatym domu Wodzińskich zawsze będzie tylko "fortepianistą". Zapakował do koperty wszystkie listy od Marii, zawiązał różową wstążeczką, a pakiecik podpisał: "Moja bieda".
Nic nam nie wiadomo, czy Maria cierpiała z powodu zerwania, ale chyba niespecjalnie, bo w jej listach nie ma większego śladu jakichś głębszych duchowych zawirowań. Być może uczucia Słowackiego i Chopina były nieodwzajemnione, a może Maria nie miała siły, by sprzeciwić się rodzicom? Była posłuszną córką i gdy kilka lat później znaleźli jej odpowiedniego ich zdaniem kandydata - hrabiego Skarbka - bez szemrania poszła za mąż. W tym małżeństwie spędziła kilka nudnych lat, a potem spadło na nią coś, co pokazuje, że o prawdziwej romantycznej miłości nie miała dotąd pojęcia. Bo kiedy w końcu ją dopadła, w łagodnej Marii obudziła się lwica!
Maria pod koniec życia
Zajęło jej trochę czasu szukanie tej miłości, bo dobiegała już trzydziestki. Obiektem jej uczuć okazał się nieodpowiedni do granic niejaki pan Orpiszewski, ni mniej ni więcej, tylko... dzierżawca jej własnego męża (dodajmy też, że młody i przystojny). Były spazmy, były awantury, był skandal, ale Maria postawiła na swoim, po raz pierwszy w życiu. Wywalczyła rozwód i bez najmniejszego żalu zamieniła wystawny dwór na lichy dworek, w którym zamieszkała z ukochanym. Czuła się szczęśliwa i spełniona. Wreszcie.
Przekroczywszy trzydziestkę w niczym nie przypominała eterycznej dziewczyny, jaką była kiedyś. Mocno się zaokrągliła, wyglądała jak  typowa matrona z dworu na skraju wioski. Jej było z tym dobrze, taką się przecież czuła. Ale ludzie, którzy ją wówczas spotykali, nie mogli uwierzyć, że to w tej twarzy mają szukać rysów promiennego anioła ze sławnego miłosnego poematu „W Szwajcarii”. Nie przejmowała się nimi, raczej im współczuła. Wiedziała, że niektórym trudno zrozumieć jej życie, ale może dlatego, że nie poznali prawdziwej miłości? Wieczorami grywała im Chopina...



Anioł rozpustny: Maria Kalergis
"Oh! Pani, Błękitno-oka, z równym profilem Minerwy..." - roztkliwiał się nad nią Norwid. To głównie dzięki niemu nazwisko Marii Kalergis nie przepadło w mrokach historii. Młody poeta ciężko się w niej zakochał, co przywiodło go do ruiny, ponieważ pani była luksusowa, a on biedny jak mysz kościelna. Zadłużył się i ruszył za nią w rajd po Europie, co skończyło się wielkim rozczarowaniem, bo dla pani Kalergis gorącogłowy poeta był zaledwie epizodem. Odtrącony, uciekł na drugi koniec świata, do Ameryki, a potem się zemścił, portretując ukochaną jako zmanierowaną arystokratkę w "Pierścieniu wielkiej damy".
Maria Kalergis,
romantyczne bóstwo o fiołkowych oczach
Wtedy jednak Norwida prawie nikt nie czytał, za to dzisiaj i owszem. A razem z nim w naszej świadomości zadomowiła się też "muza polskiego romantyzmu" Maria Kalergis Muza? Zapewne. Choć ci, którzy nazwaliby ją libertynką, też mieliby sporo racji. Byłą jedną z tych romantycznych widmowych heroin, które krążyły po stolicach i kurortach Europy, otoczone rojem wielbicieli. Nazwiska panów w orszaku Marii Kalergis przyprawiały o zawrót głowy: Liszt, Wagner, de Musset, Gautier, Krasiński, a nawet sam cesarz Napoleon III. Zgodnie z duchem czasów widziano w Marii romantyczną westalkę, obiekt platonicznych hołdów, choć zdarzali się i tacy, którzy nie szukali eufemizmów na określenie damy o ognistym temperamencie. Poeta Heine też miał skojarzenia z bóstwami, ale bardziej przyziemne - nazywał panią K. "panteonem, na którym spoczywali wielcy mężowie".
Listy i pamiętniki z tamtych czasów pełne są zachwytów nad jej anielską urodą: złoty odcień włosów przypominał płótna mistrzów szkoły weneckiej (cokolwiek miało to znaczyć), oczy były jak fiołki parmeńskie, skóra olśniewająco biała, a szyja obowiązkowo łabędzia. Jeden Wiktor Hugo trzymał się ziemi: "Pani Kalergis jest to piękna Rosjanka, które są teraz u nas w modzie, biała i wesoła, wielka jak dragon, z dołeczkami jak pani Pompadour".
Była piękna, dowcipna, uwodzicielska, bogata, znała kilka języków i pięknie grała na fortepianie - czegóż trzeba więcej, żeby rosła legenda romantycznej heroiny? W dodatku stała za nią dość burzliwa przeszłość. Jej ojciec, szef warszawskiej żandarmerii, zmusił ją jako siedemnastolatkę do małżeństwa z Grekiem, Janem Kalergisem, bogatym jak krezus i odrażającym jak grzech śmiertelny. Uciekła od niego już parę miesięcy po ślubie, nie zapomniawszy jednakowoż zadbać wcześniej o zasobną sakiewką. I tak zaczęła się jej wędrówka po salonach Europy, z wianuszkiem wielbicieli w tle. Nowego męża wziąć sobie nie mogła, bo pokraczny pan Kalergis za nic nie godził się na rozwód. A skoro męża mieć nie mogła, brała sobie kochanków.
Dopiero gdy Kalergis umarł, a ona przekroczyła czterdziestkę, spróbowała wreszcie ułożyć sobie życie na nowo. Z tłumu adoratorów wybrała... zaskakująco, całkiem jak panna Wodzińska, która zamiast w Chopinie zakochała się we własnym dzierżawcy. A Maria Kalergis - ta muza artystów - związała się z warszawskim policmajstrem Sergiejem Muchanowem, młodszym od niej o ponad jedenaście lat. Znowu skandal, jak u Wodzińskich! Na szczęście zaraz przycichł, bo Muchanowa szybko awansowano na dyrektora teatrów Warszawy.
Zaskakujące, bo obie na tym nieźle wyszły - i Maria, i Warszawa. Okres ten w dziejach polskiej sceny nazwano potem "epoką gwiazd". Moniuszko otworzył wtedy Instytut Muzyczny, w teatrach występowała Modrzejewska, wystawiano Słowackiego, Schillera, Fredrę. Dla wszystkich było jasne, że architektką tej wspaniałej polityki nowego dyrektora jest jego piękna, inteligentna żona, muza artystów.
Muchanow nie opuścił jej aż do śmierci. A potrzebowała jego opieki, bo długo chorowała, zanim umarła na raka w wieku 52 lat. Ferenc Liszt, jeden z byłych kochanków, napisał wtedy elegię na jej cześć, a życie Marii nazwał "nieprzerwanym i nieustannym poszukiwaniem ideału piękna i dobra". 
Romantyczne anioły jak widać kończą w wielkim stylu. Nawet, jeśli po drodze za często przyszło im stykać się z ziemią...


Źródła m.in: Jerzy Jankowski, Nieromantyczni romantycy; Maria Dernałowicz, Słowacki; Ferdynand Hoesick, Chopin; Przewodniki (liczne!) po Krakowie. Zdjęcia: Wikimedia
Jako główną ilustrację wykorzystałam obraz Edwarda Burne-Jonesa "Złote schody" (1876-80)