niedziela, 21 kwietnia 2013

Historia z photoshopa

Z historii można być dumnym i można się jej wstydzić. Może być ona źródłem wielkich wzruszeń, ale i głębokiej niechęci. Można się nią śmiertelnie nudzić, ale można też znakomicie się nią bawić. Dziś chcę o tym ostatnim.

Czasem pokazuję w tym blogu brytyjskie czy amerykańskie filmiki, na których współczesne dziewczyny układają sobie wiktoriańskie koki albo ubrane w krynoliny starają się przebrnąć przez korporacyjne biurowce. Bardzo lubię taką zabawę historią i uważam, że strasznie nam jej w Polsce brakuje. Ja rozumiem, że nam trudniej niż innym. Radosnych momentów mieliśmy w dziejach średnio ze sto razy mniej niż reszta świata. Ale nie możemy przecież tylko upamiętniać, ogłaszać, świętować, celebrować i od czasu do czasu  pokłócić się o to, kto kogo pocałował w "Kamieniach na szaniec". I czy aby nie pomylił płci. A potem wytykać sobie w pseudobłyskotliwych, akademickich frazach "dekonstrukcję bohaterstwa",  "rażącą ahistoryczność", "błędy egzegezy" i "reinterpretację kanonu myśli patriotycznej". Dla przeciętnego Polaka-szaraka, jak ja, taka historia to jakaś czarna dziura, do której nie ma najmniejszej ochoty zaglądać.

Lubię, gdy o przeszłości opowiada mi się moim językiem. Dlatego jako odtrutkę na te nasze wojny o historię i jej nieustanne zadęcie, puszczam sobie filmiki, które zobaczycie niżej -  twarze sławnych osób, odtwarzane w photoshopie na podstawie rzeźb czy portretów. Lubię je oglądać, bo czasem dużo lepiej pozwalają mi poczuć ducha epoki i zrozumieć jej bohaterów, niż kilometrowe biografie klecone z mozołem przez historyków. Jakoś inaczej myślę o Marii Antoninie, gdy widzę "na zdjęciu", jak wyglądała jej słynna habsburska warga. Zaczynam rozumieć, o co chodziło Pascalowi, kiedy pisał, że od długości nosa Kleopatry zależały losy świata.

Szkoda, że nie ma ani jednego takiego polskiego "zdjęcia" - książę Pepi, królowa Bona, Barbara Radziwiłłówna aż się o to proszą! Może warto budowę "kanonu myśli patriotycznej" zacząć od stworzenia współczesnego języka historii? Zrozumiałego i atrakcyjnego dla nas, wychowanych - sorry - na kolorowych pismach, pudelkach i photoshopie. Nie warto?  Ale może właśnie takie podejście sprawi, że wielu z nas przestanie uznawać historię za stek nikomu nieprzydatnych nudziarstw? Jak mawiał pewien wielki król, Paryż wart jest mszy...

Kleopatra VII (69 rok p.n.e.,- 30 roku p.n.e), ostatnia królowa hellenistycznego Egiptu, jedna z najbardziej znanych kobiet w historii. Umiała rozkochać i utrzymać przy sobie dwóch najpotężniejszych mężczyzn epoki, Juliusza Cezara i Marka Antoniusza. Dzięki inteligencji i talentom dyplomatycznym (bo jak zobaczycie niżej, wieści o jej wybitnej urodzie były mocno przesadzone...) potrafiła utrzymać niezależność swojej ojczyzny od potęgi Rzymu.

Za to ta twarz nie bez powodu uznawana jest za ideał kobiecego piękna. Uroda Nefretete poraża! Jej imię znaczy "Piękna, która nadchodzi" i nie ma w tym żadnej przesady. To słynne popiersie egipskiej królowej, żony faraona Echnatona z XVIII dynastii, jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli starożytnego Egiptu. Odnalazł je w 1912 roku niemiecki egiptolog Ludwig Borchardt. Dziś królową można oglądać w Berlinie. Zobaczcie, jak uroczo tu się do Was uśmiechnie...


Aleksander III Macedoński (356 p.n.e.- 323 p.n.e.), jeden z największych zdobywców w historii ludzkości. Podbił pół cywilizowanego świata i uwinął się z tym przed trzydziestką! W dodatku prawdziwe z niego było ciacho...


Eleonora Akwitańska (1122-1204), chyba najbardziej wpływowa dama średniowiecznej Europy. jedyna kobieta, która była zarazem królową Francji i Anglii. I wcielenie ideału gotyckiej urody.

Anna Boleyn (1501/07-1536), druga i najsławniejsza żona króla Anglii Henryka VIII. Dla niej Henryk zdecydował się na rozwód z Katarzyną Aragońską i w efekcie - na  rozwód z Rzymem, na przewrót religijny. Niestety, Anna położyła głowę pod topór, bo nie dała królowi upragnionego syna. Tyle dobrego, że jej córka, Elżbieta I Tudor, zostanie najwybitniejszym angielskim monarchą.


A to absztyfikant Anny, czyli król Henryk VIII (1491-1547) na słynnym obrazie Hansa Holbeina. Tutaj zobaczycie, jaki będzie w wersji mocno odmłodzonej i odchudzonej. Niekiepski, choć ani w połowie tak ładny, jak Jonathan Rhys-Meyers, grający go w serialu "Dynastia Tudorów".

Maria Antonina (1755-1793), królowa Francji, słynna z przekraczającego wszelkie pojęcie wystawnego życia, które znalazło tragiczny koniec na szafocie, w ogarniętym rewolucyjną gorączką Paryżu.


Po Antoninie nastał Napoleon (1769-1821), najpierw jako pierwszy konsul, a potem cesarz Francuzów. Niezależnie od kontrowersji, zgodnie uznawany jest za jednego z najwybitniejszych mężów stanu w historii. Anegdotyczny jest jego niski wzrost - miał jednak 168 cm, wcale nie tak mało, jak na ówczesne czasy.

niedziela, 14 kwietnia 2013

Królowe tabloidów

Świat się zmienia? Zapewne, ale my nie bardzo. Choć obrastamy w nowe gadżety, to nasze zachowania i gusta zdecydowanie za nimi nie nadążają, są takie same od wieków. Myślałam o tym siedząc u kosmetyczki i grzebiąc się w stosach kolorówek. Uderzyło mnie, że na okładkach dzisiejszych pism doskonale odnalazłyby się kobiety, o jakich piszę w tym blogu, barwne damy sprzed dwóch, trzech czy pięciu wieków. Pobawiłam się tym trochę i "paczajcie", co wyszło: oto celebrytki sprzed lat na pierwszych stronach dzisiejszych gazet. Wszystkie te atrakcyjne, okładkowe frazy (poza nazwiskami bohaterek) naprawdę pochodzą z rzeczonych pism, nie zmyśliłam ani jednej. Ale chyba pasują? Dobrej zabawy!

środa, 10 kwietnia 2013

Kopciuszek. Dalsze losy

Kiedy w dzieciństwie słuchałam bajek o Kopciuszku, trudno mi było uwierzyć, że ich bohaterka - to usmolone, kuchenne popychadło - była piękna. Że łachmany i smugi sadzy na policzkach mogły tak skutecznie zakamuflować jej urodę. To jak to? - myślałam sobie. Oni tam wszyscy ślepi byli? Nikt nie widział tych fiołkowych źrenic, perłowych ząbków, kształtnej nóżki? Trzeba było dopiero dziewczynę wystroić w falbaniastą krynolinę i obwiesić klejnotami, żeby ludziom opadły z oczu łuski?
Kiedy trochę urosłam, zrozumiałam, jakie to bałamutne prawdy miała dzieciom wtłaczać do głów ta bajka. Miała im uświadamiać, że uroda nie ma znaczenia, bo nawet brudny kopciuch zmienia się w księżniczkę w oczach zakochanego księcia. Że o pięknie nie decyduje regularność rysów, lecz szlachetność serca. Że najważniejsze jest niewidoczne dla oczu. I że wszystko to guzik prawda!
Bo ledwie dzieci odrosną od ziemi, jasno widzą, że opowiadano im duby smalone. Przecież tylko naiwniak i dureń zobaczy w brzydkim kopciuchu piękną księżniczkę. Nikomu normalnemu taka historia się nie zdarza! Dlatego w prawdziwym, dorosłym życiu kopciuch tkwi tam, gdzie jego miejsce - w bajce. Jednak niekiedy... bardzo rzadko...  właściwie prawie nigdy, ale...  no cóż... czasem z tej bajki ucieka. Posłuchajcie historii Elżbiety.


Wyobrażam sobie, co też ona musiała czuć w czasie swojej długiej drogi do Krakowa. Była pewno jednym kłębkiem nerwów! Dobrze wiedziała, jak będzie wyglądać ta chwila, kiedy już stanie przed młodym polskim królem. Zapewne on też, jak wielu wcześniej, wywali na nią oczy i będzie się gapić z otwartą gębą. Już czuła ten wzrok, ślizgający się po jej postaci, widziała to zdumienie, a potem, nie daj Boże, grymas wstrętu?

W takich chwilach - krótkich, bo nie umiała długo chować urazy - czuła złość na swego wuja. Może gdyby w dzieciństwie choć trochę o nią zadbał, nie byłaby taka niewydarzona. Jej kości rosłyby prosto i równo, a figura nie wygięłaby się w znak zapytania. Twarz nie byłaby tak komicznie wąska i długa. I ten groteskowy uśmiech! Nieszczęsna wada zgryzu sprawiała, że siekacze były ułożone niemal poziomo i wystawały z warg, choćby nie wiem jak starała się je zaciskać. I co on... Kazimierz... młody i podobno przystojny... co on powie, kiedy stanie przed nim taka narzeczona? Ucieknie w popłochu, a ją odeśle do domu? Nie, nie, wiedziała, że tego nie zrobi. Nie pozwoli mu dworność, ale przede wszystkim polityczny interes. Przecież Elżbieta jest habsburską cesarzówną, dobrą partią, o którą polski król sam zabiegał! W tym momencie budziła się jej rodowa duma, dodając trochę animuszu, ale duma kobieca... ech... ta leżała w gruzach.

Nieliczne wizerunki Elżbiety Rakuszanki. Ze względu na swoją nieszczególną urodę nie lubiła się portretować
Kiedy Elżbieta w końcu dociera na miejsce i staje przed narzeczonym, wszystko toczy się tak, jak w jej najczarniejszych snach. Wychodzi jej na spotkanie 27-latek, który pasuje do dziewczęcych marzeń: wysoki i szczupły, ciemnowłosy, o wąskiej twarzy i dużych, nieco skośnych czarnych oczach. Ona patrzy na niego z upodobaniem, ale on... Brwi nad jego czołem zbiegają się w równą kreskę, a przyjemna, miękka i śpiewna mowa, z której Elżbieta nie rozumie ani słowa, zaczyna nabierać twardych tonów. Dziewczyna widzi, że nie jest dobrze!

Kazimierz Jagiellończyk patrzy na Austriaczkę i czuje, jak ogarnia go furia. Teraz już rozumie, czemu wysłany na przeszpiegi Marcin Bielski, który miał mu obejrzeć narzeczoną, tak potem kręcił i opowiadał te swoje głodne kawałki. O tym, że jest  "ni do kogo prawie podobna w twarzy i na wyroście", a postać ma "różną niż wszyscy ludzie". No ma! Każdy widzi to garbate metr sześćdziesiąt, wykręcone jak sosna na wietrze!

Królowi trudno zapanować nad emocjami. Ucieka do swoich komnat i nie opuszcza ich przez dwa dni. W końcu zwołuje doradców. Mówi im wprost, "że mu się oblubienica nie podoba" i prosi, "aby mu radę dali, bo jej za małżonkę mieć nie chce". Oczywiście, żadnej innej rady nie dostanie, jak tę, że musi się do Elżbiety przekonać, bo dynastyczne  korzyści tego mariażu liczą się bardziej niż jego gust. Król sam to wie, sam o ten ożenek zabiegał i czuje, że wpadł w pułapkę. Po dwóch dniach zmagań ze sobą, z ciężkim sercem decyduje się wziąć brzydulę za żonę.

Richard Redgrave, Kopciuszek (1842) 


10 lutego 1454 roku 27-letni Kazimierz Jagiellończyk, od siedmiu lat król Polski, staje przed ołtarzem z 18-letnią Elżbietą Austriaczką (po staropolsku Rakuszanką). Wesele jest huczne, a uroczystości trwają całe osiem dni. 

A potem, co się dzieje potem? Uwierzycie, że tego nie wiadomo? Zadziwiające, jak wiele zachowało się przekazów i relacji na temat tego pierwszego spotkania naszej pary i jak niewiele wiadomo o tym, co działo się między nimi zaraz po ślubie. A musiało się dziać sporo, skoro piękny Kazimierz od wielkiej niechęci szybko przeszedł w stan oczarowania swoją brzydką żoną. Bo po tym hucznym ślubie wcale od niej nie uciekł do ślicznych dwórek, strzelających w jego stronę spojrzeniami. On się w niej zakochał! Ale jak przebiegła ta tajemnicza metamorfoza - na ten temat przekazów brak. To, co najciekawsze, musimy więc sobie wyobrazić sami. Historycy i kronikarze zgrabnie i wygodnicko wyłgują się okrągłym zdaniem, że małżeństwo, mimo początkowej niechęci Kazimierza, ułożyło się nad wyraz harmonijnie. Zachowują się całkiem jak bajkopisarze, kwitując historię królewskiej pary zaklęciem: "A potem żyli długo i szczęśliwie". 

Kazimierz IV Jagiellończyk
na obrazie  Marcello Bacciarelliego
Mogę się tylko domyślać, że to szczęście było zasługą naszego Kopciuszka. Że gorąco zakochała się w swoim mężu, co prawdę mówiąc, nie było trudne. Król najwyraźniej należał do tych mężczyzn, o których marzą wszystkie kobiety. Przystojny, niegłupi, stanowczy kiedy trzeba, ale na co dzień ujmujący i wrażliwy. Ciekawą opinię, właściwie litanię zachwytów, zostawił o nim pruski kronikarz: „miły, najłagodniejszy, najdobrotliwszy, najlepszy”. Do tego para ciemnych oczu i smukłe ciało, czegóż wymagać więcej?

Elżbieta dla Kazimierza nauczyła się naszego kraju. Szybko opanowała polski, bo on nie znał jej języka. Bystry i otwarty umysł dziewczyny chłonął wszystko, co wokół się działo. Próbowała zrozumieć ten obcy świat i jak najszybciej stać się jego częścią. Tym zapewne zjednywała sobie ludzi. Szybko zaprzyjaźniła się z matką Kazimierza, królową Sonką, i krok po kroku stawała się coraz bardziej poważaną i kochaną osobą na polskim dworze. On widział, jak żona owija sobie wszystkich wokół palca, czy można się dziwić, że w końcu sam jej uległ? Był przecież z tych wrażliwców, "najłagodniejszych i najdobrotliwszych". Zapewne patrzył na jej jasne warkocze, na błyszczące, siwe oczy i zastanawiał się, czemu wcześniej nie zobaczył ich urody.

Myślę, że to zakochiwanie się w Elżbiecie zabrało mu mniej więcej rok. Bo niemal równo dwa lata po ślubie przyszedł na świat ich pierworodny, Władysław, a potem już "co rok, to prorok", jak mawiała moja babcia. Jak w zegarku sypały się kolejne dzieci (w sumie trzynaścioro!) i zaczęła się ta małżeńska idylla, która przejdzie do kronik. Że kochali się gorąco, ufali sobie bezgranicznie i nie rozstawali ani na krok. On ją zabierał we wszystkie swoje podróże, zjechała z Kazimierzem całą Koronę, a Litwę odwiedziła aż 30 razy (i to będąc niemal cały czas w ciąży, miała kobieta zdrowie!). Przeżyli ze sobą 38 lat i przeszli do historii jako najlepiej dobrana i najszczęśliwsza królewska para w naszych dziejach.

Kraków na najstarszym ze znanych drzeworytów, w piętnastowiecznej "Kronice Świata" Schedeliusa


I wychowali wspaniałe dzieci. Elżbieta już potrafiła zadbać, by jej synowie i córki dostali nauczycieli najlepszych z możliwych. Uczyli ich sławny dyplomata i historyk Jan Długosz i uznany włoski humanista Filip Kallimach. Warto było, Elżbieto! Jeden Twój syn Kazimierz zostanie świętym, drugi, Zygmunt, wielkim polskim królem. A pozostałe dzieci?

W wyliczeniu, jakie niżej przytoczę za Władysławem Kopalińskim, aż roi się od genealogicznych szczegółów. Trochę trudno przez nie przebrnąć, ale zapewniam Was, że warto. Spójrzcie, wynika zeń jasno, że wszystkie - uwaga, WSZYSTKIE! - dynastie panujące dzisiaj w Europie pochodzą po kądzieli od naszej pary Jagiellonów, od Kazimierza i Elżbiety. 

Najstarszy ich syn, Władysław, król czeski i węgierski, wyda swoją córkę za cesarza Ferdynanda I Habsburga - z tej linii wywodzi się dynastia Sachsen-Coburg-Gotha, panująca w Belgii. Druga córka Elżbiety, Zofia, wyjdzie za margrabiego branderburskiego - ich potomkowie trafią do dynastii hanowerskiej, później windsorskiej, panującej w Wielkiej Brytanii. Piąta córka poślubi księcia pomorskiego Bogusława X, a jej potomkowie staną się członkami dynastii szlezwicko-holsztyńskiej, od której pochodzą po kądzieli królowie Danii i Norwegii. Szósta córka, Barbara, wyjdzie za księcia saskiego - od ich dzieci w prostej linii wywodzą się królowie Prus i cesarze Niemiec Hohenzollernowie, a po kądzieli także królowie Szwecji Bernadotte'owie. Wreszcie córka piątego syna, wielkiego polskiego króla Zygmunta Starego, poślubi elektora brandenburskiego i to od ich potomstwa wywodzi się po kądzieli dynastia holenderska, wielkich książąt Luksemburga i książąt Monako.

A temu wszystkiemu dał początek brzydki kopciuch, wygięta w pałąk dziewczyna, jadąca z duszą na ramieniu na bal do swego księcia. Twoje życie sprawia, że wciąż chce się wierzyć w bajki i w błękitną, monarszą krew, Elżbieto, matko królów i świętych, moja ulubiona królowo.


Tutaj znajdziecie informacje o wyglądzie Elżbiety, odtworzonym na podstawie badań jej szkieletu
Zdjęcia: Wikimedia; Rysunek na otwarciu to ilustracja do "Kopciuszka" braci Grimm autorstwa Paula Friedricha Meyerheima

czwartek, 28 marca 2013

Motyle Marii

Najpierw na kawałku grubego pergaminu pojawiał się rysunek, delikatny jak pajęczyna. Musiał być bardzo precyzyjny - chodziło o idealne odwzorowanie natury, jej lustrzane odbicie. Kreski układały się w kształty miękkich, pasiastych gąsienic, misternych oprzędów, pękających kokonów. Wydobywały kształt pokrytych łuskami motylich skrzydeł, wnętrza rozchylających się kwiatów, kontury liści. Istotny był każdy najmniejszy pręcik, nerw, każda żyłka - to była praca naukowca. 

Gdy rysunek już nie wymagał poprawek, Maria wyciągała farby. Wypełniała sieć kresek lśniącym cynobrem, błyszczącym szmaragdem, ognistym szkarłatem. Drobne muśnięcia bieli wydobywały blask motylich skrzydeł, ciemne tony zieleni podkreślały soczystość łodyg, purpura zmieniała w ogień rozwichrzone płatki irysów i piwonii. To już nie była tylko praca naukowca, to było dzieło sztuki. Popatrzcie:
Zaletą nauki jest to, że wcale nie budzi uczuć, mawiał Oscar Wilde. Eee tam, chyba nie oglądał rysunków Marii! Ja trwam w oczarowaniu, odkąd je zobaczyłam, i myślę, że Wy również. Budzą zachwyt, jak obrazy, rzeźby czy piękne ogrody. Są uznawane za arcydzieła, podziwiane i kolekcjonowane na całym świecie. Ale ich autorka figuruje w historii nie tylko jako znakomita malarka. Także jako wybitna przyrodniczka, którą została - jeśli można tak powiedzieć - raczej z nadmiaru niż z braku uczuć do dziedziny, którą się zajęła. 

Kiedy Maria Sibylla Merian przychodzi na świat, jest ledwie połowa siedemnastego wieku. Kobiety w nauce nie istnieją, a już badanie przyrody kompletnie im nie przystoi. Dbające o skromność damy nie mogą przecież studiować rozmnażania roślin. Rozmnażania, a fuj! Całkiem poważnie twierdzi się, że to nieprzyzwoite i moralnie szkodliwe. A obserwacja owadów? Jest jeszcze gorsza, to przecież "twory diabła"! Wedle obowiązującego wówczas wymysłu Arystotelesa powszechnie sądzi się, że owady powstają z gnijącej materii. 

Na szczęście mała Maria, córka grafika i wydawcy z Frankfurtu, nic o tym wie. Jest zwykłą, ciekawą świata dziewczynką i jak wszystkie dzieci uwielbia rysować i bawić się w ogrodzie. Potrafi całymi dniami leżeć z nosem w trawie, obserwując mikroświat pod krzakiem żywopłotu i nad kępą piwonii. Co też tam się dzieje! Cytrynowy motyl balansuje nad główką kwiatu, szykując się do śniadania, szmaragdowa gąsienica przesuwa smukłe ciało po łodydze, znacząc szlak wędrówki ogryzionymi liśćmi, złoty chrząszcz bada czułkami soczystą kulkę agrestu, a biedronka siedmiokropka wyławia z kłosów trawy maleńkie mszyce. Dziwy, dziwy, prawdziwe dziwy! - myśli Maria, jak wszystkie dzieci, zachwycone ziemią i jakoś bardziej z nią stopione niż dorośli. Może dlatego, że małe i blisko im do niej? 

Obok pulsuje świat w makroskali, na który dzieci i motyle nie mają wpływu. U Marii też się dużo dzieje. Jej ojciec umiera, gdy dziewczynka ma trzy lata, matka wychodzi po raz drugi za mąż. Ale nowy dom okaże się dla Marii dobry, to w nim rozwiną się jej dziecięce pasje. Ojczymem dziewczynki zostaje Jakub Marrel, znany malarz kwiatów. Widzi, że mała ma talent, który warto pielęgnować, że potrafi portretować przyrodę. Pod okiem ojczyma (i w ukryciu przed matką, która wścieka się na dziwaczne hobby córki) jedenastoletnia Maria robi pierwsze rysunki owadów i roślin "z natury".

Motyle, ich maluje najwięcej. Fascynuje ją ten tajemny proces, dzięki któremu z brzydkich larw i poczwarek wykluwa się czyste piękno. Wiele lat później, w jednej ze swoich książek napisze: "W młodości zajmowałam się poszukiwaniem owadów. Zaczęłam od jedwabników w moim rodzinnym mieście Frankfurcie. Następnie ustaliłam, że z innych gąsienic rozwijało się wiele pięknych motyli lub ciem, tak jak z gąsienic jedwabników. To przywiodło mnie do zbierania wszystkich gąsienic, jakie mogłam znaleźć, aby obserwować ich przemianę". Przez kolejne lata obserwuje, notuje, maluje. Jej szkicowniki puchną od obrazów kwiatów i motyli, szczegółowych botanicznych notatek. Zbiera materiał na co najmniej kilka książek, wydaje dwie. Jedna jest o kwiatach, druga o owej cudownej przemianie gąsienicy w motyla. W końcu ją rozszyfrowała i może wszystko precyzyjnie wyjaśnić, a wymysły o gnijącej materii posłać w kąt! Wiemy najlepiej, jak rewolucyjne są to prace - sporządzona przez Marię klasyfikacja motyli obowiązuje do dziś.

Maria Sibylla Merian
Wyrwana ze swojego mikroświata, czasem przypomina sobie, że istnieje coś poza nim. Jako osiemnastolatka znajduje męża, wychodzi za malarza z pracowni ojczyma, rodzi mu dwie córki. Związek chyba nie jest specjalnie szczęśliwy, najważniejsze jednak, że nie przeszkadza jej pracy. Ale po dwudziestu latach Maria ma dość. Porzuca męża, rzekomo z powodu jego "haniebnych występków", ale mnie się wydaje, że znajduje po prostu wygodny pretekst, by na stałe czmychnąć do swojego świata owadów. Ucieka tam, gdzie nikt nie będzie jej przeszkadzał - do klasztoru. A ściślej, dołącza do wspólnoty pietystów, pobożnych luteran, żyjących w zamku Waltha w Holandii. Kiedy dociera tam razem z matką i córkami, nie przypuszcza nawet, że już na nią czeka największa przygoda życia.

Właścicielem zamku jest gubernator Surinamu, holenderskiej kolonii w Ameryce Południowej. Przeniósł do Europy namiastkę tamtego świata. Zamkowe oranżerie wypełniają bujne rośliny, w wolierach fruwają egzotyczne ptaki, a pod ścianami stoją gabloty z kolekcją tropikalnych motyli o zupełnie fantastycznych rozmiarach, barwach i kształtach. Zachwycona Maria wie, że musi to wszystko zobaczyć na własne oczy. Czuje, że nie zazna spokoju, póki nie doświadczy, nie zbada, nie narysuje i nie opisze tego świata wybujałej przyrody. Czeka parę lat i zaczyna szykować się na wyprawę. 

Rodzina wpada w popłoch, słysząc gdzie ona się wybiera. Do Surinamu! Na koniec świata! Sama! I na starość! Ma już 52 lata, na ówczesne czasy jest niemal babuleńką. Wszyscy to wiedzą i widzą, jedna Maria nie rozumie, czego od niej chcą. Jeśli jest szansa, żeby zbadać nowy ląd, to czemu nie skorzystać? Jest wciąż tą samą ciekawską dziewczynką, która gapi się w ogródku na owady. Różnica jest tylko taka, że ma więcej lat. Na szczęście! Teraz, nawet gdyby uparła się całymi dniami gonić motyle, nikt jej nie zapędzi do domu, wmawiając że traci czas na głupstwa. Pakuje kufry, zabiera młodszą córkę i rusza w świat. 

Spędza w Ameryce dwa lata, przemierzając lasy, notując, rysując tropikalne stworzenia. Bezpiecznie wraca do domu i wydaje "Metamorfozy owadów Surinamu", swoją najpiękniejszą książkę. Zamawia najlepszy papier, zatrudnia mistrza do wykonania matryc, robi wszystko, by jej ukochany owadzi świat zyskał najdoskonalszą oprawę. W efekcie sama na tym traci, bo książka jest cudowna, ale tak przy tym droga, że niewielu stać na jej kupno. Maria specjalnie się nie przejmuje. Woli się utrzymywać z lekcji rysunku i sprzedaży ziół, niż zarabiać na dziele swego życia kosztem jego jakości. A piękno jest dla niej tak samo ważne jak naukowa prawda. 
Umiera w wieku 70 lat jako szanowana artystka i uczona. Po latach jej sława jeszcze wzrasta, gdy okazuje się, jak wielu rzeczom dała początek. Jako pierwsza formułowała swoje botaniczne wnioski na podstawie obserwacji, a nie teoretycznych spekulacji. Pierwsza wyruszyła też z naukową ekspedycją, bo tym była jej amerykańska wyprawa. No i w każdej encyklopedii jest przedstawiana jako pionierka entomologii. To nauka, więc pewno nie powinna budzić żadnych uczuć. Ale we mnie budzi. 

Kiedy czytam o Marii i oglądam jej rysunki, znów mam sześć lat. Leżę na łące i widzę, jak pod liściem babki maszeruje karawana mrówek, jak błyszczący czarny żuk popycha swoją kulkę gnoju, a  różowa dżdżownica przemyka między grudkami błota. Wracają wszystkie te cuda, o których człowiek zapomina, kiedy odrasta od ziemi. Wracają dzięki Marii, wielkiej uczonej i zarazem małej dziewczynce, wiecznie zachwyconej żółtoskrzydłym motylem nad kępą narcyzów. I niech tak zostanie. Niech na końcu tej opowieści będzie rozwijający skrzydła motyl Marii.

Pomyślałam, że zechcecie przeczytać o Marii  u progu wiosny, której wciąż nie możemy się doczekać, i tuż przed Świętami Wielkiej Nocy. Każdy z oszałamiających rysunków Marii może być najpiękniejszą kartką wielkanocną. Życzę Wam Świąt, w których zobaczycie pierwsze motyle.
(Źródło zdjęć: Wkimedia Commons)

poniedziałek, 18 marca 2013

Dziwne życie Lavinii F.


Znacie ten portret? Zapewne tak, każdy gdzieś kiedyś go widział, a jeden rzut oka wystarczy, by zapadł w pamięć. Wygląda jak praca dwudziestowiecznego surrealisty, ale powstał setki lat temu, w 1595 roku. Sportretowana postać to Antonietta Gonzalez, dziewczynka dotknięta rzadką deformacją. Niektórzy nazywają to syndromem wilkołaka inni, bardziej naukowo, hipertrichozą. Objawem tej choroby jest gęste owłosienie, pojawiające się na całym ciele, również na twarzy. Wieki temu takich ludzi wytykano palcami jako wybryki natury, dziwadła, osobliwości, traktowano jak pół-zwierzęta. Dziewczynka na portrecie trzyma w dłoniach kartkę, na której jak się przypuszcza spisała historię swojej rodziny. Niemal wszyscy jej bliscy cierpieli na tę przypadłość, możemy się więc domyślać, jak wyglądało ich życie. Naznaczone niezrozumiałą innością było nieustannym pasmem upokorzeń - rejestrowanych ciągle okrzyków strachu, grymasów obrzydzenia, odruchów wstrętu.

Ale dziewczynka na portrecie nie budzi odrazy. Ubrana jest w piękną suknię, spojrzenie jej czarnych oczu błyszczy inteligencją, a usta układają się w delikatny uśmiech. Pokazano ją z niebywałym taktem - tak, jakby artysta doskonale rozumiał, ile wrażliwości kryje ta niepojęta inność, jak kruche wnętrze osłania twarz, uznana za wybryk natury. Może wrażenie bierze się stąd, że tym artystą była kobieta? I że również jej życie było zaprzeczeniem tego, co powszechnie uznawano za naturalne i właściwe?

Lavinia Fontana, Autoportret, 1579

Dziwną dziewczynkę namalowała Lavinia Fontana, renesansowa artystka, której prace dziś można oglądać w najsłynniejszych muzeach świata. A biografia malarki dziwi nas niemal tak samo, jak twarz sportretowanej przez nią dziewczynki. Też wygląda nam na wybryk natury, mimo że Lavinii los nie poskąpił ani urody, ani talentu. Zdumiewa nas to, że ona ten talent wykorzystała.

Urodziła się przecież w połowie XVI wieku, a już my dobrze wiemy, jak wyglądało wtedy życie kobiet, nawet tych z bogatych rodzin. Oczekiwano, że znajdą mężów, poprowadzą im dom i wychowają dzieci. A ich własne ambicje? Twórcze pasje? Lepiej, by nie były za wielkie! Wystarczała umiejętność wybrzdąkania paru melodii na szpinecie i talent do haftu, który przydawał blasku kościelnym ornatom. Ale Sztuka przez duże S była domeną mężczyzn i nikt kobiet w tym gronie nie widział ani doń nie zapraszał. A jednak Lavinia się w nim znalazła. I wcale nie musiała pokonywać niebotycznych gór, by osiągnąć, co chciała. Może dlatego dziś jej życie opisywane jest w kategoriach cudów?

Przyszła na świat w rodzinie Prospero Fontany, bolońskiego malarza i rysownika. W tamtych czasach uprawianie sztuki traktowano raczej jako solidne rzemiosło, niż formę ulotnej autoekspresji. Pracownie artystów przypominały małe przedsiębiorstwa, z tłumami uczniów i terminatorów, a ich rozkwit zależał od liczby zamówień. Dla najlepszych to był dochodowy biznes. W dodatku zostawał w rodzinie, jeśli tylko Opatrzność zechciała obdarzyć jej kolejnych członków choć odrobiną talentu. Fontana był szczęściarzem, bo jego córka miała go aż nadto.

Lavinia wyrosła w świecie sztuki i od zawsze czuła się w nim u siebie. Terminowała u ojca, ale jako dwudziestokilkulatka zaczęła już pracować na własne nazwisko. Rozkwitła jej sława zdolnej portrecistki i wkrótce najznakomitsze bolońskie rodziny ustawiały się w kolejce, by zamówić obraz u córki Fontany. Jej portrety miały w sobie jakąś niejednoznaczną delikatność. Wyłamywały się z obowiązującej konwencji upozowanych postaci, wystrojonych w sztywne szaty, z imponującymi kryzami pod szyją. Działały na emocje. Widać to zwłaszcza w wizerunkach dzieci. Współczucie budzi mała Antonietta o zdeformowanej buzi; czułość - maleńki chłopczyk na obrazie niżej, zagubiony w wystawnym otoczeniu i dziwnym łożu przypominającym nagrobek. Portrety Lavinii miały w sobie tę kobiecą miękkość, która przydawała im nowych znaczeń.

Nowonarodzony w łóżeczku, ok. 1583




Portret rodziny, 1598-1600
Portret szlachcianki, ok. 1580
Głowa młodzieńca, 1606
Kariera zdolnej portrecistki nabierała tempa. Lavinia dojrzewała jako artystka i miała większe ambicje niż dostarczanie wizerunków dobrze urodzonym bogaczom. Zaczęła malować sceny z mitologii, sięgać po wątki biblijne. Dotąd były to tematy zarezerwowane dla mężczyzn, bo kobiety, jak sądzono, nie potrafiły opanować na tyle dobrze sztuki rysunku i kompozycji, by sobie z nimi poradzić. Lavinia zupełnie nie zawracała sobie głowy takimi opiniami i wkrótce jej biblijne sceny zaczęły zdobić ołtarze bolońskich kościołów. Nazwisko Lavinii stało się marką - prowadziła własną pracownię, nie narzekała na brak zleceń ani uczniów. Cud, prawda? A to jeszcze wcale nie koniec!

Wieści o zdolnej artystce z Bolonii dotarły do uszu papieża Klemensa VIII, koniecznie chciał ją mieć w Rzymie. Pojechała. Rozkwitła tam i została do końca życia, ciesząc się poważaniem i wparciem papieża Klemensa, a potem jego następców, malując im ołtarze bazylik i kaplic. Dziś w każdej jej biografii przeczytamy, jak niezwykły był to przypadek, że kobieta-artystka zyskała tak mocną pozycję w Watykanie, że weszła do tego zamkniętego świata. Ale tak właśnie było. Ceniono ją i honorowano, przyjęto w poczet członków Akademii Świętego Łukasza, zrzeszającej artystów i architektów, jej prace wyróżniano medalami - słowem, osiągnęła to, o czym marzył każdy ówczesny twórca. Płeć nie była tu żadną przeszkodą.

Jezus ukazujący się Marii Magdalenie, 1581
Wniebowzięcie, 1583
Judyta z głową Holofernesa, 1600
Myślicie pewnie, że tak czy inaczej musiało to mieć swoją cenę. Że Lavinia pozostała do końca życia singielką, zamkniętą w swojej pracowni, umazaną farbą, skupioną wyłącznie na pracy. Ależ nic z tych rzeczy, kolejny cud! Była mężatką, w dodatku szczęśliwą. Miała 25 lat, gdy poślubiła jednego z bogatych uczniów swego ojca i urodziła mu jedenaścioro (!) dzieci. Gian Paolo Zappi okazał się mężem na wskroś współczesnym - i to w dzisiejszym rozumieniu tego słowa. Trudno uwierzyć, ale naprawdę zrobił to, co zazwyczaj (do dziś przecież) robią kobiety - zrezygnował z własnej kariery, zajął się domem i zaopiekował dziećmi. Wcale nie zabraniał żonie malować. Przeciwnie, wiedział, kogo z nich dwojga Bóg obdarzył większym talentem, i nie zamierzał stawać temu w poprzek. Lubił asystować żonie przy pracy, mieszając farby, cyzelując drobne elementy jej płócien, załamania draperii, wzory tkanin, kontury roślin.

Minerwa ubierająca się, 1613
Wszystko to brzmi nierealnie. Cała ta Lavinia Fontana to ewidentnie jakieś dziwo, wybryk natury, całkiem jak twarz dziewczynki na jej najsłynniejszym obrazie. Tak myślicie? Bo ja tak myślałam, kiedy usłyszałam o niej po raz pierwszy. Ale teraz trochę mi wstyd. Bo czy nie jest tak, że za często przykładamy własne miary do cudzego życia, choćby tego sprzed setek lat? Że nasze wyobrażenie o historii kobiet również utkane jest z feministycznych klisz, wedle których obowiązkowo byłyśmy gnębione, niedoceniane, pomijane, spychane w kąt? Owszem, byłyśmy. Ale przecież nie zawsze i nie wszystkie. Najlepszym przykładem Lavinia - dziwna, spełniona kobieta sprzed czterech wieków.


(Źródła zdjęć: Web Gallery of Art, Wikimedia)