Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pisarki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pisarki. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 lutego 2014

Panna Travers i fabryka snów

Panna Travers właśnie upchnęła pokaźny bagaż podręczny na półce, idealnie nad swoim fotelem, i teraz przygląda się sąsiadce. Młoda kobieta z niemowlakiem w objęciach wcześniej grzecznie usunęła swoją torbę, robiąc jej miejsce. Ale to gaworzące niemowlę… - Dziecko nie będzie przeszkadzać? - pyta groźnie panna Travers, widząc, jak uśmiech na twarzy młodej matki raptownie gaśnie. - Lot trwa 11 godzin - dodaje z naciskiem. I opadając na fotel mamrocze: - Mam nadzieję, że spadniemy.

To jedna z pierwszych scen filmu „Ratując pana Banksa” (od kilkunastu dni w kinach), który opowiada o trudnej próbie pogodzenia wody z ogniem. Czyli przenoszeniu na ekran „Mary Poppins”, bestsellerowej powieści dla dzieci, w której zmierzyło się dwoje gigantów dziecięcej wyobraźni: Walt Disney, filmowiec, który wymyślił Myszkę Miki, a z nią komercyjny świat dziecięcej rozrywki, i Pamela Lyndon Travers, pisarka, która wymyśliła Mary Poppins, magiczną supernianię, a opowiedziała o niej tak, że wszystkie maluchy chciały czytać.

Jak wiemy, film Disneya powstał - to sławny, nakręcony w 1964 roku musical z Julie Andrews. Ale powstał cudem. Disney przez dwadzieścia lat zabiegał o prawa do ekranizacji książki. I przez dwadzieścia lat słyszał od Pameli Travers trzy krótkie słowa: nie, nie, nie. Aż przysiadł z wrażenia, kiedy w końcu się zgodziła. Porozmawiać. Był gotów na wszystko, byle tylko przekonać ją, by odstąpiła mu ulubioną nianię dzieciaków (w tym jego własnych).

No i właśnie o ostatecznym starciu tej dwójki opowiada film „Ratując pana Banksa”. Panna Travers wsiada do samolotu w Londynie i z ciężkim sercem udaje się do Los Angeles negocjować umowę z Disneyem. Przygotowana na najgorsze i gotowa w każdej chwili do ucieczki. Już widzi tych strasznych Amerykanów, którzy niszczą jej powieść! Może zechcą wpakować do niej jakąś animację w duchu tych swoich odrażających kreskówek? Nie, nie, nie. Owszem, ostatnio brak jej pieniędzy, a umowa z Disneyem obiecuje złote góry (100 tys. dolarów plus udział w zyskach). Ale przecież nie wszystko na sprzedaż! A już na pewno nie Mary Poppins, droższa jej niż cokolwiek i ktokolwiek. 


Kiedy tak patrzę na ekranową pannę Travers, całym sercem jestem po jej stronie. Owszem, jest okropna, antypatyczna i złośliwa. W starciu z Disneyem i jego ludźmi zachowuje się jak klasyczna stara panna (którą zresztą jest), zakuta w kolczastą zbroję własnych dziwactw. Rozdaje ukłucia na prawo i lewo, wspomagając się ulubioną mantrą: NIE, NIE, NIE. Proszę usunąć kolor czerwony, nie lubię czerwonego, ma go w ogóle nie być! Dom Banksów jest zbyt wystawny, nie byli tak bogaci! Dick Van Dyke nie pasuje do roli, zły wybór! Jak pan pokaże tańczące pingwiny? Animacja? Po moim trupie! I na litość boską, proszę nie mówić do mnie „Pamelo”! Jestem PANI Travers, rozumie pan, panie Disney?

Po dwóch tygodniach pracy ekipa Disneya i on sam najchętniej uciekliby przed nią na koniec świata. Ale widz wcale nie. Podoba nam się jej niezależność i to, jak walczy o każdy szczegół swojej historii. Lubimy ją, tę ekranową Pamelę, arogancką dziwaczkę, ale z sympatyczną twarzą Emmy Thompson. Wątpię jednak, czy z prawdziwą panną Travers poszłoby nam równie łatwo. Bo o autorce „Mary Poppins” można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że dała się lubić. 

Tom Hanks i Emma Thompson w filmie "Ratując pana Banksa"
A tacy byli naprawdę - Walt Disney i Pamela Lyndon Travers na premierze "Mary Poppins"
Jeżeli pogląd, że dzieciństwo pisze nam całe życie jest prawdziwszy, niż sądzimy, to Pamela najlepszym dowodem. Urodziła się w Australii w 1899 roku, a jej dzieciństwo było szczęśliwe tylko do czasu, zanim skończyła 7 lat. Wtedy zmarł jej ukochany ojciec. Travers Goff zapił się na śmierć, którą poprzedziła dramatyczna degrengolada - jego, a z nim całej rodziny. Z pozycji dyrektora banku zdegradowano go do zwykłego urzędnika, a w końcu całkiem się pozbyto.

Gdy ojciec umierał, a świat Pameli (wtedy jeszcze Helen Lyndon Goff ) i jej małych sióstr rozpadał się na kawałki, w drzwiach ich nędznego domu stanęła zamożna ciotka. W jednej ręce trzymała parasolkę z papuzią rączką, w drugiej dywanikową torbę. Poznajecie? Tak samo wyposażona przybywa na ulicę Czereśniową Mary Poppins. Wyciąga ze swojej torby setki praktycznych przedmiotów, które tylko czary pozwoliły tam upchnąć i już wiadomo, że w ten sam czarodziejski sposób zmieni świat rodziny Banksów. Uporządkuje go i doda mu magii, czyli tych dwóch pozornie sprzecznych rzeczy, których potrzebuje każde dziecko. I odejdzie dopiero wtedy, gdy dzieci nie będą jej potrzebować.

Pamela w krótkiej młodzieńczej karierze aktorki
Ciotka była taką nadzieją dla małej Helen, ale czy ją spełniła, to już inna sprawa. Opowieść o Mary Poppins powstała, kiedy jej autorka była dojrzałą, 34-letnią kobietą. Historia sama spłynęła jej na papier, gdy leżała w łóżku, kurując się po zapaleniu opłucnej. Myślę, że wciąż tęskniła za taką magiczną nianią, która w cudowny sposób uporządkuje jej świat. Dotąd był pełen chaosu. Po śmierci ojca zamieszkała z ciotką, uczyła się w szkole dla dziewcząt, potem próbowała szczęścia jako aktorka i dziennikarka. Mając 25 lat wyjechała do Anglii, do kraju ojca, urodzonego w Londynie Irlandczyka. Zaczęła żyć życiem bohemy, nieźle sobie radziła jako dziennikarka, pisując do londyńskich gazet, ale dramatyczne dzieciństwo wciąż nie dawało o sobie zapomnieć. Wybrała pseudonim - Pamela Lyndon Travers - w którym nazwisko było imieniem jej ojca. Zaliczyła kilka burzliwych związków - z mężczyznami i z kobietami - ale żaden nie przetrwał. O założeniu rodziny nie myślała. Być może pisanie opowieści o magicznej niani było także próbą napisania od nowa swego życia, z innym początkiem, z naprawionym dzieciństwem? 

Zupełnie niespodziewanie powieść zrobiła furorę. Pamela chyba poczuła się pewniej, może uwierzyła, że żadna magiczna niania nie jest jej potrzebna, bo sama jest wyposażona we wszystkie czarodziejskie talenty. I popełniła największy błąd życia - więcej - popełniła niegodziwość. Jako czterdziestolatka - zamożna i opromieniona sławą uznanej pisarki - postanowiła adoptować dziecko. Chciała Irlandczyka, jak ojciec. Pojechała więc do Irlandii i wybrała sobie chłopca. Dokładnie tak, „wybrała”, jakkolwiek strasznie to brzmi. W ubogiej rodzinie Hone’ów sierotami była dwójka bliźniaków, Kamil i Anthony. Pamela nie chciała dwójki, uznała, że co za dużo, to niezdrowo, więc (za radą swego astrologa) wybrała Kamila. 

Pamela z Kamilem
To było złe macierzyństwo i złe dzieciństwo. Pamela szybko się znudziła chłopcem, oddała go do szkół z internatem i - co najgorsze - całkowicie ukryła przed nim prawdę o jego przeszłości. Wmawiała mu, że jest jego prawdziwą matką, ani słowem nie pisnęła, że gdzieś tam w Irlandii żyje jego brat. Gdy po latach ten brat zapukał do drzwi Kamila, 17-letni wówczas chłopak przeżył dramat. Zerwał stosunki z przyszywaną matką, rzucił studia, zaczął pić i rozbijać się po kasynach. Parę miesięcy spędził w więzieniu, zatrzymany za jazdę po pijanemu. Nie mógł sobie poradzić ze światem, który „czarodziejska niania” postawiła na głowie. I on, i jego brat przez całe życie zmagali się z alkoholizmem. Kamil w końcu pogodził się z Pamelą, ale ich wzajemne relacje już nigdy nie miały w sobie nic z serdecznej więzi łączącej matkę i syna.

Jeśli Pamela chciała zagrać swoją Mary Poppins, to zrobiła to najgorzej jak można. Zapominając, że prawdziwe życie jest zbyt złożone, by pisać je tak, jak bajkę dla dzieci - tylko według własnych życzeń i snów. Że nie wystarczy „cukru łyżeczka, żeby smak lekarstwa znikł”, czasem nie wystarczy nawet tona.

W filmie „Ratując pana Banksa”, nie ma tej historii. W filmie Pamela jest samotną kobietą, a przecież jej przybrany syn jest już dorosłym mężczyzną, ma 20 lat! Scenarzystki wykastrowały ten wątek, bo oczywiście, gdyby miał się pojawić, nie wyszłaby im taka miła, familijna komedia. I nie dałoby się lubić Pameli tak, jak lubimy ją w wydaniu klasycznej starej panny, kostycznej i zamkniętej w swoim świecie, ale w gruncie rzeczy dobrodusznej samotnicy z arsenałem zabawnych dziwactw. Zresztą w ostatnich latach swego długiego życia (zmarła w wieku 96 lat) taka właśnie była - samotna. Pogodzona z tym, że choć potrafi wymyślać ciepłe, rodzinne historie, to sama nie umie ich przeżywać. Nie garnęła się do ludzi ani ludzie do niej - posępnej, zgorzkniałej, rozdrażnionej hipochondryczki, rozdającej uszczypliwości na prawo i lewo. Ktoś powiedział po jej śmierci gorzkie słowa: „żyła sama i umarła sama”.

Wygląda na to, że w końcu to zaakceptowała, choć nie uwierzę, że tego chciała. Dowodem nawet historia z Disneyem. Przecież mimo tej całej staropanieńskiej waleczności, tych wszystkich wrzasków, dąsów i rozstawiania po kątach - ustąpiła mu we wszystkim. To Disney postawił na swoim, to on wygrał. Niechciany Dick Van Dyke zagrał Berta, podszewka peleryny Mary Poppins błyszczała czerwienią, a nieszczęsne tańczące pingwiny zostały narysowane. „Statek już odpłynął, Pamelo”, powiedział Disney, gdy po zmontowaniu filmu próbowała się wykłócać. Dostał, co chciał i nie uznał nawet za stosowne zaprosić jej na premierę. Ale ona chciała na niej być. Sama kupiła sobie bilet, sama przyjechała do Los Angeles, pojawiła się na czerwonym dywanie. Wyglądała na szczęśliwą, ale zauważono, że podczas projekcji płakała. Nigdy nikomu nie powiedziała dlaczego.


Zdjęcia: movies.disney.com, www.pame-cinema, Wikimedia Commons

wtorek, 21 stycznia 2014

Nellie z domu wariatów

Przyzwoite panny siedzą w domu. Nie łażą bez eskorty po ulicach, miarkują brzydką ciekawość, nie wściubiają swoich zgrabnych nosków tam, gdzie śmierdzi. No i nie szukają pracy poza domem! Wszelka publiczna kariera jest przeciw ich naturze. Zmienia te łagodne domowe boginie, których przeznaczeniem jest troska o dzieci i męża, w jakieś przerażające monstra!
Jeśli czujecie w tym ironię, to zapewniam, że w oryginale jej nie było. Bo takiej to mniej więcej treści artykuł pt. „Co jest dobre dla dziewcząt” ukazał się pewnego dnia 1885 roku w „The Pittsburgh Dispatch”, jednej z największych amerykańskich gazet. Autor najwyraźniej mierzył się z coraz bardziej wojowniczymi emancypantkami, które powoli torowały kobietom drogę do aktywności poza domem. Jak przypuszczam, ze strony gazety była to pewna prowokacja, zamieszczono ten mizoginiczny tekst w nadziei na huczny odzew. Był, i to jaki! Napłynęły stosy listów, głównie z wyrazami oburzenia, podpisane nie tylko przez kobiety, lecz także mężczyzn. Zwłaszcza jeden przykuł uwagę redaktorów. Zjadliwy, świetnie napisany, sygnowany nazwiskiem niejakiego Cochrane. Niezłe pióro, dobrze byłoby mieć je w redakcji, pomyśleli w „Pittsburgh Dispatch”. I zaprosili obiecującego polemistę na rozmowę.
Jakież było ich zdziwienie, gdy zamiast pana Cochrane’a zjawiła się śliczna dwudziestolatka. Idealny kandydat na domowego anioła! Oczywiście, redaktorzy chcieli spotkanie grzecznie i szybko zakończyć, ale anioł nagle nabrał diabelskich cech. Panna Elizabeth Jane Cochrane na żywo okazała się równie przekonująca, jak na piśmie. Była wygadana, pewna siebie i wyglądało na to, że dobrze wie, czego chce. Właśnie szukam pracy, powiedziała, państwa propozycja spadła mi jak z nieba i naprawdę dam z siebie wszystko! Co wam szkodzi spróbować?
Faktycznie, ryzykowali niewiele. Postanowili wziąć ją na próbę, Niech znajdzie sobie nowe nazwisko (piszące kobiety chowały się wtedy pod pseudonimami, całkiem jak dziś my, blogerki) i niech pisze. Wybrała Nellie Bly z powszechnie wówczas nuconej piosenki. Ale ani redaktorzy, ani ona sama nie podziewali się, że już za kilka lat to nie popularna piosenka, ale jej praca sprawi, że nazwisko „Nellie Bly” będzie znane jak świat długi i szeroki.
Nellie Bly na zdjęciu z 1884 r.
Dziewczyna nie była żadną rozpieszczoną pannicą, chcącą dla kaprysu zatrudnić się w redakcji. Ona naprawdę potrzebowała pracy. Po śmierci jej ojca matce trudno było utrzymać gromadkę dzieci, a tym bardziej je wykształcić. Nelly średnią edukację zakończyła na jednej klasie, musiała zarabiać! Z doświadczenia wiedziała, jak trudno dziewczynie znaleźć pracę. Jak niechętnie są zatrudniane kobiety i jak źle opłacane. Postanowiła właśnie o tym pisać - o zwykłych ludziach, o pracujących dziewczynach, jak ona, które zamiast wsparcia, dostają kolejny, idiotyczny artykuł o tym, co przystoi przyzwoitym pannom.

Zabrała się do roboty, a efekty przeszły wszelkie oczekiwania. W „Pittsburgh Dispatch” już wkrótce nikt nie miał wątpliwości, że rośnie im gwiazda. Nellie nie bała się trudnych tematów i co ważne przygotowywała je tak, jak nie odważył się nikt przed nią. Jej nie wystarczały reporterskie rozmowy, ona musiała doświadczyć tego, co jej bohaterowie. Gdy słyszała o niegodziwych warunkach pracy w fabrykach Pittsburgha, po prostu się w nich zatrudniała. Na własnej skórze czuła udrękę dwunastogodzinnych dni pracy, na własne oczy widziała harujące tam dzieci. I o tym pisała artykuły, dotykając prawdy najbardziej, jak się da.
Niestety, długo to nie trwało. Bo choć teksty Nellie cieszyły się wielkim powodzeniem u czytelników, to wydawca szybko zaczął mieć z nimi kłopot. Zaczęło ubywać ogłoszeń, z których żyła gazeta, bo wielu reklamodawców pisma to byli ci sami brzydcy kapitaliści, których Nellie piętnowała w swoich demaskatorskich tekstach. Naczelny powiedział: dość! I przesunął dziewczynę do działu dla pań. Kazał pisać o modzie i urodzie.
Jasne, że nie zamierzała tego robić. Na szczęście już nie musiała, bo jej nazwisko stawało się znane. Dostała propozycję od Josepha Pulitzera (późniejszego fundatora sławnej dziennikarskiej nagrody), wydającego w Nowym Jorku skandalizujący dziennik o wielkim zasięgu (tabloid, powiedzielibyśmy dziś). W „The New York World” Nellie rozwinęła skrzydła. Tam przyjmowano ze zrozumieniem jej najdziksze pomysły, choć ich też potrafiła zaskoczyć.

Któregoś dnia przybiegł do Pulitzera zaaferowany sekretarz redakcji:
- Ta dziewczyna chce się zamknąć w domu wariatów, żeby napisać reportaż! - krzyczał. - Nie dałem na to zgody!
Chodziło o niesławny zakład psychiatryczny na Blackwell's Island. O warunkach, w jakich przetrzymywano tam kobiety, opowiadano straszne historie, ale ile było w tym prawdy - nie wiedział nikt. Nellie postanowiła się dowiedzieć. Rozumiała też, że wiarygodne informacje zdobędzie tylko wtedy, gdy trafi tam jako pensjonariuszka, a nie dziennikarka.
Pulitzerowi pomysł się spodobał. Wyczuł, że może to być czytelniczy hit. Dał zezwolenie.
Nellie badana przez psychiatrę.
Rysunek ilustrujący jej artykuł w "The New York World"
Dalej wszystko potoczyło się tak, jak w scenariuszu thrillera. Nellie trafiła do zakładu ze zdiagnozowanym szaleństwem (całkowita amnezja), spędziła tam dziesięć dni, a potem zaczęła pisać. O maltretowaniu i wiązaniu sznurami. O lodowatych kąpielach. O szczurach i robactwie. O fałszywych diagnozach, dzięki którym na wyspę Blackwell trafiały kobiety, których chciały się pozbyć rodziny, czasem zupełnie zdrowe. O posiłkach, na które składały się śmierdzący bulion, zapleśniały chleb i brudna woda. „W naszych krótkich spacerach - pisała - mijałyśmy kuchnię, w której przygotowywano jedzenie dla lekarzy i pielęgniarek. Migały nam przed oczyma melony, winogrona, pachnące białe pieczywo, rumiane kawałki mięsa, a uczucie głodu rosło dziesięciokrotnie”.

Cykl reportaży „Dziesięć dni w domu wariatów” stał się wydarzeniem. Gazety z tekstami Nellie sprzedawały się jak świeże bułeczki, ale najważniejsze - zmieniały rzeczywistość. Reporterski opis barbarzyńskich warunków w „domu wariatów” był jak chłośnięcie biczem, jak publiczny wyrzut sumienia - nagle znalazły się i pieniądze, i fachowcy, którzy zaczęli ten nieludzki świat reformować.

Nellie była dumna. I strasznie zmęczona. Po kilku latach intensywnej pracy w najmroczniejszych zakamarkach wielkich miast czuła, że potrzebuje oddechu, bo inaczej naprawdę zwariuje. Najchętniej uciekłaby na koniec świata... na koniec świata… na koniec świata…. Zaraz! A może to jest pomysł? Natychmiast się skrystalizował: "Ja potrzebuję wakacji, moja gazeta atrakcyjnych tematów, przecież można połączyć jedno z drugim!"
Czytelniczym bestsellerem tamtych czasów była powieść Juliusza Verne’a „W osiemdziesiąt dni dookoła świata”. Jej bohater, angielski dżentelmen Fileas Fogg, założył się ze znajomymi o duże pieniądze, że objedzie świat dookoła w ciągu 80 dni. Udało mu się, choć z trudem, dosłownie na styk przybył na czas do londyńskiego klubu. A gdyby tak… gdyby tak naprawdę przemierzyć świat dookoła i poprawić książkowy rekord Fileasa Fogga? Zrobić to w czasie krótszym niż 80 dni?

Tak sobie pomyślała Nellie i powędrowała ze swoim pomysłem do redaktorów. Znów złapali się za głowę. Owszem, dodali szybciutko, oni też myśleli o takiej wyprawie, ale zamierzali wysłać mężczyznę. MĘŻCZYZNĘ! Przecież kobieta, która z zasady nie podróżuje sama, czyni całe przedsięwzięcie niemożliwym, o biciu rekordu nie wspominając!
Nellie jednak umiała walczyć o swoje. Zagrała va banque. Proszę bardzo, powiedziała, wyślijcie mężczyznę. Wasza strata. Bo ja zrobię to samo z konkurencyjną gazetą i waszego reportera pokonam.
No i znów postawiła na swoim. 14 listopada 1889 roku elegancka młoda dama, ubrana w kraciasty płaszczyk i z podróżnym neseserem w ręku, weszła na pokład liniowca Augusta Victoria i ruszyła w podróż życia.

25-letnia Nellie sfotografowana tuż przed wielką wyprawą. Ma solidne buty, kraciasty
płaszcz podróżny, a w ręku neseser z kilkoma zmianami bielizny i przyborami toaletowymi.
Pieniądze trzyma w zawieszonym na szyi woreczku 
Co to było za wydarzenie! Wyprawę Nellie śledził cały świat. Jej gazeta zamieszczała relacje, które dziennikarka starała się nadawać, skąd tylko mogła. Dzięki sieci telegraficznej docierały do redakcji stosunkowo szybko. Podróżowała z Anglii do Egiptu, przez Cejlon, Singapur, Hong Kong i Japonię. We Francji poznała mimowolnego sprawcę całego zamieszania, pisarza Juliusza Verne'a, który oczywiście także dopingował ją do bicia powieściowego rekordu (no masz, lepszej reklamy nikt by mu nie wymyślił). 
Zainteresowanie podsycał ogłoszony przez redakcję konkurs, w którym czytelnicy obstawiali datę powrotu Nellie. Wzięło w nim udział ponad milion osób! Zapanowała prawdziwa Nelliemania, podróżniczkę w charakterystycznym kraciastym płaszczyku znał niemal każdy. Jej wizerunek wyzierał z gazet, pojawiał się na kartach reklamowych rozmaitych firm, Nellie została nawet bohaterką gry planszowej.

Reklamy z wizerunkiem Nellie, w środku gra planszowa, której tematem jest jej wyprawa
No i jak to się skończyło? Dobrze się skończyło. Okazało się, że samotna młoda dama doskonale poradzi sobie nawet w podróży dookoła świata. Że żadna opieka nie jest jej potrzebna, jeśli ma trochę pieniędzy i rozumną głowę na karku. 25 stycznia 1890 r. Nellie szczęśliwie i bez przeszkód wróciła do domu. Na dworcu powitały ją tłumy Amerykanów - rozradowanych, że ich rodaczka nie dość, że wróciła cało i zdrowo, to jeszcze z lepszym czasem niż Fileas Fogg! Okrążyła świat w siedemdziesiąt dwa dni, sześć godzin, jedenaście minut i czternaście sekund.

Nellie wraca do domu, ilustracja z 1890 r.
Późniejsze życie Nellie było równie nieprzewidywalne i pełne nagłych zwrotów akcji, jak jej młodość. Zaskoczeniem dla wszystkich było jej małżeństwo z bogatym przemysłowcem Robertem Seamanem, czterdzieści lat od niej starszym. Po śmierci męża na chwilę zmieniła się w kobietę interesu, kierując przedsiębiorstwem, ale do zarządzania nie miała głowy. Firma szybko splajtowała na skutek malwersacji pracowników, a Nellie znów wróciła do dziennikarstwa. Była na wakacjach w Austrii, gdy wybuchła I wojna światowa. Ani chwili nie wahała się, co robić. Pojechała na front i zaczęła pisać korespondencje dla amerykańskich gazet. Europejskie wakacje zmieniły się w pięć lat ciężkiej pracy.
Niedługie życie Nellie (zmarła w wieku 57 lat na zapalenie płuc) zapisało się w historii prasy - jest uznawana za prekursorkę dziennikarstwa śledczego, za mistrzynię reportaży wcieleniowych, za jedną z pierwszych korespondentek wojennych w historii. Dziś młodym reporterom wręcza się nagrody jej imienia. Ale każda z nas, kobiet, widzi, że udało jej się o wiele więcej. Hej, Nellie, panno, która nie wiedziała, co jest dobre dla dziewcząt... Nellie z wyprawy dookoła świata… Nellie z domu wariatów... Cały nasz świat był w Twoich czasach domem wariatów. Zaczął normalnieć dzięki takim jak Ty.


Źródła: www.nellieblyonline.com
Zdjęcia: Wikimedia Commons

czwartek, 17 października 2013

77 postów Anki S.

Hej, Anno, co za szkoda, że nie urodziłaś się trzysta lat później! Dziś byłabyś królową blogosfery! Wszystkie pękałybyśmy z ciekawości, otwierając Twój kolejny post. Co tam nowego wywinął Ezop, Twój niewydarzony małżonek? Znów chciał podpalić kościół, bo pchły go w nim obsiadły? A może po raz kolejny narobił Ci wstydu, opowiadając, że ma żonkę, która za jednym posiedzeniem wychyli siedemdziesiąt kieliszków wina? 
Trzymałybyśmy kciuki, żeby w końcu udało Ci się posłać go w diabły! Wow, Anno, dziś nie czułabyś się taka opuszczona i samotna. Wszystkie byłybyśmy z Tobą! 
Anna na portrecie z epoki
Anna ze Stanisławskich Zbąska. Znacie ją? Ja odkryłam ją całkiem niedawno, choć studiowałam polonistykę i powinnam przynajmniej mieć pojęcie, że istniała. Żyjąca w XVII wieku Anna uchodzi za - cytując Wikipedię - „najdawniejszą znaną polską poetkę”. A tam, zaraz poetkę. W tym, co pisała, poezji niewiele, za to dużo prozy. Wspaniałej prozy życia. 

Anna po prostu jako trzydziestokilkuletnia kobieta spisała swoją historię w wierszach, które, owszem, rymują się, ale to by było na tyle, jeśli chodzi o poezję. Nie posiadała talentu do piętrowych metafor, ale jak sądzę, wcale jej nie zależało, by stworzyć epicki poemat. Ona miała po prostu zwykłą, babską potrzebę przelania na papier swoich losów, taką jaką mamy my, piszące pamiętniki i blogi. W jej zapiskach nie rymy są ciekawe, ale kobiece życie. Zaskakująco nam bliskie, choć zagubione w studni czasu.

Nazywa się to „Transakcyja albo opisanie całego życia jednej sieroty przez żałosne treny od tejże samej pisane roku 1685”. Owych trenów jest 77, zaś autorka nie bez powodu wybrała żałobną formę: 

„Nie dziwuj się, żem taki tytuł książce dała,
żem ją przez treny opisować chciała,
Bo życie ludzkie jednem trenem sądzę;
kto czytasz, wybacz, jeżeli w tym błądzę!”

Czytam i wybaczam, bo nielekkie miałaś życie, kobieto! A teraz pozwól, że opowiem je razem z Tobą i siedemnastowiecznymi malarzami, którzy zostawili zaskakująco dużo obrazów pokazujących codzienność Twoich czasów. Ruszajmy w podróż.

Jan Vermeer, Lekcja muzyki, ok. 1659-1664
Anna Stanisławska pojawia się na świecie między rokiem 1651 a 1654. Ma to szczęście, że w magnackiej rodzinie, która zapewnia swoim członkom pełny talerz, jednakowoż żadnych gwarancji osobistego szczęścia. Anna ma ledwo trzy latka, gdy zaczyna się pierwszy tren jej życia - umiera jej matka. 

Żwawy tatuś pozbywa się kłopotliwego maleństwa, oddając je na wychowanie do dominikanek, a sam szybko żeni się po raz drugi. Anna tymczasem pędzi życie za klasztorną furtą, ucząc się tego, co przystało pannom z dobrych domów: haftu, prowadzenia gospodarstwa, może bierze lekcje muzyki, na szczęście nabywa też swobody w księgach, za co jesteśmy wdzięczni, bo zostawi nam potem coś od siebie. No i czeka aż rodzina sobie o niej przypomni.

Przypomina sobie, gdy dziewczyna kończy 16 albo 17 lat. Osiąga wiek stosowny do małżeństwa i jest gotowa, by złapać męża, który pomnoży rodzinne dobra. Oczywiście Anna przy wyborze męża nie ma nic do gadania. Może się tylko modlić, by ojciec z macochą nie znaleźli jej jakiegoś safanduły. Niestety, wybierają okropnie.

Willem Pieterszoon Buytewech, Zaloty, 1616-1620
Kiedy Anna wraca do domu, czeka na nią Jan Kazimierz Warszycki. Patrzy na niego i własnym oczom nie wierzy. Nie umie powstrzymać okrzyku: „A na cóż ja nędzna żyję?!” Bo narzeczony nie dość, że odrażająco brzydki, to regularny idiota („boć cokolwiek tylko powie, każdy widzi, że źle w głowie”). Jedynym jego atutem jest, że to krakowski kasztelanic, majętny i z dobrego rodu. Ale co po tym młodziutkiej Annie? 

Próbuje walczyć. Płacze, błaga ojca, by jej takiego męża oszczędził, ale kto by jej słuchał! „Już wesele naznaczają, intercyzy spisywają!”. Ubijają ślubne interesy, a dziewczyna w ciężkim żalu. Jej „podobniej o pogrzebie myślić trzeba albo niebie, niż gotować na wesele”. No, ale czy ma inne wyjście?

Wesele urządzają w domu, z czego Anna rada, bo wstyd jej publicznie prezentować takiego pana młodego. Połyka łzy podczas uroczystości: „Biskup stułą wiąże ręce. O, w jakiej teraz jest męce serce, które czym się brzydzi, towarzyszem sobie widzi!”.

Jan Vermeer, Dama i dwóch panów, ok. 1662
I tak zaczyna się ten okropny rok, który Anna spędzi z Ezopem, jak nazywa męża z powodu jego wyglądu (grecki bajkopisarz Ezop był ponoć brzydki jak noc). Śmieję się, kiedy czytam o jego wyskokach. Anna też chichocze. Choć przyznaje: „mnie się coraz serce kraje, widząc jego obyczaje”, to i u niej „śmiech na pół z żałością”. Zdrowa wesołość pozwala znieść codzienność z mężulkiem-wariatem, w którego podgolonym łbie aż buzuje! 

Chce palić baby po wioskach, bo ściągnęły deszcz i suknie mu zmokły, takoż księdza, bo w kościele pchły go oblazły. Wykazuje się osobliwą logiką szaleńca, co przyprawia Annę o paroksyzmy śmiechu. Dlaczegóż to niemiła mu służba wojskowa, którą za zaszczyt uważa cała młoda szlachta Rzeczpospolitej? No bo przecie może na wojnie zginąć! A wtedy marny jego los, bo… srogi ojczulek bez dwóch zdań obije go kijem! („Pewnie by mię ojciec witał, a po bokach kijem chwytał”).

Okej, może to i zabawne. Ale jak długo inteligentna dziewczyna wytrzyma farsę zamiast małżeństwa? „Jakoż dalej pędzić lata? Czyż ja z nim zażyję świata?” - pyta sama siebie. Żadnych radości w tym związku, bo i w sypialni z Ezopa nie ma pożytku. Zabawia się „swoimi klejnotami”, a nie z młodą żoną, o czym Anna pisze bez najmniejszej pruderii i zahamowań. Postanawia więc zrobić to, co i my dziś: wziąć z idiotą rozwód.

Jan Steen, Poranna toaleta, 1663
Ojciec Anny już nie żyje, dziewczyna musi radzić sobie sama. „Żadnych postrachów nie boję, o honor i wolność stoję!” - zapowiada dzielnie i udaje jej się poprowadzić sprawę znakomicie! Szuka pomocy u swego możnego krewnego, hetmana Sobieskiego, który radzi jej, by naprawiła stosunki z nielubianą macochą. Wszak ona będzie ważnym świadkiem w czasie kościelnego procesu rozwodowego. 

Anna chowa dumę do kieszeni, układa na nowo stosunki z macochą i planuje sprytne posunięcie. Głównym powodem rozwodu nie będzie szaleństwo męża, ale „przymuszenie ojca”, który jako żywo nie może niczemu zaprzeczyć, bo od dawna leży w grobie. Wszystko idzie jak po maśle. Nie mija kilka miesięcy i Anna znów jest wolna. Co prawda, nie na długo.

Młoda, ładna i posażna dziedziczka to łakomy kąsek na siedemnastowiecznym rynku małżeńskim - zalotnicy ustawiają się w kolejce na samą wieść o staraniach o rozwód. Dziewczynie jednak się nie spieszy: „Żem się dopiero wybiła z niewoli tej, w którejm była, jeśli jeszcze w gorszą wpadnę, czyż ja swoją dolą zgadnę?” - pyta sceptycznie, zerkając jednak kątem oka na kandydatów. 

Jeden jej się podoba - Jan Zbigniew Oleśnicki, młody, bezdzietny wdowiec. Co prawda, krążą o nim brzydkie plotki, że rozpustnik, a swoją pierwszą żonę otruł, ale serce Anny szepce, by nie dawać im wiary. O niej zresztą też rodzina Ezopa rozpowiada, że jest złośnicą i pijaczką, ale Jan kompletnie to lekceważy. Oboje przypadają sobie do gustu i nie chcą długo czekać. Biorą ślub.

Cornelis de Man, Para grająca w szachy, druga połowa XVII wieku
Anna jest zakochana. I po raz pierwszy w życiu naprawdę szczęśliwa. Zdaje się, że trafiła idealnie, bo w ukochanym znalazła też przyjaciela i partnera, skoro pisze: „Równo sobie pomagają, gdy żal i pociechy mają” i konkluduje: „Jedna wola, jedno zdanie, gdzie obopólne kochanie”. Temu mężowi również znajduje starożytny przydomek, jak kiedyś pokracznemu Ezopowi, ale tym razem to „Flawonijusz miły”, bóg ciepłego zachodniego wiatru, zwiastun wiosny.

Ta wiosna w życiu Anny trwa ledwie kilka lat. Jesteśmy przecież w siedemnastowiecznej Polsce, gdzie wojna goni wojnę, a Jan Oleśnicki nie należy do mężczyzn, którzy migają się od służby publicznej. Anna jest zresztą bardzo z tego dumna. „Obrady żadne bez niego nie są; sejmiku żadnego” - chwali się, dodając, że mąż „przy swojej młodości, wie, jak stawać przy wolności”.

Willem Cornelisz Duyster, Żołnierze grający w karty, ok. 1620

No i Jan staje w sławnych bitwach u boku hetmana, a potem już króla Jana III Sobieskiego. Ma swój udział w chocimskiej wiktorii („Poszczęścił mu Bóg imprezę”, cieszy się Anna), ale z wojny z Turcją wraca chory. Zapada na jakąś zarazę przywleczoną z obozu i umiera na rękach żony. „Któżby to mógł zgadnąć komu, że cię śmierć czeka w twym domu! Nie tu na Marsowym polu, gdzie jej czekasz przy tym boju?!” - krzyczy zrozpaczona Anna. Miesiącami nie może się pozbierać po tym ciosie, leży w łóżku niemal bez życia, modląc się o śmierć dla siebie.

Jan Steen, Wizyta doktora, 1658-1662
Ale to jest XVII wiek, nie zapominajmy. Wtedy śmierć, zwłaszcza żołnierska, jest powszednia jak kromka chleba. Do Anny, po niedługim okresie żałoby, znów ruszają konkurenci. Jednak ona nie chce. Upiera się, że jej „wolność w wdowim stanie miła” i nie zamierza ryzykować, że znów trafi się jej jakiś Ezop. Jest zamożna, a z zarządzaniem majętnościami radzi sobie nad podziw dobrze („swego wziąć nie dam i gwałtem - nie próbować choć i żartem”, deklaruje buńczucznie) i zmieniać zdania nie zamierza.

Ale oczywiście w końcu je zmieni. Rodzina, przyjaciele, nawet król i królowa bardzo naciskają: jest wciąż młoda, szkoda „wiek trawić w żałości”, no i przecież jeszcze nie doczekała się dzieci! Może więc spojrzy łaskawszym okiem na kolejnego wdowca, Jana Stanisława Zbąskiego, który nieba by jej uchylił?

Anna całe trzy lata opiera się jego zalotom. Wciąż hołubi pamięć o zmarłym mężu i ewidentnie bardzo jej w smak wdowia niezależność. Szczerze wyznaje, że miło nie mieć nad sobą żadnej zwierzchności, samej decydować i wydawać rozkazy. Zbąski jednak nie odpuszcza, a krew nie woda. 

Któregoś dnia, żegnając go po wizycie, Anna patrzy, jak dosiada konia i serce jej się budzi. „Tuż Wenus, strzałą rzuciła, gdyś go na konia wsadziła” - napisze i dodatkowo dopowie prozą: „Że na koniu dobrze siedział, z tego mi się lepiej podobał”.

Rembrandt, Jeździec polski, ok. 1655-57

No więc jest trzeci ślub i trzecie małżeństwo. Mimo obaw Anny okaże się ono równie udane jak poprzednie. Sama się dziwi: „Bom się już nie spodziewała, ażbym tak ukochać miała”. Jan numer 2 sprawdzi się zarówno jako mąż, jak i przyjaciel. W chwilach radości i smutku, bo Anna przeżyje jedne po drugich, gdy zajdzie w ciążę i kiedy poroni. Nie bez powodu napisze potem swoją autobiografię w żałobnych trenach. Bo niestety, ten kolejny dobry rozdział jej życia też będzie krótki i też skończy się łzami.

Przed nami bowiem wielka siedemnastowieczna bitwa, ta najsławniejsza, pod Wiedniem. Jan oczywiście rwie się w pole, choć Anna - jakby przeczuwając najgorsze - stara się go od tego odwieść. „Prawiem się w łzy rozpuściła” - pisze. Ale on, choć też spłakany, rusza z królem Sobieskim. 

Zostaje ranny, dostaje postrzał w nogę, niegroźny, jak zapewniają medycy. Jednak Anna jest pełna lęku („serce moje czuło ten postrzał dzień prawie”). Wie, że nie powinna czekać na powrót męża, tylko ruszyć mu na spotkanie. No więc śpieszą do siebie - on wraca do niej, ona jedzie do niego, ale nie zdążą się spotkać. W ranę wdaje się gangrena, Jan umiera, nim zdąży zobaczyć Annę.

„Do czytelnika książki
Teraz nie żyję, lecz jakbym umarła,
Bom, jak pociechy, tak smutki zawarła:
W zimnem grobowcu one już złożyła.
Ani się cieszyć, ni będę smuciła”.

Tak kończy Anna swoją opowieść, którą spisała dwa lata po śmierci Jana. Już nie wyszła za mąż, pozostała sama przez ostatnie dwadzieścia lat swego życia. Wiemy, że do końca była bardzo aktywna - sprawnie zarządzała majątkiem, udzielała się charytatywnie, wspomagała zakony, fundowała kościoły. Ale jaka wtedy była? Z czego się śmiała? Co czuła? Żałuję, że tego się już nie dowiem. Mam tylko nadzieję, że pisanie tej autobiografii przyniosło jej spokój, tak jak mnie sprawiło radość jej czytanie. 

Dzięki Anno, że spisałaś swoje życie. Czasem miło jest poczuć, że stulecia nie mają znaczenia. Minęło trzysta lat, a przecież wciąż Cię rozumiem.
Pozdrawiam.
Twoja czytelniczka z XXI wieku.

Jan Vermeer, Pisząca list, ok. 1671
Źródła: Dariusz Rott, Kobieta z przemalowanego portretu, Katowice 2004
„Transakcyję…” można przeczytać w całości na:http://www.wbc.poznan.pl
Zdjęcia: Wikimedia Commons, Web Gallery of Art

środa, 11 września 2013

Trzy adresy z dziewczyńskich lektur

Nosimy te miejsca w sobie od dzieciństwa, pojawiają się w książkach, z którymi rośniemy. A jakie są naprawdę?

Prawdziwy tajemniczy ogród
"Mary wsunęła ręce pod liście i poczęła je rozgarniać na boki. Gęsto wiszący bluszcz tworzył jakby luźną, powiewną zasłonę, chociaż część gałęzi pięła się na drzewo i po żelazie. Serce dziewczynki poczęło bić jak młotem, a ręce drżeć ze szczęścia i podniecenia. A rudzik śpiewał i ćwierkał dalej, tak przechylając główkę, jakby i on czuł się podniecony. Mary poczuła pod ręką kwadratowy, żelazny zamek z otworem na klucz"...
I tak to właśnie było. Tajemniczy ogród istniał naprawdę, a wejście do niego zostało odkryte z pomocą rudzika, w kamiennym murze zarośniętym bluszczem. Tyle że odkrywcą nie była mała dziewczynka, ale dojrzała kobieta.
Był rok 1898. Sławna pisarka Frances Hodgson Burnett skończyła 49 lat i miała dość swego życia. Bo wyglądało na to, że los już za wszystko będzie jej kazał słono płacić. Myślała, że wyczerpała limit przydzielonych jej nieszczęść, że wszystko najgorsze już było - najpierw biedne dzieciństwo w robotniczym Manchesterze, potem śmierć ojca, emigracja do Ameryki i lata pracy, by utrzymać gromadkę rodzeństwa. Przetrwali dzięki niej - dzięki temu, że umiała opowiadać historie. Magazyny kobiece chciały je kupować, więc pisała, ciągle pisała. Także kiedy wyszła za mąż i Swan potrzebował środków na medyczne studia w Paryżu. Wtedy też całymi dniami siedziała przy biurku, przy którym spało jej dwóch małych synków.
Ale teraz jej byt nie zależał od gazetowych honorariów. Teraz była ukochaną autorką dziecięcych lektur, które biły rekordy sprzedaży - uroczego „Małego lorda” i równie uroczej „Małej księżniczki". Teraz mogła odpocząć.
Tyle, że los najwyraźniej nie przewidywał dla Frances takich szczęśliwych scenariuszy. Bo w 1898 roku, zrozpaczona, błąkała się jak duch po Europie, zmieniając miasta i kraje. Kilka lat wcześniej jej szesnastoletni syn umarł na gruźlicę. Małżeństwo, które już od  dawna było fikcją, rozpadło się ostatecznie. Mogła liczyć tylko na siebie - poddać się depresji albo spróbować z nią walczyć. Wybrała to drugie. Wzięła rozwód ze swym amerykańskim mężem i postanowiła wracać do domu, do Anglii. I tak znalazła się w Great Maytham Hall.

Great Maytham Hall dzisiaj 

Było to ogromne, trzykondygnacyjne domiszcze, położone na skraju angielskiej wsi, wtedy trochę bardziej baśniowe, dzikie, nie tak wymuskane, jak na tym współczesnym zdjęciu. Frances poczuła, że właśnie tu powinna się zatrzymać. "Widziałam wiele interesujących miejsc, ale Maytham kocham” - napisała w liście do syna. Wynajęła dom, a potem... potem było tak, jak w powieści. 
Na skraju posiadłości leżał ogromny ogród, właściwie sad - dziki, zarośnięty krzakami jeżyn, otoczony kamiennym murem przykrytym bluszczem. Nikt tam nie wchodził, nikt nawet nie pamiętał, czy w murze jest jakaś furtka. Ale Frances ją znalazła, tak jak znajdzie ją później mała Mary Lennox w jej powieści. Wspomagana przez rudzika, siedzącego na gałęzi śliwy, odkryła pod falami błyszczącej zieleni wejście do ogrodu.
Prawdziwy tajemniczy ogród

Spędziła w Great Maytham Hall prawie dziesięć lat. Większość czasu - w dzikim gąszczu ogrodu, który pod jej ręką zmieniał się w kwitnący raj. Wyrywała zielsko, wytyczała klomby i sadziła róże, setki, tysiące róż. Pracowała z taką pasją, jakby od życia kwiatów zależało jej własne. A potem napisała „Tajemniczy ogród”, swoją najlepszą powieść z przesłaniem o uzdrawiającej, wręcz mistycznej sile przyrody. Dzięki niej brzydkie dziewczynki odzyskują urodę, chorowici chłopcy wracają do zdrowia, a dorosłe kobiety osiągają spokój.
Frances Hodgson Burnett i Mary Lennox, którą w ekranizacji "Tajemniczego ogrodu" z 1993 r. zagrała Kate Maberly

Great Maytham Hall jest dziś ekskluzywnym pensjonatem, w którym wynajmują drogie apartamenty bogaci ludzie. Ci, których na to nie stać, przyjeżdżają oglądać ogród, bo jest otwarty dla zwiedzających.
Frances wróciła do Ameryki. Nigdy jednak nie zapomniała czasu spędzonego za kamiennym murem. Pod oknami swoich domów wciąż sadziła róże. Mawiała: "Dopóki ktoś ma ogród, ma przyszłość, a dopóki ma przyszłość - wciąż żyje".

Jak Maud straciła Zielone Wzgórze
„Avonlea to taka piękna nazwa - brzmi jak muzyka” - mawiała Ania Shirley. Od z górą stu lat wszystkie dziewczynki świata są tego samego zdania. Avonlea na Wyspie Księcia Edwarda to miejsce najpiękniejszych wakacji naszego dzieciństwa. Nie szkodzi, że naprawdę wcale nie istnieje i nie ma go na żadnej mapie. Wystarczy, że przymkniemy oczy i zaraz się pojawi - znajome czerwone drogi, kwitnące sady i białe domy o zielonych okiennicach, między którymi przemykają dziewczynki w wysokich bucikach i słomkowych kapeluszach. Ania Shirley nauczyła nas robić użytek z własnej wyobraźni!
Megan Follows jako Ania w filmie z 1985 r.
„Ta wstrętna Ania” - prychnęłaby Lucy Maud Montgomery. Właśnie tak się złościła, kiedy wydawca po sukcesie "Ani z Zielonego Wzgórza", kazał jej pisać ciąg dalszy. - „Na samą myśl o tym robi mi się niedobrze. Czuję się jak magik z egzotycznej baśni, który zostaje niewolnikiem wyczarowanego przez siebie dżinna. Jeśli do końca życia będę zaprzęgnięta do karety powożonej przez Anię, gorzko pożałuję tego, że kiedyś stworzyłam tę postać” - pisała w liście do przyjaciela.
Lucy Maud Montgomery i jej "wstrętna Ania"
Czy Maud naprawdę żałowała - nie wiem, ale z Anią rzeczywiście było trochę tak, jak z dżinnem uwolnionym z butelki. Niemal natychmiast wyrwała się spod kontroli i zaczęła żyć własnym życiem. Popularność książki przeszła wszelkie oczekiwania. Na Wyspę Księcia Edwarda tłumnie ruszyli turyści, chcący obejrzeć dom rudowłosego brzdąca. Wiedzieli, że pisarka sportretowała jako Avonlea rodzinne Cavendish, a Zielone Wzgórze to dom jej kuzynostwa, rodziny MacNeillów. Wobec takiego czytelniczego szaleństwa, w 1936 roku, a więc niespełna trzydzieści lat po pierwszym wydaniu powieści, władze Wyspy Księcia Edwarda wpadły na pomysł stworzenia Parku Narodowego, w którego centrum miało się znaleźć właśnie Zielone Wzgórze.
Zielone Wzgórze na Wyspie Księcia Edwarda - tak wygląda dziś

Gdy Maud poproszono o pomoc w projektowaniu parku, na początku się zżymała. Stwierdziła, że profanacją jest wystawianie na widok publiczny "wszystkich alejek i zagajników, które były mi kiedyś tak drogie". No i to urządzanie domu Ani... Przecież wymyślona postać nie może mieszkać w naprawdę istniejącym domu! Tym niemniej "zaprzęgnięta do karety powożonej przez Anię” zrobiła to, o co poproszono. Urządziła jej pokój na facjatce dokładnie według opisu w książce. Do dziś nic się w nim nie zmieniło i wygląda tak:

Po kilku latach Maud uznała, że bała się niepotrzebnie. Drogie jej miejsca nie zostały rozdeptane, przetrwały, może nawet piękniejsze, bo pielęgnowane i kochane nie tylko przez nią. Do dziś są takie, mimo tłumów turystów:

Cóż, Maud najwyraźniej nie doceniła ani swojej bohaterki, ani czytelników. Gdy "Anię" przyjęto do druku, pisała w liście do przyjaciela: „Proszę nie myśleć, że oto powstała wielka powieść literatury kanadyjskiej. To jedynie książeczka dla młodzieży, a właściwie dla dziewcząt”. I dodawała: „Nie przypuszczam, aby odniosła wielki sukces i nawet nie marzę o innej grupie czytelników”.
Po części miała rację. "Ania z Zielonego Wzgórza" rzadko miewa innych czytelników niż dziewczęta (w różnym wieku), nikomu też nie przyszłoby do głowy nazwać ją „wielką powieścią literatury kanadyjskiej”. Tylko co do tego sukcesu Maud trafiła jak kulą w płot. "Anię" przetłumaczono na 22 języki, kilka razy zekranizowano, fragmenty umieszczono w szkolnych podręcznikach (nawet tak egzotycznych, jak japońskie). Opisana w powieści Wyspa Księcia Edwarda wychynęła z niebytu i stała się najbardziej znanym miejscem Kanady. A wszystko dzięki tej niepoważnej grupie małych czytelniczek. Po co marzyć o innej?


Dlaczego słodka Jane nie lubiła Gretna Green
Zazwyczaj po raz pierwszy słyszymy o tej szkockiej wiosce właśnie od Jane Austen. Gretna Green co i rusz pojawia się w jej powieściach. Wiemy, że to był azyl zakochanych sprzed wieków, skrawek wolności w świecie pełnym podziałów i zakazów, miejsce, gdzie młodzi mogli się pobrać bez formalności i natychmiast.
Rozważna Jane Austen
Ale Gretna ewidentnie nie ma u Jane dobrej opinii. Wystarczy spojrzeć, jakie pary tam posyła! W "Dumie i uprzedzeniu" do Gretny zamierzał zwiać niegodziwy Wickham, i to dwukrotnie - najpierw z małoletnią Georgianą, potem z Lidią Bennet. Tam też uciekła z pierwszym lepszym narzeczonym mało sympatyczna Julia Bertram z "Mansfield Park". Jane - raczej rozważna niż romantyczna - poucza, że to miejsce dla łobuzów, awanturników, łowców posagów i żadna szanująca się panna nie naraziłaby rodziny na taki skandal, jak ucieczka do Szkocji. Tę opinię podzielała ogromna większość obdarzonych potomstwem bogatych Anglików, którym przez lata Gretna Green spędzała sen z powiek.
A spędzała go od 1754 roku, kiedy to w Anglii ogłoszono tzw. akt małżeństwa, który precyzyjnie regulował okoliczności łączenia się w pary. Najpierw trzeba było dać na zapowiedzi, wziąć ślub w kościele (koniecznie za dnia!), a narzeczeni musieli być pełnoletni (czyli co najmniej 21-letni). Jeśli nie byli, musieli przyjść ze zgodą rodziców. Oczywiście, już się domyślamy, dlaczego wprowadzono to prawo. Właściciele pokaźnych fortun nie zamierzali ryzykować uszczerbku majątku w imię durnych, romantycznych porywów ich młodocianego potomstwa. Najpierw szli do notariusza, dopiero potem posyłali swoje dzieci przed ołtarz.
Za to w Szkocji hulaj dusza! Tam czas stanął w miejscu, Szkoci wciąż hołdowali lokalnej tradycji, wyjątkowo łaskawej dla młodych zakochanych. Za gotowe do małżeństwa uznawano 12-letnie dziewczęta i 14-letnich chłopców. Nikt od nich nie wymagał zgody rodziców na ślub. A sam ślub był sprawą czysto prywatną, kościół czy państwo nie mieli tu nic do gadania. Młoda para mogła zostać połączona węzłem małżeńskim przez kogokolwiek i w dowolnym miejscu.
Co więc robili młodzi angielscy kochankowie, gdy staruszkowie piętrzyli przeszkody dla ich związku? Wsiadali w dyliżans i gnali do Szkocji. Po przekroczeniu granicy w pierwszym napotkanym przysiółku mogli legalnie wziąć ślub. A najbliżej granicy leżała właśnie Gretna Green.

Droga do Gretna Green na obrazie Heywooda Hardy'ego

Ślubna ucieczka do Gretna Green na pocztówce z epoki
W Gretna obowiązek udzielania ślubów wziął na siebie miejscowy kowal. Nie bez powodu - w owych czasach kowal był siłą napędową każdej wioski, doskonale znali go woźnice dyliżansów i podróżni. Ten z Gretna Green szybko dostosował się do nowej sytuacji i w jego kuźni zakochana para nawet w środku nocy miała za niewielką opłatą zapewniony full serwis - dwoje świadków i szybki ślub, który pieczętowało walnięcie w kowadło. Wściekli rodzice, którzy gnali za uciekinierami, zwykle docierali za późno...
Za późno! Tatuś nie zdążył...
Jedna z popularnych pocztówek przedstawiająca szkocki ślub nad kowadłem
Kowal z Gretna Green robił świetny biznes na uciekających kochankach. I zażywał wielkiej sławy nie tylko w Anglii, ale w całej Europie, również u nas, co pokazuje informacja, zamieszczona w "Monitorze Warszawskim" z 30 lipca 1827 roku: „Dnia 10 m.b. nad wieczorem umarł w Springfield David Loing, sławny kowal dający śluby w Gretna Green, w 72. r. życia. Zaziębił się on w podróży do Lancaster i od tego czasu chorował. Sprawował urząd swój przez 35 lat”.
Warsztat Starego Kowala dzisiaj - wciąż cieszy się niesłabnącą popularnością wśród nowożeńców

Dziś zakochani już nie muszą uciekać przez rodzicami. Dziś normą są małżeństwa z miłości, a przedślubne intercyzy rzadko sporządza ktoś poza gwiazdorami z Hollywood. Ale Gretna Green kwitnie. To wciąż najpopularniejsze miejsce zawierania małżeństw. Co roku przyjeżdża tam około pięć tysięcy par z całego świata, żeby wziąć ślub, taki jak sto i dwieście lat temu, w sławnym Warsztacie Starego Kowala (dla zainteresowanych: uroczystość kosztuje 60 funtów i 50 pensów, łącznie z aktem małżeństwa). Romantyczno-awanturnicza historia Gretna Green wciąż żyje wśród zakochanych i jest to moim zdaniem jeden z ładniejszych hołdów oddawanych przeszłości. Ciekawe, co powiedziałaby na to nieromantyczna Jane?

Źródła m.in.: Mollie Gillen, "Maud z Wyspy Księcia Edwarda", The Real Secret Garden/ The Telegraph
Zdjęcia: Wikimedia Commons

niedziela, 21 października 2012

Zmierzch


Lato 1816 roku było wyjątkowo deszczowe i chłodne. Niebo zasnuwały ciemne chmury, przez które rzadko przedzierał się promień słońca, przenikliwe zimno wieczorów wcześnie zapędzało ludzi do domów. Grupka młodych Anglików tkwiła uwięziona w willi Diodati nad Jeziorem Genewskim, trzęsąc się ze strachu. Bo gdy zapadał zmierzch, a czarne niebo za wysokimi oknami  przecinały błyskawice, w pokojach i piwnicach starej willi lęgły się upiory. Z ciemnych kątów wypływały ziejące ogniem zjawy o czarnych oczodołach, na schodach rozbrzmiewał upiorny chichot, a smugi dymu z ognia na kominku układały się w twarze bladych topielic. Przeraźliwe skrzypienie wejściowych drzwi zapowiadało wizytę głównego bohatera upiornych nocy - monstrum o straszliwej twarzy pociętej siecią blizn. Oto nadchodził! Wielki, zwalisty stwór, którego ciało w inną chmurną noc zeszył z kawałków trupów zarozumiały doktor Frankenstein. Niefrasobliwy, zbyt pewny siebie doktor, któremu wydawało się, że dzięki nauce rozwiązał tajemnicę życia, że jest równy Bogu! O, jakże drogo zapłacił za swą zarozumiałość! Nie stworzył człowieka, ale budzące odrazę monstrum, potwora, przed którym pierzchali przerażeni ludzie. A ten, odrzucony przez każdego i nie pasujący do nikogo, był skazany na rozpaczliwą samotność. Na życie na lodowym pustkowiu, gdzie miał pewność, że nie wypatrzą go ludzkie oczy...
Willa Diodati nad Jeziorem Genewskim, miejsce narodzin Frankensteina
Kiedy Mary opowiadała o potworze doktora Frankensteina, przez plecy jej przyjaciół przebiegały dreszcze. Patrzyła na ich zastygłe twarze, widziała jak tężeją regularne rysy lorda Byrona, jak zwężają się źrenice ślicznej Claire, a chmurna twarz Johna Polidori zastyga w przerażeniu. I cały czas kątem oka zerkała na swego pięknego męża, z którego delikatnych, niemal kobiecych rysów przebijało zadziwienie. Jego osiemnastoletnia żona, dzieciak prawie, w wymyślaniu makabrycznych historii okazała się najlepsza! Pokonała i jego, i Byrona, choć ich poetycka sława odbiła się już echem nie tylko w Anglii, ale i w całej Europie. Powinna to zapisać! Skoro jej historia tak przemawia do wyobraźni poetów, porwie także innych!
Piękni, młodzi i chmurni z willi Diodati: George Byron i Claire Clairmont, Mary i Percy Shelley, John Polidori

Może tak to wyglądało, a może zupełnie inaczej. Lato w willi nad Jeziorem Genewskim obrosło tysiącem interpretacji, wizji, domysłów, znalazło się w setkach tekstów, książek i filmów, stało się kanwą słynnego "Gotyku" Kena Russella (1986), którego fragment zobaczycie niżej. To właśnie wtedy narodził się Frankenstein, podczas tego „mokrego, niezgrabnego lata”, kiedy nieustający deszcz zamknął w domu lorda Byrona i całe towarzystwo spędzające z nim szwajcarskie wakacje z duchami. Byli to Percy Shelley i jego żona Mary, Claire Clermont - przyrodnia siostra Mary i kochanka Byrona, oraz młody włoski lekarz John Polidori. Urozmaicali sobie wieczory czytając historie o upiorach, a któregoś wieczoru urządzili konkurs na najbardziej makabryczne opowiadanie. I to Mary wymyśliła najstraszniejsze.

Swoje opowiadanie Mary szybko zmieniła w powieść. Zanim skończyła dwadzieścia lat, "Frankenstein" był gotowy. I z miejsca uwiódł czytelników, tak jak młodych ludzi z willi Diodati. Bohater Mary szybko zaczął żyć własnym życiem. Zaczęły powstawać sztuki teatralne o Frankensteinie, kolejne książki, a wiele lat później filmy; stwór płodził synów i córki, obrastał w wybranki, spotykał się z Drakulą i wilkołakiem - słowem, stał się mitem. Dziś na tysiące osób znających opowieść o doktorze, który ze szczątków ludzkich lepi potwora, większość nie czytała ani nawet nie słyszała o książce Mary Shelley. To najlepiej pokazuje siłę tej historii. A jej tło jest niemal równie niesamowite, jak dzieje tajemniczego monstrum.
Boris Karloff w roli potwora Frakensteina
w hollywoodzkiej ekranizacji z  1931 r.  
Ponoć źródłem tej opowieści był sen. We wstępie do jednego z wydań swojej książki Mary wyjawia, że we śnie ujrzała "ohydną zjawę ludzką leżącą bez ruchu, a potem za sprawą jakiegoś potężnego motoru, dającą oznaki życia w postaci niepewnych, pół-żywych ruchów". W tym śnie Mary o o obrzydliwym potworze budzącym się do życia pobrzmiewa echo koszmaru, jaki przeżyła rok wcześniej. Było to w marcu 1815 r., tuż po utracie jej pierwszego, przedwcześnie urodzonego dziecka. Wtedy również którejś nocy przebudził ją sen. W swoim dzienniku zanotowała, że był to "sen o tym, że moje dzieciątko ożyło, że najpierw zmarzło, a kiedy natarliśmy jego ciałko przy ogniu, żyło znowu".  Czytana dziś, z perspektywy czasu, notatka ta sprawia niesamowite wrażenie. Ale takie było całe życie Mary, pełne tragicznych splotów okoliczności, utkane ze zdarzeń przywodzących na myśl jej własne gotyckie powieści.
Mary Shelley na obrazie Richarda Rothwella
Przyszła na świat w sierpniu 1797 roku. Jej matka, też Mary, prekursorka feminizmu, słynna intelektualistka i piękność, umarła dziesięć dni po urodzeniu córeczki. Dziewczynka rosła pod opieką ojca, a był nim również człowiek o niebanalnej osobowości - William Godwin, filozof o radykalnych poglądach, do którego domu ściągały tłumy intelektualistów i pisarzy. Mary miała 17 lat, kiedy uciekła z jednym z nich. Do szaleństwa zakochała się w 22-letnim poecie, Percy Shelleyu, i nie przeszkadzało jej, że był żonaty. Pobiorą się dwa lata później, gdy porzucona żona poety popełni samobójstwo. Spędzą razem zaledwie osiem lat, ale tych osiem krótkich lat z Shelleyem, aż do jego utonięcia w 1822 roku, odegra w melancholijnym życiu Mary rolę decydującą.
Przyjaciel Shelleyów zostawił nam jej wyrazisty opis: "Najbardziej uderzającą cechą jej twarzy były spokojne, szare oczy; wzrostem nie dorównywała przeciętnej Angielce, jasnowłosa, o bardzo jasnej karnacji, dowcipna, towarzyska, ożywiała się wśród przyjaciół, chociaż w samotności bywała raczej ponura".
Ponure, mroczne klimaty bardzo odpowiadały temperamentowi Mary, a zdaje się, że nieobcy był jej także autentyczny dar przewidywania przyszłości. Pisząc "Frankensteina" trzymała na kolanach swego drugiego synka, maleńkiego Williama. Nie przeszkadzało jej to pierwszą ofiarą potwora uczynić chłopca imieniem William właśnie. Dziś wygląda to jak igraszka z przeznaczeniem, bo wiemy, że jej własny mały synek umrze latem 1819 roku. 
Pogrążona w depresji Mary będzie szukać ratunku w pisaniu. Ale kolejna książka znów zabrzmi jak ponura zapowiedź tego, co ma nastąpić. Bohaterka powieści "Matilde" ma proroczy sen, że jej ojciec utonął i szuka go w panice po całym wybrzeżu. Trzy lata później to Mary będzie pędziła na oślep przez plażę, żeby się przekonać, czy jej ukochany wyjdzie żywy z morskich fal.
Szkuner Shelleya zatonie 8 lipca 1822 r. podczas sztormu w drodze z Pizy do Lerici. Mary śmierć męża przeżyje jak swoją własną. Jego ciało skremuje na plaży, a serce zachowa aż do swojej śmierci w 1851 roku. Nie wyjdzie po raz drugi za mąż. Z czwórki ich dzieci jedynie jeden syn, Percy Florence, dożyje dorosłego wieku i to z nim Mary spędzi ostatnie lata życia. 
Napisze jeszcze kilka powieści, ale popularność żadnej z nich nawet w maleńkiej części nie dorówna tej pierwszej. Historii nieszczęsnego monstrum doktora Frankensteina, którego w chłodną, burzową noc powołała do życia młodziutka, smutna Mary Shelley.

Obraz, który otwiera ten tekst, to słynna "Nocna mara" Johanna Heinricha Füssli, symbol gotyckich klimatów w sztuce. Wystawiony pod koniec XVIII wieku wzbudził ogromne emocje - widzowie wpadali w szok, kobiety mdlały na jego widok. Według dzisiejszych krytyków również Mary Shelley była nim bardzo zafascynowana. W filmie Kena Russella Mary, grana przez Natashę Richardson, obserwuje przed zaśnięciem obraz Füssliego, a namalowana scena wraca do niej we śnie. Ale jest i bardziej dosłowny związek z biografią pisarki. W Füsslim kochała się gorąco i nieszczęśliwie jej matka Mary Wollstonecraft. Żonaty artysta nie zamierzał jednak się z nią wiązać.

(Przy pisaniu korzystałam z tekstu Briana W. Aldissa "O pochodzeniu gatunków: Mary Shelley")

niedziela, 7 października 2012

Dziwne losy Charlotte Brontë

Charlotte Brontë na jedynym zdjęciu.
Zrobiono je w 1854 r., na rok przed jej śmiercią
Trudno w to uwierzyć, ale niektóre książki sióstr Brontë dopiero teraz - po stu pięćdziesięciu latach! - doczekały się polskich przekładów. Lada dzień ukaże się "Profesor" Charlotte Brontë, napisany jeszcze przed słynną "Jane Eyre". To jej pierwsza powieść, uznawana za najsłabszą, także w Anglii wydana dopiero po śmierci pisarki, na fali jej pośmiertnej sławy. Bo Charlotte jako jedyna z sióstr żyła na tyle długo, by doczekać się uznania jeszcze za życia.

Opowiadałam już tu historię utalentowanych dzieci pastora Brontë, z których ledwie czworo dożyło wieku dorosłego. Ale dojrzałości - tylko Charlotte. Jakiś czas temu, czytając o niej, odkryłam ze zdumieniem, że wyszła za mąż. Jako jedyna z rodzeństwa. W dodatku, choć małżeństwo było krótkie, była w nim szczęśliwa. Ale ta wiadomość w ogóle nie zagnieździła się w umyśle przeciętnego czytelnika-szaraka. Jest zresztą sprzedawana mimochodem - niemal w tym samym zdaniu do informacji o ślubie pisarki, dodaje się, że jej małżeństwo trwało niespełna rok, bo szybko umarła. Nie tak młodo jak siostry, ale jednak młodo, jak Chopin - miała tylko 38 lat.

Czyli wszystko potoczyło się tak, jak w najlepszej gotyckiej powieści. Możemy załamać ręce: ach, co za historia! Trzy siostry z wichrowych wzgórz, żyjące w cieniu śmierci, na plebanii zagubionej wśród wrzosowisk północnej Anglii, po których hula dziki wiatr, i opowiadające stamtąd porywające historie o wielkiej miłości, której same nigdy nie doświadczyły. Ale przecież na tym polega siła wielkiego talentu!

No, czy nie piękna historia? Biografia sióstr Brontë podnieca nas niemal tak samo, jak ich ich książki. Też doczekała się kilku ekranizacji, w których kulminacyjne momenty wyznaczają narkotyczno-alkoholowe ekscesy Branwella, brata utalentowanych sióstr, potem jego śmierć, za którą jak po sznurku idą kolejne - najpierw chorej na suchoty Emily, potem Anny. Cała trójka, jak na prawdziwych romantyków przystało, umarła przed trzydziestką. Została tylko Charlotte.
Charlotte na rysunku George'a Richmonda, 1850
Dla współczesnych jej czytelników to ona była największa z całej trójki. Nie folgowała wyobraźni aż tak, jak neurasteniczka Emily, której "Wichrowe wzgórza" przestraszyły wiktoriańskich Anglików. Charlotte od początku była "do przyjęcia". Ludzi zadziwiająco mocno poruszały jej bohaterki, te wszystkie guwernantki i nauczycielki - niepiękne, ubogie, samotne, ale zadziwiająco silne w swoim przekonaniu, że ani majątek, ani (gorsza) płeć nie przesądzają o wartości kobiety, o jej życiowej drodze i koniec końców o jej szczęściu.

Dla dzisiejszych czytelników największa jest Emily. I tak pięknie pasuje do romantycznej biografii! Oto dziewczyna o nieokiełznanej wyobraźni na rok przed śmiercią wydaje swoją jedyną powieść, szalone "Wichrowe wzgórza", wprawiając w osłupienie czytelników. Uznają książkę za brutalną i kontrowersyjną, a co najmniej niesmaczną. Zmienią zdanie dopiero wiele lat później, kiedy przez świat przetoczy się już gorączka romantyczna. "Wichrowe wzgórza" staną się jednym z jej symboli. A życie sióstr Brontë przejdzie do romantycznej legendy. Legiony biografów pochylą się nad mieszkankami plebanii w Haworth, prześwietlając ich losy, szukając melodramatycznych szczegółów i miłosnych dramatów.

Ale niewiele ich znajdą. Będą musieli poprzestać na domysłach. Tak narodzi się mit o wielkiej, niespełnionej miłości Charlotte, nieszczęśliwie zakochanej w swoim nauczycielu. 
Constantin Heger
Chodzi o Constantina Hegera, prowadzącego szkołę w Brukseli, w której Charlotte spędziła dwa lata. Pojechały tam z Emily, by uzupełnić edukację, bo też myślały o otwarciu szkoły dla dziewcząt. Uczyły się, ale i same dawały lekcje angielskiego i muzyki, opłacając nimi pobyt. I to tam Charlotte, zdaniem jej biografów, dopadło wielkie uczucie. Mają nawet dowód - cztery co najmniej niejednoznaczne listy, które wysłała do swego profesora. Można je czytać jako listy wdzięcznej uczennicy, ale na dobrą sprawę także zakochanej kobiety. To on, uznano, musiał być pierwowzorem mężczyzn w jej książkach - pana Rochestera z "Dziwnych losów Jane Eyre" i zwłaszcza "Profesora", bohatera jej pierwszej powieści. Bo kto inny mógł być? Pan Heger nadawał się doskonale - był mężczyzną przystojnym, interesującym, inteligentnym, acz niestety żonatym, ale właśnie bolesna niemożność spełnienia czyni miłość romantyczną. I przecież nie mógł być kimś takim jej mąż, ten śmieszny Irlandczyk, pan Nicholls! Że też w ogóle zechciała za niego wyjść!


Arthur Bell Nicholls
Arthur Bell Nicholls, wikary na plebanii Patricka Brontë, był przez lata obiektem żartów jego inteligentnych dzieci. Sztywny, konwencjonalny, nudny, nielubiany nawet przez parafian, wydający im idiotyczne zalecenia, jak zakazy wywieszania prania w okolicach cmentarza. Gdy pojechał na wakacje do rodzinnej Irlandii rodzeństwo śmiało się, że parafianie woleliby, by ten urlop trwał wiecznie.
Arthur kochał się w najstarszej pannie Brontë od dawna. Ale zebrał się na odwagę i oświadczył dopiero wtedy, gdy została już w Haworth sama, tylko z ojcem. I ze swoją sławą. Po wydaniu "Jane Eyre" wybuchła jej popularność, a ścieżki na wrzosowiskach nie były już puste jak dawniej, bo ciągnęły nimi rzędy czytelników i wielbicieli chcących zobaczyć autorkę ukochanych powieści. Były wśród nich także literackie znakomitości, jak pisarka Elizabeth Gaskell, która potem przygotuje pierwszą biografię Charlotte, wydając ją zaledwie dwa lata po jej śmierci.

Pastor Brontë wpadł w prawdziwą wściekłość, usłyszawszy, że nieudaczny podwładny ma apetyt na jego sławną córkę. Wysłał Nichollsa na parę miesięcy na przymusowy urlop, żeby ochłonął. A Charlotte? Ona nie odrzuciła go jednoznacznie. Może dlatego, że miała już 37 lat i wiedziała, że to ostatni moment na małżeńskie szczęście. A może po prostu dostrzegała w nim coś, co umknęło uwadze ojca, a potem biografów? Tak czy inaczej w listach pisanych z przymusowego wygnania pan Nicholls potrafił ją do siebie przekonać. Przyjęła jego oświadczyny.

I niespodziewanie - nawet dla siebie samej, co widać w jej listach - znalazła w tym związku spełnienie. Z miesiąca miodowego w Irlandii wróciła szczęśliwa. Rozkwitła w roli żony. Wreszcie prowadziła zwyczajne życie, znajdując spokój przy troskliwym, czułym mężu.
Spokojnie, niedługo. Bo czy takie zwyczajne życie mogłoby pasować do panny Brontë? Przecież romantycy umierają młodo! I nie lokują uczuć w osobach nudnych wikarych! 
Charlotte umiera, będąc w pierwszych miesiącach ciąży. Nie wiadomo, dlaczego. Jedni mówią, że na skutek odwodnienia, inni, że na tyfus, jeszcze inni, że zabiły ją suchoty, tak jak jej siostry.

Arthur zostaje z jej ojcem aż do jego śmierci. Towarzyszy mu wiernie, chroniąc przed ciekawskimi, torując drogę do kościoła przez gęstniejące tłumy turystów, ściągających już wtedy z całej Anglii, by zobaczyć dom sławnych sióstr. Potem będzie wiernym strażnikiem pamiątek, które dziś można oglądać w zamienionej na muzeum plebanii w Haworth. To on przechował najbardziej znany portret sióstr, namalowany przez Branwella.
Główna ulica Haworth dziś przypomina zatłoczony deptak (Żródło: Wikipedia) 
Mimo to dobry pan Nicholls jest jak kleks na pięknie zapisanej stronie mrocznej biografii panien z wichrowych wzgórz. Nie miał w sobie nic z charyzmy mężczyzn zaludniających karty powieści jego żony. Nie pasował do jej świata. Był tylko zwykłym, nudnym wikarym, pozbawionym dowcipu i wyczucia ironii. A jednak to właśnie dzięki niemu Charlotte miała jedyny dobry rok w swoim krótkim, pełnym bólu życiu.  
Pierwsze polskie wydanie ""Profesora"
przygotowało wydawnictwo MG