Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anglia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anglia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 października 2012

Zmierzch


Lato 1816 roku było wyjątkowo deszczowe i chłodne. Niebo zasnuwały ciemne chmury, przez które rzadko przedzierał się promień słońca, przenikliwe zimno wieczorów wcześnie zapędzało ludzi do domów. Grupka młodych Anglików tkwiła uwięziona w willi Diodati nad Jeziorem Genewskim, trzęsąc się ze strachu. Bo gdy zapadał zmierzch, a czarne niebo za wysokimi oknami  przecinały błyskawice, w pokojach i piwnicach starej willi lęgły się upiory. Z ciemnych kątów wypływały ziejące ogniem zjawy o czarnych oczodołach, na schodach rozbrzmiewał upiorny chichot, a smugi dymu z ognia na kominku układały się w twarze bladych topielic. Przeraźliwe skrzypienie wejściowych drzwi zapowiadało wizytę głównego bohatera upiornych nocy - monstrum o straszliwej twarzy pociętej siecią blizn. Oto nadchodził! Wielki, zwalisty stwór, którego ciało w inną chmurną noc zeszył z kawałków trupów zarozumiały doktor Frankenstein. Niefrasobliwy, zbyt pewny siebie doktor, któremu wydawało się, że dzięki nauce rozwiązał tajemnicę życia, że jest równy Bogu! O, jakże drogo zapłacił za swą zarozumiałość! Nie stworzył człowieka, ale budzące odrazę monstrum, potwora, przed którym pierzchali przerażeni ludzie. A ten, odrzucony przez każdego i nie pasujący do nikogo, był skazany na rozpaczliwą samotność. Na życie na lodowym pustkowiu, gdzie miał pewność, że nie wypatrzą go ludzkie oczy...
Willa Diodati nad Jeziorem Genewskim, miejsce narodzin Frankensteina
Kiedy Mary opowiadała o potworze doktora Frankensteina, przez plecy jej przyjaciół przebiegały dreszcze. Patrzyła na ich zastygłe twarze, widziała jak tężeją regularne rysy lorda Byrona, jak zwężają się źrenice ślicznej Claire, a chmurna twarz Johna Polidori zastyga w przerażeniu. I cały czas kątem oka zerkała na swego pięknego męża, z którego delikatnych, niemal kobiecych rysów przebijało zadziwienie. Jego osiemnastoletnia żona, dzieciak prawie, w wymyślaniu makabrycznych historii okazała się najlepsza! Pokonała i jego, i Byrona, choć ich poetycka sława odbiła się już echem nie tylko w Anglii, ale i w całej Europie. Powinna to zapisać! Skoro jej historia tak przemawia do wyobraźni poetów, porwie także innych!
Piękni, młodzi i chmurni z willi Diodati: George Byron i Claire Clairmont, Mary i Percy Shelley, John Polidori

Może tak to wyglądało, a może zupełnie inaczej. Lato w willi nad Jeziorem Genewskim obrosło tysiącem interpretacji, wizji, domysłów, znalazło się w setkach tekstów, książek i filmów, stało się kanwą słynnego "Gotyku" Kena Russella (1986), którego fragment zobaczycie niżej. To właśnie wtedy narodził się Frankenstein, podczas tego „mokrego, niezgrabnego lata”, kiedy nieustający deszcz zamknął w domu lorda Byrona i całe towarzystwo spędzające z nim szwajcarskie wakacje z duchami. Byli to Percy Shelley i jego żona Mary, Claire Clermont - przyrodnia siostra Mary i kochanka Byrona, oraz młody włoski lekarz John Polidori. Urozmaicali sobie wieczory czytając historie o upiorach, a któregoś wieczoru urządzili konkurs na najbardziej makabryczne opowiadanie. I to Mary wymyśliła najstraszniejsze.

Swoje opowiadanie Mary szybko zmieniła w powieść. Zanim skończyła dwadzieścia lat, "Frankenstein" był gotowy. I z miejsca uwiódł czytelników, tak jak młodych ludzi z willi Diodati. Bohater Mary szybko zaczął żyć własnym życiem. Zaczęły powstawać sztuki teatralne o Frankensteinie, kolejne książki, a wiele lat później filmy; stwór płodził synów i córki, obrastał w wybranki, spotykał się z Drakulą i wilkołakiem - słowem, stał się mitem. Dziś na tysiące osób znających opowieść o doktorze, który ze szczątków ludzkich lepi potwora, większość nie czytała ani nawet nie słyszała o książce Mary Shelley. To najlepiej pokazuje siłę tej historii. A jej tło jest niemal równie niesamowite, jak dzieje tajemniczego monstrum.
Boris Karloff w roli potwora Frakensteina
w hollywoodzkiej ekranizacji z  1931 r.  
Ponoć źródłem tej opowieści był sen. We wstępie do jednego z wydań swojej książki Mary wyjawia, że we śnie ujrzała "ohydną zjawę ludzką leżącą bez ruchu, a potem za sprawą jakiegoś potężnego motoru, dającą oznaki życia w postaci niepewnych, pół-żywych ruchów". W tym śnie Mary o o obrzydliwym potworze budzącym się do życia pobrzmiewa echo koszmaru, jaki przeżyła rok wcześniej. Było to w marcu 1815 r., tuż po utracie jej pierwszego, przedwcześnie urodzonego dziecka. Wtedy również którejś nocy przebudził ją sen. W swoim dzienniku zanotowała, że był to "sen o tym, że moje dzieciątko ożyło, że najpierw zmarzło, a kiedy natarliśmy jego ciałko przy ogniu, żyło znowu".  Czytana dziś, z perspektywy czasu, notatka ta sprawia niesamowite wrażenie. Ale takie było całe życie Mary, pełne tragicznych splotów okoliczności, utkane ze zdarzeń przywodzących na myśl jej własne gotyckie powieści.
Mary Shelley na obrazie Richarda Rothwella
Przyszła na świat w sierpniu 1797 roku. Jej matka, też Mary, prekursorka feminizmu, słynna intelektualistka i piękność, umarła dziesięć dni po urodzeniu córeczki. Dziewczynka rosła pod opieką ojca, a był nim również człowiek o niebanalnej osobowości - William Godwin, filozof o radykalnych poglądach, do którego domu ściągały tłumy intelektualistów i pisarzy. Mary miała 17 lat, kiedy uciekła z jednym z nich. Do szaleństwa zakochała się w 22-letnim poecie, Percy Shelleyu, i nie przeszkadzało jej, że był żonaty. Pobiorą się dwa lata później, gdy porzucona żona poety popełni samobójstwo. Spędzą razem zaledwie osiem lat, ale tych osiem krótkich lat z Shelleyem, aż do jego utonięcia w 1822 roku, odegra w melancholijnym życiu Mary rolę decydującą.
Przyjaciel Shelleyów zostawił nam jej wyrazisty opis: "Najbardziej uderzającą cechą jej twarzy były spokojne, szare oczy; wzrostem nie dorównywała przeciętnej Angielce, jasnowłosa, o bardzo jasnej karnacji, dowcipna, towarzyska, ożywiała się wśród przyjaciół, chociaż w samotności bywała raczej ponura".
Ponure, mroczne klimaty bardzo odpowiadały temperamentowi Mary, a zdaje się, że nieobcy był jej także autentyczny dar przewidywania przyszłości. Pisząc "Frankensteina" trzymała na kolanach swego drugiego synka, maleńkiego Williama. Nie przeszkadzało jej to pierwszą ofiarą potwora uczynić chłopca imieniem William właśnie. Dziś wygląda to jak igraszka z przeznaczeniem, bo wiemy, że jej własny mały synek umrze latem 1819 roku. 
Pogrążona w depresji Mary będzie szukać ratunku w pisaniu. Ale kolejna książka znów zabrzmi jak ponura zapowiedź tego, co ma nastąpić. Bohaterka powieści "Matilde" ma proroczy sen, że jej ojciec utonął i szuka go w panice po całym wybrzeżu. Trzy lata później to Mary będzie pędziła na oślep przez plażę, żeby się przekonać, czy jej ukochany wyjdzie żywy z morskich fal.
Szkuner Shelleya zatonie 8 lipca 1822 r. podczas sztormu w drodze z Pizy do Lerici. Mary śmierć męża przeżyje jak swoją własną. Jego ciało skremuje na plaży, a serce zachowa aż do swojej śmierci w 1851 roku. Nie wyjdzie po raz drugi za mąż. Z czwórki ich dzieci jedynie jeden syn, Percy Florence, dożyje dorosłego wieku i to z nim Mary spędzi ostatnie lata życia. 
Napisze jeszcze kilka powieści, ale popularność żadnej z nich nawet w maleńkiej części nie dorówna tej pierwszej. Historii nieszczęsnego monstrum doktora Frankensteina, którego w chłodną, burzową noc powołała do życia młodziutka, smutna Mary Shelley.

Obraz, który otwiera ten tekst, to słynna "Nocna mara" Johanna Heinricha Füssli, symbol gotyckich klimatów w sztuce. Wystawiony pod koniec XVIII wieku wzbudził ogromne emocje - widzowie wpadali w szok, kobiety mdlały na jego widok. Według dzisiejszych krytyków również Mary Shelley była nim bardzo zafascynowana. W filmie Kena Russella Mary, grana przez Natashę Richardson, obserwuje przed zaśnięciem obraz Füssliego, a namalowana scena wraca do niej we śnie. Ale jest i bardziej dosłowny związek z biografią pisarki. W Füsslim kochała się gorąco i nieszczęśliwie jej matka Mary Wollstonecraft. Żonaty artysta nie zamierzał jednak się z nią wiązać.

(Przy pisaniu korzystałam z tekstu Briana W. Aldissa "O pochodzeniu gatunków: Mary Shelley")

niedziela, 7 października 2012

Dziwne losy Charlotte Brontë

Charlotte Brontë na jedynym zdjęciu.
Zrobiono je w 1854 r., na rok przed jej śmiercią
Trudno w to uwierzyć, ale niektóre książki sióstr Brontë dopiero teraz - po stu pięćdziesięciu latach! - doczekały się polskich przekładów. Lada dzień ukaże się "Profesor" Charlotte Brontë, napisany jeszcze przed słynną "Jane Eyre". To jej pierwsza powieść, uznawana za najsłabszą, także w Anglii wydana dopiero po śmierci pisarki, na fali jej pośmiertnej sławy. Bo Charlotte jako jedyna z sióstr żyła na tyle długo, by doczekać się uznania jeszcze za życia.

Opowiadałam już tu historię utalentowanych dzieci pastora Brontë, z których ledwie czworo dożyło wieku dorosłego. Ale dojrzałości - tylko Charlotte. Jakiś czas temu, czytając o niej, odkryłam ze zdumieniem, że wyszła za mąż. Jako jedyna z rodzeństwa. W dodatku, choć małżeństwo było krótkie, była w nim szczęśliwa. Ale ta wiadomość w ogóle nie zagnieździła się w umyśle przeciętnego czytelnika-szaraka. Jest zresztą sprzedawana mimochodem - niemal w tym samym zdaniu do informacji o ślubie pisarki, dodaje się, że jej małżeństwo trwało niespełna rok, bo szybko umarła. Nie tak młodo jak siostry, ale jednak młodo, jak Chopin - miała tylko 38 lat.

Czyli wszystko potoczyło się tak, jak w najlepszej gotyckiej powieści. Możemy załamać ręce: ach, co za historia! Trzy siostry z wichrowych wzgórz, żyjące w cieniu śmierci, na plebanii zagubionej wśród wrzosowisk północnej Anglii, po których hula dziki wiatr, i opowiadające stamtąd porywające historie o wielkiej miłości, której same nigdy nie doświadczyły. Ale przecież na tym polega siła wielkiego talentu!

No, czy nie piękna historia? Biografia sióstr Brontë podnieca nas niemal tak samo, jak ich ich książki. Też doczekała się kilku ekranizacji, w których kulminacyjne momenty wyznaczają narkotyczno-alkoholowe ekscesy Branwella, brata utalentowanych sióstr, potem jego śmierć, za którą jak po sznurku idą kolejne - najpierw chorej na suchoty Emily, potem Anny. Cała trójka, jak na prawdziwych romantyków przystało, umarła przed trzydziestką. Została tylko Charlotte.
Charlotte na rysunku George'a Richmonda, 1850
Dla współczesnych jej czytelników to ona była największa z całej trójki. Nie folgowała wyobraźni aż tak, jak neurasteniczka Emily, której "Wichrowe wzgórza" przestraszyły wiktoriańskich Anglików. Charlotte od początku była "do przyjęcia". Ludzi zadziwiająco mocno poruszały jej bohaterki, te wszystkie guwernantki i nauczycielki - niepiękne, ubogie, samotne, ale zadziwiająco silne w swoim przekonaniu, że ani majątek, ani (gorsza) płeć nie przesądzają o wartości kobiety, o jej życiowej drodze i koniec końców o jej szczęściu.

Dla dzisiejszych czytelników największa jest Emily. I tak pięknie pasuje do romantycznej biografii! Oto dziewczyna o nieokiełznanej wyobraźni na rok przed śmiercią wydaje swoją jedyną powieść, szalone "Wichrowe wzgórza", wprawiając w osłupienie czytelników. Uznają książkę za brutalną i kontrowersyjną, a co najmniej niesmaczną. Zmienią zdanie dopiero wiele lat później, kiedy przez świat przetoczy się już gorączka romantyczna. "Wichrowe wzgórza" staną się jednym z jej symboli. A życie sióstr Brontë przejdzie do romantycznej legendy. Legiony biografów pochylą się nad mieszkankami plebanii w Haworth, prześwietlając ich losy, szukając melodramatycznych szczegółów i miłosnych dramatów.

Ale niewiele ich znajdą. Będą musieli poprzestać na domysłach. Tak narodzi się mit o wielkiej, niespełnionej miłości Charlotte, nieszczęśliwie zakochanej w swoim nauczycielu. 
Constantin Heger
Chodzi o Constantina Hegera, prowadzącego szkołę w Brukseli, w której Charlotte spędziła dwa lata. Pojechały tam z Emily, by uzupełnić edukację, bo też myślały o otwarciu szkoły dla dziewcząt. Uczyły się, ale i same dawały lekcje angielskiego i muzyki, opłacając nimi pobyt. I to tam Charlotte, zdaniem jej biografów, dopadło wielkie uczucie. Mają nawet dowód - cztery co najmniej niejednoznaczne listy, które wysłała do swego profesora. Można je czytać jako listy wdzięcznej uczennicy, ale na dobrą sprawę także zakochanej kobiety. To on, uznano, musiał być pierwowzorem mężczyzn w jej książkach - pana Rochestera z "Dziwnych losów Jane Eyre" i zwłaszcza "Profesora", bohatera jej pierwszej powieści. Bo kto inny mógł być? Pan Heger nadawał się doskonale - był mężczyzną przystojnym, interesującym, inteligentnym, acz niestety żonatym, ale właśnie bolesna niemożność spełnienia czyni miłość romantyczną. I przecież nie mógł być kimś takim jej mąż, ten śmieszny Irlandczyk, pan Nicholls! Że też w ogóle zechciała za niego wyjść!


Arthur Bell Nicholls
Arthur Bell Nicholls, wikary na plebanii Patricka Brontë, był przez lata obiektem żartów jego inteligentnych dzieci. Sztywny, konwencjonalny, nudny, nielubiany nawet przez parafian, wydający im idiotyczne zalecenia, jak zakazy wywieszania prania w okolicach cmentarza. Gdy pojechał na wakacje do rodzinnej Irlandii rodzeństwo śmiało się, że parafianie woleliby, by ten urlop trwał wiecznie.
Arthur kochał się w najstarszej pannie Brontë od dawna. Ale zebrał się na odwagę i oświadczył dopiero wtedy, gdy została już w Haworth sama, tylko z ojcem. I ze swoją sławą. Po wydaniu "Jane Eyre" wybuchła jej popularność, a ścieżki na wrzosowiskach nie były już puste jak dawniej, bo ciągnęły nimi rzędy czytelników i wielbicieli chcących zobaczyć autorkę ukochanych powieści. Były wśród nich także literackie znakomitości, jak pisarka Elizabeth Gaskell, która potem przygotuje pierwszą biografię Charlotte, wydając ją zaledwie dwa lata po jej śmierci.

Pastor Brontë wpadł w prawdziwą wściekłość, usłyszawszy, że nieudaczny podwładny ma apetyt na jego sławną córkę. Wysłał Nichollsa na parę miesięcy na przymusowy urlop, żeby ochłonął. A Charlotte? Ona nie odrzuciła go jednoznacznie. Może dlatego, że miała już 37 lat i wiedziała, że to ostatni moment na małżeńskie szczęście. A może po prostu dostrzegała w nim coś, co umknęło uwadze ojca, a potem biografów? Tak czy inaczej w listach pisanych z przymusowego wygnania pan Nicholls potrafił ją do siebie przekonać. Przyjęła jego oświadczyny.

I niespodziewanie - nawet dla siebie samej, co widać w jej listach - znalazła w tym związku spełnienie. Z miesiąca miodowego w Irlandii wróciła szczęśliwa. Rozkwitła w roli żony. Wreszcie prowadziła zwyczajne życie, znajdując spokój przy troskliwym, czułym mężu.
Spokojnie, niedługo. Bo czy takie zwyczajne życie mogłoby pasować do panny Brontë? Przecież romantycy umierają młodo! I nie lokują uczuć w osobach nudnych wikarych! 
Charlotte umiera, będąc w pierwszych miesiącach ciąży. Nie wiadomo, dlaczego. Jedni mówią, że na skutek odwodnienia, inni, że na tyfus, jeszcze inni, że zabiły ją suchoty, tak jak jej siostry.

Arthur zostaje z jej ojcem aż do jego śmierci. Towarzyszy mu wiernie, chroniąc przed ciekawskimi, torując drogę do kościoła przez gęstniejące tłumy turystów, ściągających już wtedy z całej Anglii, by zobaczyć dom sławnych sióstr. Potem będzie wiernym strażnikiem pamiątek, które dziś można oglądać w zamienionej na muzeum plebanii w Haworth. To on przechował najbardziej znany portret sióstr, namalowany przez Branwella.
Główna ulica Haworth dziś przypomina zatłoczony deptak (Żródło: Wikipedia) 
Mimo to dobry pan Nicholls jest jak kleks na pięknie zapisanej stronie mrocznej biografii panien z wichrowych wzgórz. Nie miał w sobie nic z charyzmy mężczyzn zaludniających karty powieści jego żony. Nie pasował do jej świata. Był tylko zwykłym, nudnym wikarym, pozbawionym dowcipu i wyczucia ironii. A jednak to właśnie dzięki niemu Charlotte miała jedyny dobry rok w swoim krótkim, pełnym bólu życiu.  
Pierwsze polskie wydanie ""Profesora"
przygotowało wydawnictwo MG

poniedziałek, 3 września 2012

Służące i księżniczki

Najpiękniejsze portrety kobiet malowali prerafaelici. Dla nich kobieta sama w sobie była inspiracją. Jako obiekt uwielbienia, ideał piękna, symbol życia, wcielenie słodkiego grzechu i - przede wszystkim - jako modelka. Nikt wcześniej ani później nie potrafił tak pięknie oddać delikatności kobiecej twarzy, puszystości włosów, słodyczy spojrzenia, namiętności ust. Ich kobiety to anioły i ladacznice w jednym, zmysłowe istoty, które jednocześnie potępia się i ubóstwia - prerafaelitom najlepiej udało się uchwycić ten boski i ziemski wymiar.

William Holman Hunt, Dante Gabriel Rossetti. John Everett Millais 
Prerafaelici, czyli kto? 
Jest połowa XIX wieku, wiktoriańska Anglia. Grupka studentów 
malarstwa buntuje się przeciw sztywnym regułom akademickiej
sztuki. Chcą malować z natury, zachowując prostotę i szczerość, 
cyzelując szczegóły - tak, jak malowano przed Rafaelem. Zawiązują
stowarzyszenie, które przyjmuje 
nazwę Bractwo Prerafaelitów. 
Ich pierwsze obrazy, sygnowane tajemniczymi inicjałami PBR, 
bulwersują konserwatywną publiczność. Nie podoba się 
ten rodzaj realizmu, w którym Jezus ma brudne paznokcie, 
a Dziewica przypomina kwiaciarkę zza rogu. 
Ale zafascynowanych świeżością nowego spojrzenia 
jest więcej i wkrótce prerafaelici zyskują wiernych fanów, 
tak wśród wpływowych krytyków, jak i bogatych mieszczan. 
Dziś ich twórczość uznaje się za jeden z najbardziej 
inspirujących nurtów dziewiętnastowiecznej sztuki.
Fanów tego malarstwa już za kilka dni czeka prawdziwa uczta. 12 września w londyńskim Tate Britain zostanie otwarta  wielka wystawa sztuki prerafaelitów.  Będzie można do woli oglądać wszystkie sławne Ofelie, Prozerpiny i Ginewry, uosabiające wiktoriański ideał kobiecości. Ale czyje mają rysy? Kim były naprawdę portretowane przez prerafaelitów egipskie księżniczki, rzymskie boginie, szekspirowskie heroiny, celtyckie wróżki? Żadna z nich nie jest wytworem malarskiej wyobraźni, ale kobietą z krwi i kości, ze swoją własną historią. Były typowe dla swoich czasów - tak jak dzisiejsze żony i dziewczyny piłkarzy. Nieliczne wywodziły się z bogatych domów, ale w większości były to zwykłe dziewczyny z ludu, pokojówki, służące, panny pracujące w sklepach i pracowniach modystek. O Jane Morris, najsławniejszej z nich, już tu pisałam; teraz jest najlepszy czas, żeby przedstawić pozostałe.


John Everett Millais, Ofelia
Elizabeth Siddal pracowała w sklepie kapeluszniczym, kiedy wypatrzył ją jeden z prerafaelitów. Urzekły go jej zielone oczy, bujne, miedzianozłote włosy, smukła szyja. Została ich modelką, a pierwszym i najsłynniejszym obrazem, na jakim się pojawiła, jest "Ofelia" Millaisa. Tej przygody omal nie przypłaciła życiem. Artysta, wierny głównej zasadzie Bractwa, by malować z natury, wpakował Elizabeth do wanny napełnionej wodą. Pozowała w niej całymi godzinami, a choć Millais starał się podgrzewać wodę, to szybko stygła, a dziewczyna marzła. Przypłaciła to ostrym zapaleniem płuc, co wywołało furię jej ojca, który zażądał od malarza uregulowania rachunków za leczenie.
Scenę malowania Ofelii świetnie pokazuje nakręcony w 2009 r. serial BBC "Desperate Romantics", który mam nadzieję trafi kiedyś do Polski:



Elizabeth została później żoną Rossettiego, najsłynniejszego z Bractwa. Wtedy pozowała już tylko jemu. Rysował ją w nieskończoność, obdarzając jej delikatną twarzą o ciężkich powiekach swoją Rachelę, Beatrycze, eteryczne dziewczęta z arturiańskich legend.  Dziś mówi się, że liczba tych rysunków i obrazów idzie w tysiące.
Elizabeth Siddal
Sama Elizabeth też odkryła w sobie talent. Wiersze pisała już jako mała dziewczynka, zafascynowana poezją, odkąd znalazła na skrawku gazety, w jaki zawinięto masło, poemat Tennysona. Teraz zaczęła także malować. Nie wiadomo, czy i jak rozwinąłby się jej talent, bo umarła młodo. Miała 33 lata, gdy znaleziono ją martwą, po przedawkowaniu laudanum. Zażywała je nałogowo, nie mogąc sobie poradzić z depresją, w jaką wpadła po urodzeniu martwej córeczki.
Jej historia ma niesamowity ciąg dalszy, jak z gotyckiej powieści. Gdy Lizzie już leżała w trumnie, zrozpaczony Rossetti wetknął w jej włosy jedyną kopię swoich wierszy. Dziewięć lat później postanowił je odzyskać i wystarał się o ekshumację. Opowiadał potem, że ciało żony zachowało świeżość, a jej wspaniałe włosy rosły jeszcze po śmierci, bo rude zwoje wypełniały całą trumnę. Wyjął z nich pogryzioną przez robaki książeczkę, opublikował wiersze, ale przyjęto je źle. Ich nieskrywany erotyzm raził wiktoriańskie gusta. 


Dante Gabriel Rossetti, Lady Lilith
Fanny Cornforth  - to z nią związał się Rossetti po śmierci żony. Była prostą, wiejską dziewczyną, która pracowała w jego domu najpierw jako pokojówka, potem gospodyni. Zrobił z niej swoją kochankę i oczywiście modelkę. (Swoją drogą wątpię, by w otoczeniu Rossettiego była w ogóle jakaś kobieta, której nie namalował). 
Fanny Cornforth
i jej imponujące włosy
Fanny nie miała tak delikatnej, eterycznej urody jak Lizzie Siddal czy Jane Morris. Była zwyczajną, krzepką chłopką o rumianej twarzy i zaokrąglonej figurze, a z wiekiem mocno przytyła i malarz lubił ją nazywać "swoim drogim słoniem". Tym, co czyniło ją wyjątkową, były bujne, długie, ogniście rude włosy. To one prowokowały Rossettiego do obdarzania jej zmysłową twarzą lubieżnej Lilith czy występnej trucicielki Lukrecji Borgii.
Rossetti nigdy się z nią nie ożenił, ale na swój sposób pozostał jej wierny do końca życia. I to pomimo nacisków rodziny i przyjaciół, których raziło prostactwo Fanny. Mówiła z grubym akcentem, nie miała żadnych ambicji ani potrzeby, by nad sobą pracować. Wszyscy naciskali na Rossettiego, by jak najszybciej zakończył ten romans. Mimo to ich związek okazał się zadziwiająco silny, przetrwał ćwierć wieku, aż do śmierci malarza.


William Holman Hunt, Przebudzone sumienie
Annie Miller stała za barem, kiedy zobaczył ją William Holman Hunt. Z miejsca się zachwycił, a zaraz potem zakochał. Zaczął malować Annie i szybko poprosił ją o rękę. Zgodziła się, ale do ślubu nie doszło. 
Annie Miller na rysunku Rossettiego
Bractwo Prerafaelitów - jak każde bractwo - miało to do siebie, że jego członkowie dzielili przekonania, gusta, a koniec końców także i modelki. Kiedy więc Hunt, już zaręczony z Annie, wyjechał w podróż na Bliski Wschód, jego towarzysze obstąpili ją kołem. Urzeczeni jej urodą ("jest jak syrena", zachwycali się), prosili, by im pozowała. A przecież Hunt kazał jej się uczyć, a nie pozować! Kiedy wrócił, był wściekły, że nie usłuchała.  Zerwał zaręczyny, plany małżeńskie rozsypały się w proch.
Annie jednak wcale źle na tym nie wyszła. Nie wróciła do baru. Jej twarz królowała przecież na znanych obrazach, miała wielbicieli na pęczki. Jednym z nich był wicehrabia Ranelagh, który koniec końców wyswatał ją ze swoim kuzynem, młodym kapitanem. Annie była szczęśliwa w małżeństwie, szybko zmieniła się w dzieciatą, hożą matronę i dożyła pięknego wieku 90 lat.


Dante Gabriel Rossetti, Venus Verticordia
Zastanawiające, jak często Rossetti i spółka zaczepiali dziewczyny na ulicach. Zachowywali się identycznie, jak dzisiejsi fotografowie i łowcy modelek. Widząc ładną buzię, nie marnowali okazji. 
Alexa Wilding
Rossetti spotkał Alexę Wilding w pewien wiosenny wieczór, idąc do swego klubu. Miała białą skórę i płomiennorude włosy, a jego zachwycał ten typ urody. Natychmiast ją zagadnął, a dziewczyna zgodziła się mu pozować. Dla niej liczył się każdy dodatkowy grosz. Z trudem wiązała koniec z końcem pracując jako krawcowa, choć miała ambicje (czy raczej marzenia) zostania aktorką. 
Stała się ulubioną modelką Rossettiego w końcowym okresie jego twórczości. To rysy Alexy ma jego słynna Venus. Ale wiemy o niej mniej niż o innych muzach prerafaelitów. Może dlatego, że z żadnym z nich nie połączył jej romantyczny związek. Wiemy, że nie wyszła za mąż, że prawdopodobnie spędziła życie opiekując się dwojgiem dzieci swego wuja. Kiedy w 1882 roku umarł Rossetti, regularnie przynosiła świeże kwiaty na jego grób. Sama zmarła dwa lata później. Miała 37 lat. Nie została sławną aktorką, jak marzyła, ale przecież przeszła do historii.


Edward Burne-Jones, Oczarowanie Merlina
Maria Zambaco (i jej kuzynka Marie Stillman, o której niżej) wyłamują się z tej galerii pięknych, ubogich dziewczyn, zaczepianych przez malarzy na ulicy. Maria, z pochodzenia Greczynka, była córką bogatego kupca, siostrzenicą greckiego konsula w Londynie. Sama miała ambicje artystyczne, studiowała malarstwo i rzeźbę. 
Maria Zambaco na rysunku Rossettiego
Z prerafaelitami zetknęła się dzięki matce, która przyprowadziła Marię do pracowni jednego z nich, Edwarda Burne-Jonesa. Chciała, żeby jej piękna córka pozowała do obrazu "Amor i Psyche". No i pozowała, nawet kilka lat, a wszystko skończyło się wielkim skandalem.
Malarz bez pamięci zakochał się w swojej modelce i był gotów rzucić dla niej żonę. Opamiętał się dopiero wtedy, kiedy ta ostatnia zaczęła grozić samobójstwem. Ale do końca życia obsesyjnie malował twarz pięknej, ciemnowłosej Greczynki, z upodobaniem nadając jej rysy zwłaszcza wiedźmom i kusicielkom.


Dante Gabriel Rossetti, Koncert sielski
(z lewej Marie Spartali Stillman, z prawej Alexa Wilding)
Z Marie Spartali prerafaelici nie romansowali, choć malowali ją z upodobaniem. Była posągową pięknością, bardzo wysoką (miała prawie 190 cm wzrostu), o długich falistych włosach i przenikliwym spojrzeniu ciemnych oczu. "Jest tak piękna, że kiedy ją widzę, chciałbym usiąść i płakać" - mówił o niej Algernon Swinburne, poeta związany z prerafaelitami. Rossetti z kolei opisał ją jako najbardziej intelektualną ze swoich modelek. 
Wysoka i długowłosa
Marie Spartali
Ale Marie była taka jak oni, była artystką. Najpierw ich pilną uczennicą, a potem znakomitą malarką. Tematyka jej obrazów koncentrowała się wokół wątków charakterystycznych dla prerafaelitów - wybierała sceny z Szekspira, Dantego, Petrarki, malowała włoskie krajobrazy.
Wyszła za mąż - wbrew woli rodziców - za amerykańskiego dziennikarza Williama J. Stillmana i wyjechała z nim do Stanów. Po jego śmierci wróciła do Anglii i tu pracowała. Spisując swoją ostatnią wolę, zastrzegła: "Wydaje się dość absurdalne sporządzać testament, gdy nie ma się ani wartościowych rzeczy, ani pieniędzy". Absurdalne? Ech, Marie, jakże nisko się oceniałaś! Blisko dwieście obrazów, jakie zostawiłaś, dziś wycenia się na ponad 690 milionów dolarów...

Na koniec powinnam napisać o Effie Grey Ruskin, ostatniej słynnej modelce prerafaelitów (i żonie jednego z nich). Ale jej historia to na tyle smakowity, wiktoriański skandal, że zasługuje na osobny wpis. I na pewno go przygotuję. 
Na deser niezwykła animacja - najpiękniejsze kobiece portrety z muzyką Bacha w tle. Jest wśród nich jeden obraz prerafaelitów, na pewno go rozpoznacie, a szczegółowe informacje o wszystkich znajdziecie tutaj. Autorem tego pięknego filmiku jest Philip Scott Johnson.

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Wiktoria ma dość miłości


Zawsze mnie zastanawiało, dlaczego właśnie królowa Wiktoria dała imię czasom, które zapisały się w historii jako najgorsze dla miłości. Epoka wiktoriańska to - jak podaje każda encyklopedia, z Wikipedią włącznie - czas, w którym obowiązywała rygorystyczna moralność, głosząca potrzebę ukrywania, a nawet tłumienia uczuć,  w którym każdy żywszy odruch blokowały góry konwenansów. Ale dlaczego zawdzięczamy ją Wiktorii - wciąż jest dla mnie niejasne.

Bo na pozór wygląda to na sprzeczność. Wiktoria przecież wyszła za mąż z miłości, a nie z rozsądku. Więcej - była pierwszą na świecie monarchinią, która miała dość odwagi, żeby wybrać człowieka, którego kocha, a nie tego, którego ze względów polityczno-dynastycznych podsuną jej doradcy. Dlaczego więc przeszła do historii jako ta, która miłość ma za nic? Co takiego zdarzyło się w jej małżeństwie z Albertem, o którym do dziś większość z nas myśli jako o związku idealnym?
Wiktoria na portrecie koronacyjnym
Kiedy w 1837 roku Wiktoria zostaje królową, ma ledwie 18 lat. Od razu jasno daje się jej do zrozumienia, na czym polega pierwsza powinność młodej władczyni: musi jak najszybciej znaleźć sobie miłego mężczyznę, który zapewni jej (i Anglii) następców tronu. 
Ale młodziutka królowa ma z tym pewien kłopot. Panicznie boi się ciąży. Po pierwsze, w czasie połogu można umrzeć, tak jak kuzynka Charlotte, której śmierci Wiktoria zawdzięcza tron. Po drugie, można jeszcze bardziej utyć. A ona i tak jest pulchna, musi uważać na każdy kęs! Jak będzie wyglądać po kolejnych ciążach, odziana w rozłożyste krynoliny, przy swoich 150 centymetrach wzrostu? Jak pulpet, a nie jak monarcha! Przysięga sobie, że w ogóle nie wyjdzie za mąż. Postanawia, że będzie jak Elżbieta I, królowa dziewica, jej ideał i wzór. 
W tym uporze udaje jej się wytrwać blisko dwa lata. Potem jednak dostrzega, że łatwo się nie wywinie. Widzi snutą wokół niej sieć intryg i coraz bardziej się boi, że koniec końców w jej łóżku wyląduje mąż wybrany przez parlament. Postanawia więc sama go sobie znaleźć.
Przypomina sobie niemieckiego księcia, którego spotkała przed laty i z którym dobrze się bawiła. Co prawda, wtedy oboje byli jeszcze dziećmi, ale może on nadal jest równie miły? I równie ładny? Jak dziś wygląda? Wysyła list do Alberta, księcia Saksonii-Coburga i Goty, zapraszając go do Londynu.
Kiedy się spotykają, Wiktoria pozbywa się wszelkich wątpliwości, bo Albert wygląda tak: 
Młody książę Albert
W pamiętniku Wiktoria zapisze: "Albert wygląda... znakomicie. Ma włosy niemal tego samego koloru co ja. Jego oczy są bardzo duże i niebieskie, ma przepiękny nos i bardzo słodkie usta z małym wąsikiem". Oprócz tego ma szerokie ramiona, wąską talię, jest ujmująco nieśmiały, a jego angielski bardzo się poprawił od ich poprzedniego spotkania.
Wiktoria jest oczarowana. Po kilku zaledwie dniach uznaje, że nie ma sensu dłużej czekać. Wie, że teraz wszystko zależy od niej. Bo to ona musi mu się oświadczyć. Jest przecież królową światowego mocarstwa, a on jakimś nieznaczącym księciem karłowatego państewka w środkowej Europie. Propozycja małżeństwa musi wyjść od królowej.
Zaprasza Alberta do swego prywatnego gabinetu i mówi wprost, że byłaby szczęśliwa, gdyby został jej mężem. Oddycha z ulgą, gdy widzi jego błyszczące oczy. Albert bierze Wiktorię w ramiona i mówi jej - a jest tak wzruszony, że mówi po niemiecku - że nie marzy o niczym innym niż spędzenie z nią reszty życia.

Ta właśnie scena to kulminacyjny moment  filmu "Młoda Wiktoria" (2009 r.), opowiadającego o pierwszych latach panowania królowej, z Emily Blunt w roli głównej:

Film kończy się w momencie, w którym kończą się wszystkie romantyczne bajki. Zostawia widza z poczuciem, że zakochani żyli potem "długo i szczęśliwie". Ale w przypadku Wiktorii i Alberta to prawda. Oni naprawdę kochali się, szanowali, byli sobie wierni, a kiedy Albert zmarł, Wiktoria do końca życia, przez czterdzieści lat, nosiła po nim żałobę. No więc, było jak w bajce? Prawie.


Wiktoria, Albert i ich dziewięcioro dzieci
Niestety, małżeńskie szczęście Wiktorii i Alberta nie do końca zależało od nich samych. Zaważyły na nim także okoliczności całkowicie od nich niezależne. Wkrótce po romantycznym ślubie Albert został sprowadzony na ziemię przez parlament, który mocno ograniczył mu apanaże i odmówił przyznania dworskiego orszaku. To dla księcia oznaczało jedno: w tym królewskim stadle będzie wyłącznie mężem królowej, niezbędnym biologicznie elementem monarchii, ale niczym więcej. Albert wiedział, że na dworze nic nie znaczy i mocno mu to doskwierało. Było jednak miejsce, w którym czuł się udzielnym panem i władcą, w którym nikt nie kwestionował jego znaczenia - małżeńska sypialnia.


Wiktoria z najstarszą córką
Wiktoria okazała się namiętną kobietą, lubiła fizyczną miłość, ale... po wydaniu na świat dziewięciorga dzieci, każdy miałby dość seksu. Ostatnie dziecko urodziła niemal w tym samym czasie, co jej najstarsza córka Vicky. I właśnie listy do córki odsłaniają to, co obrońcy harmonii królewskiego małżeństwa woleliby przemilczeć. Bo Wiktoria nie przebiera w słowach. Skarży się, że kobiety to "biedne, poniżane stworzenia", których jedynym zadaniem jest "dostarczanie mężczyznom uciech i przyjemności". Kiedy jej córka z entuzjazmem opowiada o porodzie, słyszy od matki twarde: "W takich momentach wyglądamy raczej jak krowy albo suki".

Fizyczna miłość, której efektem jest poniżenie? Być może właśnie wtedy, pod koniec małżeństwa Wiktoria uznała, że trzeba mieć baczenie na wszystko, co wygląda na miłość, namiętność, rozkosz. I stąd wzięła się ofensywa wiktoriańskich strażników moralności, tropiących każdy przejaw "nieobyczajnych" zachowań - z przekonania, że te romantyczne słowa skrywają fizjologiczną, męską potrzebę, poniżającą i frustrującą dla tak zwanej porządnej kobiety.
Zastanawiające jest zarazem, że w tej pozornie przyzwoitej wiktoriańskiej Anglii kwitła prostytucja i to na skalę niespotykaną wcześniej w Europie. W tym czasie w Londynie na dwunastu mężczyzn przypadała jedna kurtyzana. Najwidoczniej ludzie, tak jak królowa Wiktoria, doszli do wniosku, że "zwierzęce" potrzeby mężczyzn muszą gdzieś znaleźć ujście. Rozpusta stała się normą w eleganckim towarzystwie. Ojcowie w ramach inicjacji seksualnej otwarcie prowadzili swoich dorastających synów do burdeli, a jedynym wymogiem była dyskrecja w zaspakajaniu tych "obrzydliwych" potrzeb, na jakie nie ma miejsca w przyzwoitym domu. Ich żony dzięki temu zyskiwały status nieskalanych, świętych kapłanek domowego ogniska, strzegących wyższych uczuć i wartości. 
Tak rodziła się podwójna mieszczańska moralność, symbol epoki wiktoriańskiej, z którą walczyły potem całe pokolenia. Ostateczne wyzwanie rzuciły jej dopiero dzieci-kwiaty i rewolucja seksualna lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. I pomyśleć, do czego doprowadziła szczęśliwa miłość Wiktorii i Alberta...

(Cytaty zaczerpnęłam z książki Reinholda Dorrzapfa, "Eros, małżeństwo, Lucyper w pludrach. Dzieje obyczajowości seksualnej")

sobota, 21 lipca 2012

Biedna ciotka Jane

Niebogate panny Bennet z "Dumy i uprzedzenia", pozbawione majątku Marianna i Eleonora z "Rozważnej i romantycznej" - najciekawsze bohaterki Jane Austen, których losami od blisko dwustu lat lat przejmują się kobiety na całym świecie, mają w sobie wiele z niej samej. Ale w odróżnieniu od Elżbiety Bennet czy Marianny Dashwood , które szczęśliwie złapały bogatych mężów, w życiu Jane happy endu nie było. Ona całe swoje dorosłe życie przeżyła jako uboga krewna, której dawano odczuć niższą pozycję. Jednak po części właśnie temu zawdzięczamy to, że jej książki mają taką siłę.
Jane Austen, jaką znamy.
Ten słodki wizerunek powstał jednak dopiero po śmierci pisarki.
Inspiracją była niedoskonała akwarelka namalowana przez jej siostrę
Ojciec Jane, wielebny George Austen, był co prawda potomkiem ustosunkowanej rodziny, ale sam nie odziedziczył majątku, często musiał liczyć na łaskę bogatszych krewnych. Spośród jego ośmiorga dzieci tylko jeden syn Edward dochrapał się miejsca w najwyższych sferach arystokracji. A to dzięki temu, że został adoptowany przez bezdzietnego krewnego i odziedziczył jego majątek. Dwie dziewczynki spośród tej ósemki, Jane i Kasandra, nigdy nie wyszły za mąż. Spędziły życie na łaskawym chlebie rodziny. I choć jej członkowie utrzymywali naprawdę bliskie więzi i pomagali sobie nawzajem, to poczucie niższości musiało mocno dawać się Jane we znaki. W lepszym towarzystwie, do którego za sprawą Edwarda miała dostęp, była tylko ubogą krewną.
Fanny Knight, córka Edwarda i ukochana bratanica Jane, zwierzyła się po latach jednej ze swoich sióstr, że w dobrym towarzystwie panny Austen uchodziły za parafianki, za "niższe sfery": 
"Nie były bogate, a otoczenie, w którym głównie się obracały, nie było w żadnej mierze wykwintne, krótko mówiąc, należały do niego zwyczajne miernoty, a one oczywiście, choć wybijały się potęgą umysłu i wykształceniem, w kwestii manier reprezentowały ten sam poziom. Jednak... ciocia Jane była zbyt mądra, aby nie wyzbyć się wszelkich możliwych znamion pospolitości i sama wyuczyła się większej ogłady, przynajmniej w obcowaniu z szerszym towarzystwem".
"Zwyczajna miernota", przynajmniej "w kwestii manier"? Skoro tak oceniała ciotkę jej ukochana bratanica, to lepiej nie myśleć, co mówili inni...  Jane zresztą musiała zdawać sobie z tego sprawę. W tym eleganckim świecie co i rusz doświadczała subtelnych upokorzeń, czego ślady znajdujemy w jej listach. W jednym z nich zdradza wprost, jak drażniła ją wyniosła pobłażliwość otoczenia:
"Dom urządzony mają ze smakiem i są bogaci, co jej sprawia wyraźną przyjemność, my natomiast dałyśmy jej do zrozumienia, że daleko nam do bogactwa; zatem wkrótce dojdzie do wniosku, że nie warto się z nami zadawać".
Jane na szkicu Kasandry. Dotąd sądzono, że to jedyny
 jej portret, malowany z natury. A ponieważ Jane
 nie grzeszy na nim urodą, rzucono się go poprawiać
No, właśnie, listy Jane... Z ich powodu po latach upokorzono ją jeszcze raz, zarzucając grubiaństwo i brak elegancji. Pierwsze pełne wydanie listów pisarki opublikowano dopiero w latach 30. ubiegłego wieku, a towarzyszyła temu zażarta kłótnia krytyków, pełna obelżywych komentarzy.
Trzeba tu od razu powiedzieć, że listy Jane Austen to specyficzna lektura. Kompletnie brak w nich tego, co mamy w jej powieściach - celnych obserwacji, lekkości opisu czy doskonałych psychologicznych portretów, nakreślonych tak, że do dziś porywają czytelników. Listy Jane są takie, jak te, które pisze większość z nas -  to prozaiczny rejestr codziennych zajęć i spotkań towarzyskich, okraszonych garścią sąsiedzkich plotek. "Pustynia banału, upstrzona gdzieniegdzie oazami błyskotliwej złośliwości" - pisali rozczarowani krytycy. Przy okazji wytykano Jane "grubiańskie maniery", a szczególną karierę zrobił cytat z jej listu do siostry Kasandry:
"Pani Hall z Sherborne powiła wczoraj martwe niemowlę, kilka tygodni przed spodziewanym terminem, gdyż się czegoś zlękła. Przypuszczam, że musiała niechcący spojrzeć na małżonka".
I jeszcze jeden, o bitwie pod Albuerą, w czasie wojny o Półwysep Iberyjski: 
"Jakie to straszne, że tylu ludzi zostało zabitych! I jakie szczęście, że na żadnym z nich nam nie zależało!".
Złośliwe? Zapewne. Nieeleganckie? Być może. Ale jakie zabawne! Jane Austen zawsze ma coś ciekawego do powiedzenia o porodach i wojnach!

Być może jest to drugi wizerunek Jane z epoki, odnaleziony niedawno. W ubiegłym roku
rozgrzał emocje i wywołał gorącą dyskusję wśród angielskich badaczy. Został podpisany "Miss 
Jane Austin" (z błędem w nazwisku),  jednak uderzające jest podobieństwo rysów kobiety 
i braci Jane,  których portretów zachowało się całkiem sporo. Szczegóły obrazu: kościół w tle 
(Jane była córką pastora) kot, czyli atrybut staropanieństwa, i blok papieru, który trzyma
kobieta, sugerują, że  może to być rzeczywiście nieznany dotąd portret pisarki
Tym niemniej w swoich listach "słodka Jane" zrobiła ewidentnie złe wrażenie na krytykach-mężczyznach. Jeden z nich pod wrażeniem tej lektury odczytał nawet jej powieści jako studium "dozowanej nienawiści". Być może jest w tym ziarno prawdy. Bo przecież siła "Mansfield Park" czy "Rozważnej i romantycznej" bierze się także z ostrej oceny życia w hierarchicznym społeczeństwie. I spojrzenia na nie z perspektywy "tej gorszej". Z tego, że opisała je niezamężna, upokarzana przez towarzystwo, biedna ciotka Jane. Dziś nazywana angielskim Flaubertem i stawiana w elitarnym rzędzie najlepszych - klasyków literatury.

piątek, 15 czerwca 2012

Muza

Jej nazwiska zapewne nie znacie, ale twarz - znacie na pewno. To Jane Morris, muza prerafaelitów, angielskiego bractwa malarzy z połowy dziewiętnastego wieku.

Prerafaelici byli grupą młodych artystów, którzy postanowili malować tak, jak malowano przed Rafaelem (stąd nazwa) - nie fałszując natury, drobiazgowo odtwarzając szczegóły przenoszonych na płótno scen, z całym blaskiem i soczystością barw. Niektórzy może zauważyli, że ich obrazy już pojawiały się na tym blogu (choćby w poście o Tekli Bądarzewskiej). To dlatego, że dla mnie są one najdoskonalszym obrazem życia bogatego mieszczaństwa końca dziewiętnastego wieku. Patrząc na te płótna, czuję się tak, jakbym przeniosła się w czasie do domu z czasów królowej Wiktorii. Widzę jego kolory, czuję zapach kurzu na tysiącach bibelotów i smak herbaty nalewanej z porcelanowych dzbanków. Te obrazy są esencją wiktoriańskiej estetyki. A Jane jest uwieczniona na tych najpiękniejszych.

Była prostą dziewczyną z ludu; młodzi artyści zobaczyli ją w teatrze przy Drury Lane. Jej uroda była tak urzekająca, że poprosili dziewczynę, by im pozowała. Zgodziła się natychmiast i tak zaczęła się kariera Jane jako muzy bractwa prerafaelitów. Kochali się w niej prawie wszyscy, ona wybrała Williama Morrisa, malarza, rysownika, architekta. Chyba wybrała dobrze, bo Morris wymyślił ją i stworzył, jak Pigmalion swoją Galateę. Posłał ją na lekcje francuskiego i włoskiego, zapewnił nauczyciela muzyki i  savoir-vivre'u. Uformował ją tak, że stała się symbolem swojej epoki, wzorem dla innych kobiet w sztuce wysławiania się i dobrych manier. To właśnie Jane jest pierwowzorem bohaterki "Pigmaliona", słynnej sztuki Bernarda Shaw, opowiadającej o prostackiej kwiaciarce, którą zdolny profesor zmienił w salonową lwicę. 

Ale najpiękniej malował ją nie mąż, ale inny prerafaelita Dante Gabriel Rossetti. Kochał się w niej całe lata. Platonicznie? Historycy nie są zgodni, ale nawet jeśli Jane miała romans z Rossettim, to - nauczona przez męża także dyskrecji - potrafiła to ukryć tak zręcznie, że do dziś mamy problem z jednoznacznym rozstrzygnięciem. Tak czy inaczej Rossetti kochał ją gorąco i większość kobiet na jego obrazach ma rysy Jane. Oto, jak ją widział:
Te wizerunki przeszły do historii sztuki. Większość kobiet na słynnych obrazach Rossettiego ma rysy Jane: pełne, zmysłowo wykrojone usta, wielkie szare oczy i bujne włosy w tysiącach fal. A jak wyglądała naprawdę, pozbawiona retuszu pędzla zakochanego mężczyzny? Wiemy to z kilku zachowanych fotografii:
Piękna? Owszem. Ja jednak wolę pamiętać ją taką, jaką ją widział Rossetti, jako Prozerpinę trzymającą owoc w dłoni, muzę prerafaelitów, której zawdzięczamy ich najpiękniejsze obrazy.

środa, 13 czerwca 2012

Zapomniane siostry

Było pięć sióstr Brontë, a nie trzy, jak większość z nas sądzi. Wszyscy znamy Emily, autorkę "Wichrowych wzgórz", i Charolotte, która opisała "Dziwne losy Jane Eyre". Słyszeliśmy też o Anne, choć ta nie miała szczęścia do polskich przekładów (jej "Lokatorkę Wildfell Hall" przetłumaczono dopiero w tym roku). Znamy również twarze sióstr Brontë z portretu namalowanego przez ich brata Branwella.

Trzy siostry Brontë na portrecie Branwella

Zresztą Branwella też znamy. Wiemy, że umarł młodo, jak siostry, choć nie na suchoty, jak one, ale dlatego, że zapił się na śmierć.
Doceniamy jednak jego rolę, wierząc historykom literatury, którzy twierdzą, że to dzięki obecności Branwella jego utalentowane siostry stworzyły w swoich powieściach tak wyraziste męskie postaci, jak Heathcliff czy Rochester. Bo niby skąd miały czerpać inspirację samotne córki pastora? Niemal całe życie spędziły w odciętym od świata, kamiennym domu plebanii w Haworth, na odludnych wrzosowiskach północnej Anglii, więc wszystko, co rodziło się w ich głowach, było wypadkową lektur i domowego życia.

Na portrecie Branwella brakuje Marii i Elżbiety. Brakuje, bo kiedy obie umarły, Branwell był ledwie ośmioletnim brzdącem. Maria była najstarszym dzieckiem z trzódki pastora Brontë i wiele wskazuje, że ukochanym. Prawdopodobnie też najbardziej utalentowanym. Zachowały się zapiski pastora, w których wspomina córkę jako nad wiek dojrzałą i niezwykle mądrą. Kiedy zapytał dziesięciolatkę, co jest najlepszym sposobem spędzania czasu, odparła, że przygotowania do czasów wiecznej szczęśliwości. Wiedziała, co zadowoli ojca-pastora i umiała znaleźć odpowiednie słowa.

W szkole dla córek pastorów, do której przez rok chodziła, nauczyciele opisywali ją jako słabą z gramatyki, historii, geografii. Dodawali jednak, że doskonale pisze, ma niezwykłą wyobraźnię i "nadzwyczajne talenty". Jakie - nie było nam dane się przekonać. Wówczas, w początkach dziewiętnastego wieku, dzieci umierały masowo, a warunki, w jakich je wychowywano, zwielokrotniały tę śmierć w niewyobrażalny sposób. 

Dyscyplina przede wszystkim!

Cowan Bridge School, dokąd posłano jedenastoletnią Marię i rok młodszą Elżbietę, nie różniła się od większości szkół, w jakich ówczesna klasa średnia umieszczała swoje dzieci. Opisała ją po latach Charlotte w "Dziwnych losach Jane Eyre". Wedle ówczesnych przekonań jakikolwiek wychowawczy sukces był niemożliwy bez tresowania dzieci w spartańskich warunkach. I w takich warunkach żyły Maria z Elżbietą, Spały w nieogrzewanych salach, wstawały o świcie, myły się w lodowatej wodzie. Przed śniadaniem, na które składała się przypalona owsianka, czekała je jeszcze półtoragodzinna modlitwa. A potem przez cały dzień lekcje, podczas których karano dzieci za najmniejsze przewinienie. Bijąc lub stosując wymyślne upokorzenia, takie jak siedzenie całymi godzinami, bez ruchu, na stołku. Dzień kończył się o zmroku szklanką wody z owsianym plackiem i wieczorną modlitwą, równie długą jak poranna.

W takiej szkole mogli przetrwać tylko najsilniejsi, A wiosna 1825 roku była w Cowan Bridge School wyjątkowo ciężka. W szkole wybuchła epidemia duru brzusznego i gruźlicy, dzieci zaczęły masowo umierać. Pozostałe, często już chore, rodzice w popłochu zabierali do domu. Siostry Brontë też wróciły, ale Maria żyła jeszcze tylko trzy miesiące. Umarła w wieku 12 lat. Tydzień później umarła jej siostra.

Charlotte i Emily też przeszły przez piekło Cowan Bridge School i też za nie zapłaciły. Emily zmarła na suchoty przed trzydziestką, Charlotte jako trzydziestoparolatka. Zdążyły napisać kilka powieści, które dziś są klasyką literatury angielskiej. Czytelnicy na całym świecie znają ich twarze patrzące ze słynnego portretu Branwella. Marii i Elżbiety nikt nie zdążył poznać ani namalować. Im przypadł w udziale los zapomnianych dziewczynek z wichrowych wzgórz.