Pokazywanie postów oznaczonych etykietą siostry Brontë. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą siostry Brontë. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 października 2012

Dziwne losy Charlotte Brontë

Charlotte Brontë na jedynym zdjęciu.
Zrobiono je w 1854 r., na rok przed jej śmiercią
Trudno w to uwierzyć, ale niektóre książki sióstr Brontë dopiero teraz - po stu pięćdziesięciu latach! - doczekały się polskich przekładów. Lada dzień ukaże się "Profesor" Charlotte Brontë, napisany jeszcze przed słynną "Jane Eyre". To jej pierwsza powieść, uznawana za najsłabszą, także w Anglii wydana dopiero po śmierci pisarki, na fali jej pośmiertnej sławy. Bo Charlotte jako jedyna z sióstr żyła na tyle długo, by doczekać się uznania jeszcze za życia.

Opowiadałam już tu historię utalentowanych dzieci pastora Brontë, z których ledwie czworo dożyło wieku dorosłego. Ale dojrzałości - tylko Charlotte. Jakiś czas temu, czytając o niej, odkryłam ze zdumieniem, że wyszła za mąż. Jako jedyna z rodzeństwa. W dodatku, choć małżeństwo było krótkie, była w nim szczęśliwa. Ale ta wiadomość w ogóle nie zagnieździła się w umyśle przeciętnego czytelnika-szaraka. Jest zresztą sprzedawana mimochodem - niemal w tym samym zdaniu do informacji o ślubie pisarki, dodaje się, że jej małżeństwo trwało niespełna rok, bo szybko umarła. Nie tak młodo jak siostry, ale jednak młodo, jak Chopin - miała tylko 38 lat.

Czyli wszystko potoczyło się tak, jak w najlepszej gotyckiej powieści. Możemy załamać ręce: ach, co za historia! Trzy siostry z wichrowych wzgórz, żyjące w cieniu śmierci, na plebanii zagubionej wśród wrzosowisk północnej Anglii, po których hula dziki wiatr, i opowiadające stamtąd porywające historie o wielkiej miłości, której same nigdy nie doświadczyły. Ale przecież na tym polega siła wielkiego talentu!

No, czy nie piękna historia? Biografia sióstr Brontë podnieca nas niemal tak samo, jak ich ich książki. Też doczekała się kilku ekranizacji, w których kulminacyjne momenty wyznaczają narkotyczno-alkoholowe ekscesy Branwella, brata utalentowanych sióstr, potem jego śmierć, za którą jak po sznurku idą kolejne - najpierw chorej na suchoty Emily, potem Anny. Cała trójka, jak na prawdziwych romantyków przystało, umarła przed trzydziestką. Została tylko Charlotte.
Charlotte na rysunku George'a Richmonda, 1850
Dla współczesnych jej czytelników to ona była największa z całej trójki. Nie folgowała wyobraźni aż tak, jak neurasteniczka Emily, której "Wichrowe wzgórza" przestraszyły wiktoriańskich Anglików. Charlotte od początku była "do przyjęcia". Ludzi zadziwiająco mocno poruszały jej bohaterki, te wszystkie guwernantki i nauczycielki - niepiękne, ubogie, samotne, ale zadziwiająco silne w swoim przekonaniu, że ani majątek, ani (gorsza) płeć nie przesądzają o wartości kobiety, o jej życiowej drodze i koniec końców o jej szczęściu.

Dla dzisiejszych czytelników największa jest Emily. I tak pięknie pasuje do romantycznej biografii! Oto dziewczyna o nieokiełznanej wyobraźni na rok przed śmiercią wydaje swoją jedyną powieść, szalone "Wichrowe wzgórza", wprawiając w osłupienie czytelników. Uznają książkę za brutalną i kontrowersyjną, a co najmniej niesmaczną. Zmienią zdanie dopiero wiele lat później, kiedy przez świat przetoczy się już gorączka romantyczna. "Wichrowe wzgórza" staną się jednym z jej symboli. A życie sióstr Brontë przejdzie do romantycznej legendy. Legiony biografów pochylą się nad mieszkankami plebanii w Haworth, prześwietlając ich losy, szukając melodramatycznych szczegółów i miłosnych dramatów.

Ale niewiele ich znajdą. Będą musieli poprzestać na domysłach. Tak narodzi się mit o wielkiej, niespełnionej miłości Charlotte, nieszczęśliwie zakochanej w swoim nauczycielu. 
Constantin Heger
Chodzi o Constantina Hegera, prowadzącego szkołę w Brukseli, w której Charlotte spędziła dwa lata. Pojechały tam z Emily, by uzupełnić edukację, bo też myślały o otwarciu szkoły dla dziewcząt. Uczyły się, ale i same dawały lekcje angielskiego i muzyki, opłacając nimi pobyt. I to tam Charlotte, zdaniem jej biografów, dopadło wielkie uczucie. Mają nawet dowód - cztery co najmniej niejednoznaczne listy, które wysłała do swego profesora. Można je czytać jako listy wdzięcznej uczennicy, ale na dobrą sprawę także zakochanej kobiety. To on, uznano, musiał być pierwowzorem mężczyzn w jej książkach - pana Rochestera z "Dziwnych losów Jane Eyre" i zwłaszcza "Profesora", bohatera jej pierwszej powieści. Bo kto inny mógł być? Pan Heger nadawał się doskonale - był mężczyzną przystojnym, interesującym, inteligentnym, acz niestety żonatym, ale właśnie bolesna niemożność spełnienia czyni miłość romantyczną. I przecież nie mógł być kimś takim jej mąż, ten śmieszny Irlandczyk, pan Nicholls! Że też w ogóle zechciała za niego wyjść!


Arthur Bell Nicholls
Arthur Bell Nicholls, wikary na plebanii Patricka Brontë, był przez lata obiektem żartów jego inteligentnych dzieci. Sztywny, konwencjonalny, nudny, nielubiany nawet przez parafian, wydający im idiotyczne zalecenia, jak zakazy wywieszania prania w okolicach cmentarza. Gdy pojechał na wakacje do rodzinnej Irlandii rodzeństwo śmiało się, że parafianie woleliby, by ten urlop trwał wiecznie.
Arthur kochał się w najstarszej pannie Brontë od dawna. Ale zebrał się na odwagę i oświadczył dopiero wtedy, gdy została już w Haworth sama, tylko z ojcem. I ze swoją sławą. Po wydaniu "Jane Eyre" wybuchła jej popularność, a ścieżki na wrzosowiskach nie były już puste jak dawniej, bo ciągnęły nimi rzędy czytelników i wielbicieli chcących zobaczyć autorkę ukochanych powieści. Były wśród nich także literackie znakomitości, jak pisarka Elizabeth Gaskell, która potem przygotuje pierwszą biografię Charlotte, wydając ją zaledwie dwa lata po jej śmierci.

Pastor Brontë wpadł w prawdziwą wściekłość, usłyszawszy, że nieudaczny podwładny ma apetyt na jego sławną córkę. Wysłał Nichollsa na parę miesięcy na przymusowy urlop, żeby ochłonął. A Charlotte? Ona nie odrzuciła go jednoznacznie. Może dlatego, że miała już 37 lat i wiedziała, że to ostatni moment na małżeńskie szczęście. A może po prostu dostrzegała w nim coś, co umknęło uwadze ojca, a potem biografów? Tak czy inaczej w listach pisanych z przymusowego wygnania pan Nicholls potrafił ją do siebie przekonać. Przyjęła jego oświadczyny.

I niespodziewanie - nawet dla siebie samej, co widać w jej listach - znalazła w tym związku spełnienie. Z miesiąca miodowego w Irlandii wróciła szczęśliwa. Rozkwitła w roli żony. Wreszcie prowadziła zwyczajne życie, znajdując spokój przy troskliwym, czułym mężu.
Spokojnie, niedługo. Bo czy takie zwyczajne życie mogłoby pasować do panny Brontë? Przecież romantycy umierają młodo! I nie lokują uczuć w osobach nudnych wikarych! 
Charlotte umiera, będąc w pierwszych miesiącach ciąży. Nie wiadomo, dlaczego. Jedni mówią, że na skutek odwodnienia, inni, że na tyfus, jeszcze inni, że zabiły ją suchoty, tak jak jej siostry.

Arthur zostaje z jej ojcem aż do jego śmierci. Towarzyszy mu wiernie, chroniąc przed ciekawskimi, torując drogę do kościoła przez gęstniejące tłumy turystów, ściągających już wtedy z całej Anglii, by zobaczyć dom sławnych sióstr. Potem będzie wiernym strażnikiem pamiątek, które dziś można oglądać w zamienionej na muzeum plebanii w Haworth. To on przechował najbardziej znany portret sióstr, namalowany przez Branwella.
Główna ulica Haworth dziś przypomina zatłoczony deptak (Żródło: Wikipedia) 
Mimo to dobry pan Nicholls jest jak kleks na pięknie zapisanej stronie mrocznej biografii panien z wichrowych wzgórz. Nie miał w sobie nic z charyzmy mężczyzn zaludniających karty powieści jego żony. Nie pasował do jej świata. Był tylko zwykłym, nudnym wikarym, pozbawionym dowcipu i wyczucia ironii. A jednak to właśnie dzięki niemu Charlotte miała jedyny dobry rok w swoim krótkim, pełnym bólu życiu.  
Pierwsze polskie wydanie ""Profesora"
przygotowało wydawnictwo MG

środa, 13 czerwca 2012

Zapomniane siostry

Było pięć sióstr Brontë, a nie trzy, jak większość z nas sądzi. Wszyscy znamy Emily, autorkę "Wichrowych wzgórz", i Charolotte, która opisała "Dziwne losy Jane Eyre". Słyszeliśmy też o Anne, choć ta nie miała szczęścia do polskich przekładów (jej "Lokatorkę Wildfell Hall" przetłumaczono dopiero w tym roku). Znamy również twarze sióstr Brontë z portretu namalowanego przez ich brata Branwella.

Trzy siostry Brontë na portrecie Branwella

Zresztą Branwella też znamy. Wiemy, że umarł młodo, jak siostry, choć nie na suchoty, jak one, ale dlatego, że zapił się na śmierć.
Doceniamy jednak jego rolę, wierząc historykom literatury, którzy twierdzą, że to dzięki obecności Branwella jego utalentowane siostry stworzyły w swoich powieściach tak wyraziste męskie postaci, jak Heathcliff czy Rochester. Bo niby skąd miały czerpać inspirację samotne córki pastora? Niemal całe życie spędziły w odciętym od świata, kamiennym domu plebanii w Haworth, na odludnych wrzosowiskach północnej Anglii, więc wszystko, co rodziło się w ich głowach, było wypadkową lektur i domowego życia.

Na portrecie Branwella brakuje Marii i Elżbiety. Brakuje, bo kiedy obie umarły, Branwell był ledwie ośmioletnim brzdącem. Maria była najstarszym dzieckiem z trzódki pastora Brontë i wiele wskazuje, że ukochanym. Prawdopodobnie też najbardziej utalentowanym. Zachowały się zapiski pastora, w których wspomina córkę jako nad wiek dojrzałą i niezwykle mądrą. Kiedy zapytał dziesięciolatkę, co jest najlepszym sposobem spędzania czasu, odparła, że przygotowania do czasów wiecznej szczęśliwości. Wiedziała, co zadowoli ojca-pastora i umiała znaleźć odpowiednie słowa.

W szkole dla córek pastorów, do której przez rok chodziła, nauczyciele opisywali ją jako słabą z gramatyki, historii, geografii. Dodawali jednak, że doskonale pisze, ma niezwykłą wyobraźnię i "nadzwyczajne talenty". Jakie - nie było nam dane się przekonać. Wówczas, w początkach dziewiętnastego wieku, dzieci umierały masowo, a warunki, w jakich je wychowywano, zwielokrotniały tę śmierć w niewyobrażalny sposób. 

Dyscyplina przede wszystkim!

Cowan Bridge School, dokąd posłano jedenastoletnią Marię i rok młodszą Elżbietę, nie różniła się od większości szkół, w jakich ówczesna klasa średnia umieszczała swoje dzieci. Opisała ją po latach Charlotte w "Dziwnych losach Jane Eyre". Wedle ówczesnych przekonań jakikolwiek wychowawczy sukces był niemożliwy bez tresowania dzieci w spartańskich warunkach. I w takich warunkach żyły Maria z Elżbietą, Spały w nieogrzewanych salach, wstawały o świcie, myły się w lodowatej wodzie. Przed śniadaniem, na które składała się przypalona owsianka, czekała je jeszcze półtoragodzinna modlitwa. A potem przez cały dzień lekcje, podczas których karano dzieci za najmniejsze przewinienie. Bijąc lub stosując wymyślne upokorzenia, takie jak siedzenie całymi godzinami, bez ruchu, na stołku. Dzień kończył się o zmroku szklanką wody z owsianym plackiem i wieczorną modlitwą, równie długą jak poranna.

W takiej szkole mogli przetrwać tylko najsilniejsi, A wiosna 1825 roku była w Cowan Bridge School wyjątkowo ciężka. W szkole wybuchła epidemia duru brzusznego i gruźlicy, dzieci zaczęły masowo umierać. Pozostałe, często już chore, rodzice w popłochu zabierali do domu. Siostry Brontë też wróciły, ale Maria żyła jeszcze tylko trzy miesiące. Umarła w wieku 12 lat. Tydzień później umarła jej siostra.

Charlotte i Emily też przeszły przez piekło Cowan Bridge School i też za nie zapłaciły. Emily zmarła na suchoty przed trzydziestką, Charlotte jako trzydziestoparolatka. Zdążyły napisać kilka powieści, które dziś są klasyką literatury angielskiej. Czytelnicy na całym świecie znają ich twarze patrzące ze słynnego portretu Branwella. Marii i Elżbiety nikt nie zdążył poznać ani namalować. Im przypadł w udziale los zapomnianych dziewczynek z wichrowych wzgórz.