Pokazywanie postów oznaczonych etykietą epoka wiktoriańska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą epoka wiktoriańska. Pokaż wszystkie posty

środa, 25 czerwca 2014

Proszę łaskawie nie kopać, Mrs. Honeyball

Jest pogodny majowy dzień 1881 roku. Tłum na boisku w Edynburgu coraz bardziej gęstnieje, ludzie wdrapują się na drzewa, oblepiają słupki ogrodzeń. Każdy chce mieć jak najlepszy widok, bo zapowiada się historyczne wydarzenie: pierwszy oficjalny mecz piłki nożnej rozgrywany przez… kobiety! Już za chwilę wybiegną na murawę Szkotki i Angielki, i to w samych majtkach! O, właśnie się pojawiły. Szkotki prowadzi do boju 23-letnia Helen Matthews, występująca pod pseudonimem Mrs. Graham - bramkarka i spiritus movens całego przedsięwzięcia. To ona jest organizatorką drużyny rwących się do futbolu dziewczyn. I to jej zespół wygrywa! W pierwszej połowie Szkotki strzelają jedną bramkę, w drugiej jeszcze dwie. 

Rywalki oczywiście natychmiast żądają rewanżu. Odbywa się on dwa tygodnie później, tym razem w Glasgow. Angielkom przewodzi Mary Hutson, grająca pod pseudonimem Nettie Honeyball. Sufrażystka, emancypantka i amatorka piłki kopanej w jednym, co stanowi zestaw idealny, bo każda z tych pasji wyłącza ją z grona tzw. przyzwoitych kobiet. Zainteresowanie meczem w Glasgow jest jeszcze większe, schodzi się pięć tysięcy luda, to się nigdy nie zdarza na spotkaniach mężczyzn! Niestety, finał też jest niecodzienny. 

Wygląda to tak, jakby wiktoriańska publika tylko czekała na pretekst, który pomoże jej poradzić sobie z całym tym niezwykłym widowiskiem, Mniejsza, kto wygrywa, kto przegrywa, kto strzela, kto fauluje. Nieważne, my czy oni. Przecież po jednej i po drugiej stronie są te dziwaczne baby w cudacznych strojach i rolach - bez gorsetów, w majtkach zamiast spódnic, ganiające z wywieszonym ozorem za piłką. Trudno to strawić i przyswoić, a w takiej sytuacji wystarczy iskra, by doszło do wybuchu.

No i dochodzi. Gdy pod koniec pierwszej połowy Szkotki nieprzepisowo przejmują piłkę, z miejsc zrywają się rozjuszeni angielscy kibice i wszystko kończy się jak Pan Bóg przykazał - wielką bijatyką. Dziewczyny pierzchają z boiska, a ich miejsce zajmują panowie okładający się pięściami oraz policjanci okładający ich pałkami. Każdy walczy z każdym, nie bardzo wiedząc, o co i po co, byle tylko się wyładować.

Po tym spotkaniu mecze pań w Szkocji zostają oficjalnie zakazane. Jako nieprzystojne, nieobyczajne i wzniecające rozruchy. Jeśli Hellen Matthew miałaby ochotę organizować jeszcze jakieś kobiece rozgrywki, to niech zmiata ze Szkocji. Tu dla niej miejsca nie ma. 
Pionierki: Nettie Honeyball i Helen Graham Matthews

Te historie z początków kobiecego futbolu przywołuje Tim Tate w wydanej w ubiegłym roku książce „Girls with Balls: The Secret History of Women's Football”. Jak cała nowoczesna piłka nożna, tak i jej kobieca wersja narodziła się w XIX wieku na Wyspach Brytyjskich. Helen i Nettie to dwie najbardziej wyraziste postaci tamtych czasów, choć za wiele o nich nie wiemy. Dezaprobata wobec kobiet, które brały się za męskie zajęcia czy rozrywki, była wówczas tak powszechna, że większość z nich starała się maksymalnie chronić swoją prywatność. Niechętnie opowiadały o sobie, a na boisku kryły się pod pseudonimami, czasem męskimi, stąd o niektórych opowiadano fantastyczne historie. Na przykład świetnie grająca dziewczyna, występująca z ksywką „Tommy”, była w powszechnym mniemaniu chłopakiem, którego Angielki skaptowały do swojej drużyny.

Stosunkowo sporo wiemy o Nettie Honeyball, bo też jej najwięcej udało się osiągnąć. Pewnie dlatego, że miała ustosunkowaną protektorkę. Była nią lady Florence Dixie, arystokratka o dość burzliwym życiu, dziennikarka, jedna z ikon brytyjskiej emancypacji. Ona to wspólnie z Nettie założyła w 1894 roku British Ladies Football Club, pierwszą oficjalną angielską drużynę kopiących pań. Nie tylko o sport im szło. Nettie wyrąbała to wprost w wywiadzie dla pisma The Sketch: "Założyłam ten związek z postanowieniem pokazania światu, że kobiety nie są ozdobnymi i bezużytecznymi istotami, na jakie kreują je mężczyźni". A na koniec dodała, że po boisku prędko przyjdzie kolej na prawa wyborcze i parlament. Fantastka, prawda? Bo okazało się, że tak łatwo to nie będzie. 
British Ladies Football Club. Nettie stoi druga od lewej, 1895
Tym niemniej klub powstał, lady Florence została prezeską, Nettie kapitanem, i wspólnie zaczęły organizować na Wyspach rozgrywki piłkarskie, do których garnęło się naprawdę dużo dziewczyn. Kobiece drużyny powstawały w każdym większym mieście, na południu kraju zakładała swoją wypędzona ze Szkocji Mrs. Graham, i wszystko wskazywało na to, że w tym sporcie, uznawanym za bastion męskości. odnajdą się także dziewczyny. 
Dziewczyny na treningu, 1895
Po roku przygotowań, w marcu 1895, przyszedł czas na pierwszy występ British Ladies. Drużyna miała zmierzyć się z rywalkami z południowej Anglii. Na stadion znów zeszły się tłumy, aż 10 tys. widzów! Wszyscy wydawali dobrze się bawić, patrząc jak dziewczyny Nettie dają łupnia rywalkom - wygrały 7:1. Ale prasowe opinie po meczu były miażdżące. The Sketch relacjonował z wyższością: "Już pierwsze kilka minut wystarczało, aby pokazać, że kobiecy futbol - jeśli British Ladies wziąć za kryterium - nie wchodzi w ogóle w rachubę. Piłka nożna wymaga szybkości, szybkiej oceny sytuacji, umiejętności i śmiałości. Żadna z tych wartości nie została pokazana w sobotę". 

No, jasne, że nie została pokazana. Przecież grały baby! A im z natury brak bystrości, szybkości, śmiałości. Czy nie to właśnie kryło się pod płaszczykiem sportowej oceny? A była to i tak jedna z bardziej rzeczowych prasowych opinii, bo większość… Ech, większość zabiła tę kobiecą piłkę śmiechem.

Kobiecy futbol na rysunku z 1895 r.
Trochę trudno się temu dziwić, patrząc na nieforemne, kanciaste, okutane w tweedy zawodniczki - na te bufiaste pumpy, spódniczki, obcasiki, kapelusiki. Sto pociech! I właśnie na tych groteskowych strojach się skupiono. Szpalty gazet wypełniały rysunki i karykatury oraz całkiem poważne rozważania, czy nie należałoby zakazać kobietom uprawiania sportów, które wymagają zrzucania halek. No cóż, wkrótce tak się stało.

Co prawda niezrażona „złą prasą” Nettie zdążyła jeszcze wyruszyć ze swoją drużyną w tour po Anglii, który - jeśliby mierzyć go wielkością widowni - okazał się sukcesem. Na mecze pań ściągały tłumy, i to takie, że na większości spotkań policja musiała pilnować porządku. Dziewczyny grały coraz lepiej, ale nie oszukujmy się - nikt tu nie przychodził dla sportu. Jedna z gazet napisała: „Ciekawie jest popatrzeć na kobiety, które robią niekobiece rzeczy. Stąd te kilkutysięczne tłumy widzów, z których niewielu chciałoby widzieć na boisku własne siostry lub córki". No więc szybko im tego oszczędzono. Kobiecy futbol uznano za w najwyższym stopniu nieobyczajny i w 1902 roku Brytyjkom kopać zakazano.

Zadziwiające, jak długo utrzymał się ten zakaz na Wyspach, w ojczyźnie futbolu. Był jeden wyjątek - czasy pierwszej wojny światowej. Ale wtedy wszystko stanęło na głowie, więc i futbolowa drużyna złożona z pracownic fabryki broni w Preston była do przyjęcia. Większość młodych mężczyzn siedziała przecież w okopach. Zespół Dick Kerr Ladies FC powstał spontanicznie, kiedy dziewczyny pokonały w meczu… swoich kolegów z fabryki. Szybko zmieniły się w jedną z najlepszych angielskich drużyn tego czasu, dobrą na tyle, że uznano ją za nieoficjalną kobiecą reprezentację Anglii. To one zmierzyły się z Francuzkami w pierwszym w historii  międzynarodowym meczu kobiecej piłki nożnej. Na ich występy też ściągały tłumy (w Liverpoolu przyszło na stadion 53 tys. ludzi, absolutny rekord!), ale już nie po to, by wyśmiewać niezgrabne majtki, tylko podziwiać grę. No i jak ta piękna historia się skończyła? Nie uwierzycie. Tak, jak poprzednio.
Dick Kerr Ladies FC - z nich nikt już się nie śmiał
W 1921 roku angielski związek piłki nożnej znów zakazał kobietom wychodzić na boiska, a były to już czasy, kiedy tę dyscyplinę swobodnie uprawiała większość Europejek. Razem z prawem głosu dostałyśmy prawo do kopania futbolówki. W Polsce dokładnie tego roku powstał pierwszy kobiecy zespół piłkarski przy Towarzystwie Sportowym Unia Poznań, zdjęcia zawodniczek z dumą prezentowano w lokalnej prasie. A biedne Angielki, od których wszystko się zaczęło, znów usłyszały „nie”. Decyzję tłumaczono zgubnym rzekomo wpływem piłki kopanej na kobiece zdrowie, ale tak naprawdę chodziło o to, że… ukradły panom show. Dziewczyny z fabryki amunicji były tak dobre i tak popularne, że ich widowiskowe mecze odbierały mężczyznom całą widownię. Gdy one grały, wszystkie inne stadiony świeciły pustkami.

Głupi, anachroniczny zakaz obowiązywał przez pięćdziesiąt lat, Angielki mogły oficjalnie wrócić na boiska dopiero w 1971 roku. Szkoda. Tym bardziej, że wiele innych krajów poszło śladem futbolowych autorytetów-Anglików i też wprowadzało krótsze lub dłuższe stadionowe zakazy dla kobiet. To dlatego piłka nożna przeciętnemu kibicowi kojarzy się dziś z kobietami chyba jeszcze mniej niż w czasach Nettie Honeyball. I choć w nogę grają niemal wszystkie dziewczyny na świecie, to żadna damska drużyna nie powtórzyła sukcesu przebojowych i wielbionych panienek z Preston. 


Zdjęcia: Wikimedia Commons. Na otwarciu rysunek z Harper’s Bazaar z 1869 roku, wyśmiewający amatorki futbolu

wtorek, 24 grudnia 2013

Zamiast opowieści wigilijnej


Anglicy nazywają go "człowiekiem, który wynalazł Boże Narodzenie". A i my, choć może tak nie mówimy, myślimy podobnie. Dla większości z nas początek świąt wyznacza czytana (i oglądana) od dzieciństwa "Opowieść wigilijna" Karola Dickensa z jej przesłaniem o szczególnej magii świąt Bożego Narodzenia. Duchy wigilijnej nocy wytłaczają je do głowy zgorzkniałemu ponurakowi, który nie wiadomo po co żyje, bo ani on nie ma żadnej radości ze świata, ani świat z niego. Te dickensowskie wigilijne mądrości to: żyj uważnie, nie odrzucaj dobrodziejstw, jakie zsyła ci los, dbaj, by nikt przez ciebie nie cierpiał, i ostatnie, najważniejsze: pamiętaj, że wciąż możesz naprawić swoje życie. Bo nawet tak odrażający, podli skąpcy, tacy jak ty, Ebenzerze Scrooge, póki chodzą po świecie, mają szanse stać się dla innych symbolem najlepszych świąt Bożego Narodzenia!

Że żadna to filozofia? Że sentymentalne bzdury? Za to jak opowiedziane! Trzy światy, trzy wigilie, trzy duchy od lat działają na naszą wyobraźnię, produkując przy okazji morze kiczu, którego najdoskonalszym wcieleniem są hollywoodzkie warianty „Opowieści wigilijnej”, idące już chyba w setki. Ale to przecież dlatego, że pan Dickens był mistrzem w snuciu historii, które zapadają w pamięć i w żaden sposób nie dają się z niej wywabić. Wydaje się tylko, że sam był na nie odporny. Bo wielka wrażliwość, jaka cechuje jego bohaterów, była mu najzupełniej obca w prywatnym życiu.

Niektóre niewygodne szczegóły biografii pisarza dopiero teraz, po blisko stu pięćdziesięciu latach od jego śmierci, wychodzą na jaw. Niektórych nie poznamy nigdy. Dickens skrzętnie zadbał. by pozostały w ukryciu, by nic nie naruszyło jego nieskazitelnego wizerunku dziewiętnastowiecznego moralisty, głęboko przejętego niedolą słabych i krzywdzonych. Te niekanoniczne wątki jego biografii koncentrują się wokół kobiet - żony, kochanki i córki. Opowiadając o pisarzu, warto oddać im głos - tak, jak pan Dickens oddał go swoim wigilijnym duchom.

Catherine Dickens, z domu Hogarth, żona
Pobrali się, gdy oboje mieli niewiele ponad dwadzieścia lat. Z pozoru wyglądało to na mezalians. On był biednym jak mysz kościelna reporterem w "Morning Chronicle", ona - córką szanowanego redaktora i krytyka muzycznego. Ojciec Kate najwyraźniej jednak zdawał sobie sprawę z talentu Karola, któremu wystarczy iskra, by wybuchnąć, więc w domu Hogarthów, pełnym młodych dziewcząt, przyszły pisarz szybko zaczął robić za gwiazdę. Był błyskotliwy, wygadany, pełen wigoru i bardzo przystojny. Tak, tak, wiktoriański dżentelmen z wystrzępioną brodą, jakiego znamy z portretów na okładkach powieści, był w młodości dandysem z burzą złotobrązowych loków i uwodzicielskim spojrzeniem. Kochały się w nim wszystkie dziewczęta Hogarthów. Karol wybrał najstarszą, 21-letnią Kate. Pewno dlatego, że była w odpowiednim wieku do małżeństwa. Bo z jego strony (co pokaże czas) żadnej wielkiej miłości nie było. Imponowało mu pochodzenie dziewczyny, jej rodzina z zamożnej klasy średniej, do której on, biedak, dopiero aspirował. No i panna wyglądała tak, że każdy dwudziestolatek straciłby głowę - duży biust, błękitne oczy, ciemne loki, a do tego łagodny temperament, który wydawał się działać jak balsam na żywiołowość narzeczonego.
Młodzi państwo Dickens na portretach  Daniela Maclise
Wkrótce ta żywiołowość Karola stała się dobrem publicznym, bo parę miesięcy po ślubie wydał "Klub Pickwicka" i wszyscy oszaleli na jego punkcie. Uwielbiali go młodzi i starzy, mężczyźni i kobiety. Zwłaszcza kobiety. On je zresztą też. I dawał temu wyraz po swojemu. Kiedy w 1840 roku młodziutka królowa Wiktoria poślubiła księcia Alberta, Karol publicznie ogłosił, że jest w królowej zakochany po uszy, a jej małżeństwo pogrążyło go w żałobie Zaczął nawet wygrażać, że się zabije. Uznano to za dobry żart, ale Catherine nie znała się na takich żartach.

Ich małżeństwo było udane tylko na początku, kiedy do szczęścia wystarcza sama młodość. Potem ugrzęźli we własnych światach, które coraz bardziej się od siebie oddalały. On był wziętym pisarzem, zyskującym - jakbyśmy dziś powiedzieli - status celebryty, brylującego w wielkim świecie. Ona - kurą domową, którą ten świat omijał. W listach do przyjaciół zaczął ją nazywać osłem. Nudziła go. Nie znalazł w niej partnerki w swoich pasjach, nie umiała rozmawiać o książkach, teatrze, sztuce. Szybko przestał zabierać ją na przyjęcia, na które zaproszenia płynęły nieprzerwanym strumieniem. 

37-letnia Catherine Dickens
Catherine nie miała mu specjalnie za złe. Nie była w stanie chodzić na te przyjęcia. Rodziła dzieci. Urodziła dziesięcioro, w ciągu 16 lat ich małżeństwa niemal cały czas była w ciąży (zaliczyła też kilka poronień). Źle znosiła te ciąże, a niemal wszystkie kończyły się depresją. Ale jak się miały kończyć? Karol miał jej za złe, gdy znów spodziewała się dziecka, był wściekły, że w takim tempie przybywa mu gęb do wykarmienia, tak jakby pęczniejąca rodzina była wyłącznie zasługą jego żony! Cała ta przytłaczająca codzienność nadspodziewanie szybko zmieniła wielkooką, seksowną pannę w otyłą, zgorzkniałą matronę ze zmętniałym spojrzeniem niegdyś jasnych oczu.

I w końcu któregoś dnia - a był to już 22. rok wspólnego życia państwa Dickens - ich małżeństwo się skończyło, i to tak, jak w najpodlejszym romansie. Tego dnia omyłkowo dostarczono Catherine paczkę ze złotą bransoletką. Dopisek, zrobiony ręką Karola, mówił jasno, że to bransoletka nie dla niej. Zrozumiała, że w życiu jej męża jest inna kobieta i że to tamta jest teraz dla niego najważniejsza.

Ellen "Nelly" Ternan, kochanka
Dickens miał czterdzieści pięć lat, kiedy poznał Nelly Ternan. Ona miała osiemnaście i była rok młodsza od jego najstarszej córki. Poznali się, gdy pan pisarz bawił się w reżysera. Wystawił w domu sztukę swojego przyjaciela Wilkie Collinsa, a ponieważ inscenizacja stała się głośna w Londynie (sama królowa pofatygowała się ją zobaczyć), postanowił zaprezentować ją publicznie. Oczywiście, teraz już nie wypadało, by wystąpiły w niej jego córki, panny z dobrego domu. Aktorce w epoce wiktoriańskiej bliżej było do prostytutki niż damy, trzeba więc było takie panie wynająć. I w ten oto sposób doszło do spotkania Dickensa z aktorką Nelly Ternan.
Nelly Ternan i Dickens

Stracił dla niej głowę. Była młoda, śliczna i miała wszystko to, czego brakowało Catherine. Nie zanudzała go opowieściami o kolacjach i pieluchach, ją zawsze interesowało to, co jego. Miała otwartą głowę i braki szybko nadrabiała. Ale która by na jej miejscu się nie postarała? Zainteresowanie wielkiego Dickensa, który miał już u stóp cały świat, było dla dziewczyny ze społecznych dołów niczym gwiazdka z nieba.

Wkrótce po poznaniu Nelly, Dickens postarał się jak najszybciej zakończyć związek z niekochaną żoną, Rozwód nie wchodził w grę - nie w wiktoriańskiej Anglii, a tym bardziej nie w przypadku człowieka, który uchodził za jej sumienie. Zostawała więc separacja, którą można było obudować zręcznymi kłamstwami tak, by reputacja winowajcy nie poniosła szwanku.

Ponoć hipokryzja to hołd, jaki występek składa cnocie. Jeśli to prawda, to pan Dickens złożył jej teraz największy hołd w swoim życiu. Potraktował Catherine podle. Wyrzucił ją z domu, przyznał niewielką pensję i na koniec - odebrał dzieci. Po czym zwalił na nią całą winę. Ogłosił publicznie, że nigdy nie potrafiła się nimi opiekować i zasugerował, że przyczyną była choroba psychiczna. Przy biednej Catherine został tylko jej najstarszy Charlie, na tyle już dorosły, by mieć odwagę sprzeciwić się charyzmatycznemu ojcu. I on też został ukarany - ojciec nie odezwał się do niego do końca życia.

Uwolniony od kłopotliwej rodziny Dickens mógł wreszcie zająć się nową ukochaną - kupować jej domy, opłacać lekcje śpiewu, finansować podróże po świecie. Oczywiście, robił to po cichu. Oficjalnie występował w charakterze przyjaciela domu, podczas gdy Nelly grała rolę przykładnej panny (z czasem: starej panny), mieszkającej z matką. Podobno urodziła mu syna, podobno dziecko zmarło, podobno… podobno… Dickens potrafił tak skutecznie zakamuflować postępki, których się wstydził, że dziś już nikt nie potrafi dociec prawdy.

Byli ze sobą trzynaście lat i macie pojęcie, że nikt o tym nie wiedział? To znaczy, grupa najbliższych im ludzi wiedziała doskonale, ale każdy trzymał buzię na kłódkę. Z Nelly włącznie. Po śmierci Dickensa zaczęła drugie życie - wyszła za mąż, urodziła dzieci, została wdową. Źle jej się wiodło. Żyła w biedzie i upublicznienie romansu z Dickensem (na przykład publikacja jego listów) mogłoby przynieść jej niezłe pieniądze. A jednak tego nie zrobiła. I raczej nie przez sentyment. Może prędzej przez zwykły wstyd? Ponoć tylko raz wspomniała o ich związku, dodając że gorzko go żałuje.

Po śmierci Nelly jej syn przeżył szok, przeglądając papiery matki. Dopiero wtedy odkrył jej drugie życie. Nie miał pojęcia ani o jej scenicznej karierze w młodości, ani o związku z pisarzem. Zły i wściekły, papiery spalił, a wszystkie powieści Dickensa wyrzucił na śmietnik.

Mary "Mamie" Dickens, córka
Dickens, który z taką wrażliwością opisywał los Małej Dorrit czy Davida Copperfielda, o swoich własnych dzieciach nie miał najlepszego zdania. Uważał, że są bezbarwne (jak żona, dodawał) i ledwie dwoje uznawał za odrobinę więcej niż przeciętne. Niestety, w tej dwójce nie znalazła się ta, która najbardziej go kochała - najstarsza Mary, nazywana Mamie.
Dickens z córkami: Mamie (z prawej) i Katey
Posłusznie poszła za ojcem, gdy porzucił jej matkę. Posłusznie wypełniała jego wolę, gdy zakazał ją odwiedzać. Posłusznie przymykała oczy na związek ojca z dziewczyną młodszą od niej. Może dlatego, że i ona bała się być przez niego porzucona?

Opisywano ją jako sympatyczną, trochę sentymentalną, i wpatrzoną w ojca jak w obrazek. Ejże, skądś już to znamy… Czy nie taka była Catherine? Mamy zresztą potwierdzenie - Hans Christian Andersen, który poznał rodzinę Dickensa, opisał Mamie jako tę z córek, która najbardziej przypominała matkę.

Nazywa się ją czasem najbardziej nieszczęśliwym z dzieci Dickensa. Ale trudno się temu dziwić, zwłaszcza jeśli w istocie była podobna do matki i miała ten jej łagodny temperament. Trochę się tych powodów do nieszczęścia uzbierało - po pierwsze, katastrofalne małżeństwo rodziców i jego rozpad, po drugie, genialny i sławny tatuś, przy którym nikt nie czuje się dość dobry, a już na pewno wrażliwe dziecko. Wydaje się, że to Mary zapłaciła największą cenę za całą dziwaczność swojej rodziny. Choć ładna i niegłupia, nigdy nie potrafiła ułożyć sobie życia z dala od ojca, Nie wyszła za mąż, mimo że raz była bliska zaręczyn. Ale wystarczyło jedno skrzywienie Dickensa, któremu potencjalny narzeczony się nie spodobał, by konkurent poszedł w odstawkę.

Mamie nie była ani głupia, ani bezbarwna. Jeśli czymś zgrzeszyła, to tym samym, co pozostałe dwie kobiety, które tu opisałam - była tak oddana ojcu, że w ogóle przestała myśleć o sobie. Po jego śmierci nie bardzo wiedziała, co z sobą począć. Wydała wspomnieniową książkę o ojcu, w której dała znakomity opis jego pracy, przygotowała też do druku pierwszy wybór listów. Ale coraz częściej wpadała w długie okresy depresji, zaczęła pić.

Nie chcę tu powiedzieć, że Dickens - jak Pan Bóg - odpowiada za całe zło, jakie spotkało jego żonę i dzieci, choć słowa jego najstarszego syna Charliego uderzają trafnością: „Dzieci jego wyobraźni, Oliver Twist, David Copperfield i cała reszta. były dla niego o wiele bardziej realne niż my”. 

Ech, panie Dickens, czy to nie dziwne, że właśnie ty wynalazłeś Boże Narodzenie? A może właśnie wcale nie? Nie byłeś gorszy od swojego Ebenzera Scrooge’a, a przecież to tego nikczemnika uczyniliśmy symbolem świątecznej magii. Dlatego na koniec nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć Wam wesołych świąt z "Opowieścią wigilijną" pana Dickensa w tle.

Źródła: Claire Tomalin, Sekretna kochanka Dickensa, 2011; Gaynor Arnold, Dziewczyna w błękitnej sukience, 2012; Robert Gottlieb, Great Expectations: The Sons and Daughters of Charles Dickens, 2012; Wikipedia
Zdjęcia: Wikimedia Commons

sobota, 29 września 2012

Loki i koki

Na portretach wyglądają wspaniale. Błyszczące, wijące się loki spadające niedbale na szyję, zgrabne koki otoczone pierścieniami warkoczy, kaskady lśniących fal nad uszami i czołem, ozdobione perłami i kwiatami. Fryzury z końca XIX wieku wydają się esencją kobiecości. Uwodzą mistrzostwem wykonania, setkami misternych splotów i zwinięć, a jednocześnie dają ułudę naturalności. 
Bo te koki i warkocze - wykonane rękami zręcznych pokojówek, uzbrojonych w grzebienie, szczotki, żelazka i haczyki - są przecież splecione z naturalnych włosów. Nie zastępuje ich peruka, nie skleja puder, nie obciążają pióra ani ciężkie ozdoby. Wiktoriańskie fryzury nie mają nic wspólnego z piętrowymi koafiurami czasów rokoka, wznoszonymi na wzór ciężkich budowli. Tak skomplikowanymi, że czesano się raz w miesiącu, a włosy myto raz na rok, koło Wielkiej Nocy. Dobrze wiemy, że tamte wspaniałe, pudrowane "dzieła sztuki", zdobiące kobiece głowy, były siedliskiem chorób i insektów różnej maści, nie tylko pospolitych wszy. Dość powiedzieć, że jedna z rokokowych dam z czasów Ludwika XVI z przerażeniem odkryła, że w jej piętrowej fryzurze zalęgły się myszy!

Włosy tej długości nie były pod koniec XIX wieku
niczym niezwykłym
Na tym tle błyszczące loki i koki wiktoriańskich elegantek wydają się lekkie, zdrowe, schludne, a przy tym niezwykle estetyczne. Być może.
Z osiemnastowiecznej perspektywy. Bo do wykonania tych urzekających fryzur, jakie nosiła cesarzowa Sissi czy inne elegantki końca XIX wieku, konieczne były włosy bardzo, bardzo długie. Sięgające nie do pasa, ale co najmniej do pięt. Upięte wyglądały pięknie, ale rozpuszczone... Cóż, ich uroda - przynajmniej według dzisiejszych kryteriów estetycznych - jest co najmniej dwuznaczna. Dobrze pokazuje to ten film z kolekcją zdjęć z epoki:




Podoba się czy odstręcza? Czuję, że raczej to drugie. Z rozpuszczonymi włosami kobiety w swoich szerokich krynolinach wyglądały jak namioty. Wysoka fryzura była więc wymogiem ówczesnej mody - zgrabne, odsłaniające kark uczesanie dodawało kobiecie wzrostu, a jej sylwetce lekkości.
Najwykwintniejsze wiktoriańskie fryzury składały się jakby z kilku oddzielnych części - koka, otaczającego go warkocza i  loków zebranych w pęki po obu stronach twarzy. Z czasem ewoluowały - modna stała się fryzowana grzywka nad czołem (bardzo czasochłonna w przygotowaniu), drobne loczki na skroniach, węzeł na czubku głowy i miękkie loki opadające na kark. Co ciekawe, za piękniejsze uznawano fryzury z włosów ciemnych, najlepiej czarnych - to była bodaj jedyna epoka w dziejach kobiecej urody, kiedy brunetki wygrywały z blondynkami!

Cesarzowa Sissi w wersji à la topielica i w eleganckim koku
Właścicielki tych pięknych fryzur (i ich panny służące) musiały słono płacić za urodę zgrabnych główek. Pielęgnacja - ba, zwykłe mycie - takich długich włosów było koszmarem. O bujnych splotach cesarzowej Sissi opowiadano legendy jak Europa długa i szeroka. Ich mycie (w żółtkach i koniaku) zajmowało ponoć cały dzień, a cesarska toaleta co i rusz kończyła się awanturą. Pokojówki domagały się odszkodowań, bo słodka Sissi ponoć miała w zwyczaju tłuc je po głowach lusterkiem, gdy nie dość delikatnie rozczesywały jej długie, gęste loki. 
Jeśli też masz takie (i dość cierpliwości), możesz spróbować zwinąć z nich typowy wiktoriański kok. Uprzedzam tylko, że trochę to potrwa...

poniedziałek, 3 września 2012

Służące i księżniczki

Najpiękniejsze portrety kobiet malowali prerafaelici. Dla nich kobieta sama w sobie była inspiracją. Jako obiekt uwielbienia, ideał piękna, symbol życia, wcielenie słodkiego grzechu i - przede wszystkim - jako modelka. Nikt wcześniej ani później nie potrafił tak pięknie oddać delikatności kobiecej twarzy, puszystości włosów, słodyczy spojrzenia, namiętności ust. Ich kobiety to anioły i ladacznice w jednym, zmysłowe istoty, które jednocześnie potępia się i ubóstwia - prerafaelitom najlepiej udało się uchwycić ten boski i ziemski wymiar.

William Holman Hunt, Dante Gabriel Rossetti. John Everett Millais 
Prerafaelici, czyli kto? 
Jest połowa XIX wieku, wiktoriańska Anglia. Grupka studentów 
malarstwa buntuje się przeciw sztywnym regułom akademickiej
sztuki. Chcą malować z natury, zachowując prostotę i szczerość, 
cyzelując szczegóły - tak, jak malowano przed Rafaelem. Zawiązują
stowarzyszenie, które przyjmuje 
nazwę Bractwo Prerafaelitów. 
Ich pierwsze obrazy, sygnowane tajemniczymi inicjałami PBR, 
bulwersują konserwatywną publiczność. Nie podoba się 
ten rodzaj realizmu, w którym Jezus ma brudne paznokcie, 
a Dziewica przypomina kwiaciarkę zza rogu. 
Ale zafascynowanych świeżością nowego spojrzenia 
jest więcej i wkrótce prerafaelici zyskują wiernych fanów, 
tak wśród wpływowych krytyków, jak i bogatych mieszczan. 
Dziś ich twórczość uznaje się za jeden z najbardziej 
inspirujących nurtów dziewiętnastowiecznej sztuki.
Fanów tego malarstwa już za kilka dni czeka prawdziwa uczta. 12 września w londyńskim Tate Britain zostanie otwarta  wielka wystawa sztuki prerafaelitów.  Będzie można do woli oglądać wszystkie sławne Ofelie, Prozerpiny i Ginewry, uosabiające wiktoriański ideał kobiecości. Ale czyje mają rysy? Kim były naprawdę portretowane przez prerafaelitów egipskie księżniczki, rzymskie boginie, szekspirowskie heroiny, celtyckie wróżki? Żadna z nich nie jest wytworem malarskiej wyobraźni, ale kobietą z krwi i kości, ze swoją własną historią. Były typowe dla swoich czasów - tak jak dzisiejsze żony i dziewczyny piłkarzy. Nieliczne wywodziły się z bogatych domów, ale w większości były to zwykłe dziewczyny z ludu, pokojówki, służące, panny pracujące w sklepach i pracowniach modystek. O Jane Morris, najsławniejszej z nich, już tu pisałam; teraz jest najlepszy czas, żeby przedstawić pozostałe.


John Everett Millais, Ofelia
Elizabeth Siddal pracowała w sklepie kapeluszniczym, kiedy wypatrzył ją jeden z prerafaelitów. Urzekły go jej zielone oczy, bujne, miedzianozłote włosy, smukła szyja. Została ich modelką, a pierwszym i najsłynniejszym obrazem, na jakim się pojawiła, jest "Ofelia" Millaisa. Tej przygody omal nie przypłaciła życiem. Artysta, wierny głównej zasadzie Bractwa, by malować z natury, wpakował Elizabeth do wanny napełnionej wodą. Pozowała w niej całymi godzinami, a choć Millais starał się podgrzewać wodę, to szybko stygła, a dziewczyna marzła. Przypłaciła to ostrym zapaleniem płuc, co wywołało furię jej ojca, który zażądał od malarza uregulowania rachunków za leczenie.
Scenę malowania Ofelii świetnie pokazuje nakręcony w 2009 r. serial BBC "Desperate Romantics", który mam nadzieję trafi kiedyś do Polski:



Elizabeth została później żoną Rossettiego, najsłynniejszego z Bractwa. Wtedy pozowała już tylko jemu. Rysował ją w nieskończoność, obdarzając jej delikatną twarzą o ciężkich powiekach swoją Rachelę, Beatrycze, eteryczne dziewczęta z arturiańskich legend.  Dziś mówi się, że liczba tych rysunków i obrazów idzie w tysiące.
Elizabeth Siddal
Sama Elizabeth też odkryła w sobie talent. Wiersze pisała już jako mała dziewczynka, zafascynowana poezją, odkąd znalazła na skrawku gazety, w jaki zawinięto masło, poemat Tennysona. Teraz zaczęła także malować. Nie wiadomo, czy i jak rozwinąłby się jej talent, bo umarła młodo. Miała 33 lata, gdy znaleziono ją martwą, po przedawkowaniu laudanum. Zażywała je nałogowo, nie mogąc sobie poradzić z depresją, w jaką wpadła po urodzeniu martwej córeczki.
Jej historia ma niesamowity ciąg dalszy, jak z gotyckiej powieści. Gdy Lizzie już leżała w trumnie, zrozpaczony Rossetti wetknął w jej włosy jedyną kopię swoich wierszy. Dziewięć lat później postanowił je odzyskać i wystarał się o ekshumację. Opowiadał potem, że ciało żony zachowało świeżość, a jej wspaniałe włosy rosły jeszcze po śmierci, bo rude zwoje wypełniały całą trumnę. Wyjął z nich pogryzioną przez robaki książeczkę, opublikował wiersze, ale przyjęto je źle. Ich nieskrywany erotyzm raził wiktoriańskie gusta. 


Dante Gabriel Rossetti, Lady Lilith
Fanny Cornforth  - to z nią związał się Rossetti po śmierci żony. Była prostą, wiejską dziewczyną, która pracowała w jego domu najpierw jako pokojówka, potem gospodyni. Zrobił z niej swoją kochankę i oczywiście modelkę. (Swoją drogą wątpię, by w otoczeniu Rossettiego była w ogóle jakaś kobieta, której nie namalował). 
Fanny Cornforth
i jej imponujące włosy
Fanny nie miała tak delikatnej, eterycznej urody jak Lizzie Siddal czy Jane Morris. Była zwyczajną, krzepką chłopką o rumianej twarzy i zaokrąglonej figurze, a z wiekiem mocno przytyła i malarz lubił ją nazywać "swoim drogim słoniem". Tym, co czyniło ją wyjątkową, były bujne, długie, ogniście rude włosy. To one prowokowały Rossettiego do obdarzania jej zmysłową twarzą lubieżnej Lilith czy występnej trucicielki Lukrecji Borgii.
Rossetti nigdy się z nią nie ożenił, ale na swój sposób pozostał jej wierny do końca życia. I to pomimo nacisków rodziny i przyjaciół, których raziło prostactwo Fanny. Mówiła z grubym akcentem, nie miała żadnych ambicji ani potrzeby, by nad sobą pracować. Wszyscy naciskali na Rossettiego, by jak najszybciej zakończył ten romans. Mimo to ich związek okazał się zadziwiająco silny, przetrwał ćwierć wieku, aż do śmierci malarza.


William Holman Hunt, Przebudzone sumienie
Annie Miller stała za barem, kiedy zobaczył ją William Holman Hunt. Z miejsca się zachwycił, a zaraz potem zakochał. Zaczął malować Annie i szybko poprosił ją o rękę. Zgodziła się, ale do ślubu nie doszło. 
Annie Miller na rysunku Rossettiego
Bractwo Prerafaelitów - jak każde bractwo - miało to do siebie, że jego członkowie dzielili przekonania, gusta, a koniec końców także i modelki. Kiedy więc Hunt, już zaręczony z Annie, wyjechał w podróż na Bliski Wschód, jego towarzysze obstąpili ją kołem. Urzeczeni jej urodą ("jest jak syrena", zachwycali się), prosili, by im pozowała. A przecież Hunt kazał jej się uczyć, a nie pozować! Kiedy wrócił, był wściekły, że nie usłuchała.  Zerwał zaręczyny, plany małżeńskie rozsypały się w proch.
Annie jednak wcale źle na tym nie wyszła. Nie wróciła do baru. Jej twarz królowała przecież na znanych obrazach, miała wielbicieli na pęczki. Jednym z nich był wicehrabia Ranelagh, który koniec końców wyswatał ją ze swoim kuzynem, młodym kapitanem. Annie była szczęśliwa w małżeństwie, szybko zmieniła się w dzieciatą, hożą matronę i dożyła pięknego wieku 90 lat.


Dante Gabriel Rossetti, Venus Verticordia
Zastanawiające, jak często Rossetti i spółka zaczepiali dziewczyny na ulicach. Zachowywali się identycznie, jak dzisiejsi fotografowie i łowcy modelek. Widząc ładną buzię, nie marnowali okazji. 
Alexa Wilding
Rossetti spotkał Alexę Wilding w pewien wiosenny wieczór, idąc do swego klubu. Miała białą skórę i płomiennorude włosy, a jego zachwycał ten typ urody. Natychmiast ją zagadnął, a dziewczyna zgodziła się mu pozować. Dla niej liczył się każdy dodatkowy grosz. Z trudem wiązała koniec z końcem pracując jako krawcowa, choć miała ambicje (czy raczej marzenia) zostania aktorką. 
Stała się ulubioną modelką Rossettiego w końcowym okresie jego twórczości. To rysy Alexy ma jego słynna Venus. Ale wiemy o niej mniej niż o innych muzach prerafaelitów. Może dlatego, że z żadnym z nich nie połączył jej romantyczny związek. Wiemy, że nie wyszła za mąż, że prawdopodobnie spędziła życie opiekując się dwojgiem dzieci swego wuja. Kiedy w 1882 roku umarł Rossetti, regularnie przynosiła świeże kwiaty na jego grób. Sama zmarła dwa lata później. Miała 37 lat. Nie została sławną aktorką, jak marzyła, ale przecież przeszła do historii.


Edward Burne-Jones, Oczarowanie Merlina
Maria Zambaco (i jej kuzynka Marie Stillman, o której niżej) wyłamują się z tej galerii pięknych, ubogich dziewczyn, zaczepianych przez malarzy na ulicy. Maria, z pochodzenia Greczynka, była córką bogatego kupca, siostrzenicą greckiego konsula w Londynie. Sama miała ambicje artystyczne, studiowała malarstwo i rzeźbę. 
Maria Zambaco na rysunku Rossettiego
Z prerafaelitami zetknęła się dzięki matce, która przyprowadziła Marię do pracowni jednego z nich, Edwarda Burne-Jonesa. Chciała, żeby jej piękna córka pozowała do obrazu "Amor i Psyche". No i pozowała, nawet kilka lat, a wszystko skończyło się wielkim skandalem.
Malarz bez pamięci zakochał się w swojej modelce i był gotów rzucić dla niej żonę. Opamiętał się dopiero wtedy, kiedy ta ostatnia zaczęła grozić samobójstwem. Ale do końca życia obsesyjnie malował twarz pięknej, ciemnowłosej Greczynki, z upodobaniem nadając jej rysy zwłaszcza wiedźmom i kusicielkom.


Dante Gabriel Rossetti, Koncert sielski
(z lewej Marie Spartali Stillman, z prawej Alexa Wilding)
Z Marie Spartali prerafaelici nie romansowali, choć malowali ją z upodobaniem. Była posągową pięknością, bardzo wysoką (miała prawie 190 cm wzrostu), o długich falistych włosach i przenikliwym spojrzeniu ciemnych oczu. "Jest tak piękna, że kiedy ją widzę, chciałbym usiąść i płakać" - mówił o niej Algernon Swinburne, poeta związany z prerafaelitami. Rossetti z kolei opisał ją jako najbardziej intelektualną ze swoich modelek. 
Wysoka i długowłosa
Marie Spartali
Ale Marie była taka jak oni, była artystką. Najpierw ich pilną uczennicą, a potem znakomitą malarką. Tematyka jej obrazów koncentrowała się wokół wątków charakterystycznych dla prerafaelitów - wybierała sceny z Szekspira, Dantego, Petrarki, malowała włoskie krajobrazy.
Wyszła za mąż - wbrew woli rodziców - za amerykańskiego dziennikarza Williama J. Stillmana i wyjechała z nim do Stanów. Po jego śmierci wróciła do Anglii i tu pracowała. Spisując swoją ostatnią wolę, zastrzegła: "Wydaje się dość absurdalne sporządzać testament, gdy nie ma się ani wartościowych rzeczy, ani pieniędzy". Absurdalne? Ech, Marie, jakże nisko się oceniałaś! Blisko dwieście obrazów, jakie zostawiłaś, dziś wycenia się na ponad 690 milionów dolarów...

Na koniec powinnam napisać o Effie Grey Ruskin, ostatniej słynnej modelce prerafaelitów (i żonie jednego z nich). Ale jej historia to na tyle smakowity, wiktoriański skandal, że zasługuje na osobny wpis. I na pewno go przygotuję. 
Na deser niezwykła animacja - najpiękniejsze kobiece portrety z muzyką Bacha w tle. Jest wśród nich jeden obraz prerafaelitów, na pewno go rozpoznacie, a szczegółowe informacje o wszystkich znajdziecie tutaj. Autorem tego pięknego filmiku jest Philip Scott Johnson.

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Wiktoria ma dość miłości


Zawsze mnie zastanawiało, dlaczego właśnie królowa Wiktoria dała imię czasom, które zapisały się w historii jako najgorsze dla miłości. Epoka wiktoriańska to - jak podaje każda encyklopedia, z Wikipedią włącznie - czas, w którym obowiązywała rygorystyczna moralność, głosząca potrzebę ukrywania, a nawet tłumienia uczuć,  w którym każdy żywszy odruch blokowały góry konwenansów. Ale dlaczego zawdzięczamy ją Wiktorii - wciąż jest dla mnie niejasne.

Bo na pozór wygląda to na sprzeczność. Wiktoria przecież wyszła za mąż z miłości, a nie z rozsądku. Więcej - była pierwszą na świecie monarchinią, która miała dość odwagi, żeby wybrać człowieka, którego kocha, a nie tego, którego ze względów polityczno-dynastycznych podsuną jej doradcy. Dlaczego więc przeszła do historii jako ta, która miłość ma za nic? Co takiego zdarzyło się w jej małżeństwie z Albertem, o którym do dziś większość z nas myśli jako o związku idealnym?
Wiktoria na portrecie koronacyjnym
Kiedy w 1837 roku Wiktoria zostaje królową, ma ledwie 18 lat. Od razu jasno daje się jej do zrozumienia, na czym polega pierwsza powinność młodej władczyni: musi jak najszybciej znaleźć sobie miłego mężczyznę, który zapewni jej (i Anglii) następców tronu. 
Ale młodziutka królowa ma z tym pewien kłopot. Panicznie boi się ciąży. Po pierwsze, w czasie połogu można umrzeć, tak jak kuzynka Charlotte, której śmierci Wiktoria zawdzięcza tron. Po drugie, można jeszcze bardziej utyć. A ona i tak jest pulchna, musi uważać na każdy kęs! Jak będzie wyglądać po kolejnych ciążach, odziana w rozłożyste krynoliny, przy swoich 150 centymetrach wzrostu? Jak pulpet, a nie jak monarcha! Przysięga sobie, że w ogóle nie wyjdzie za mąż. Postanawia, że będzie jak Elżbieta I, królowa dziewica, jej ideał i wzór. 
W tym uporze udaje jej się wytrwać blisko dwa lata. Potem jednak dostrzega, że łatwo się nie wywinie. Widzi snutą wokół niej sieć intryg i coraz bardziej się boi, że koniec końców w jej łóżku wyląduje mąż wybrany przez parlament. Postanawia więc sama go sobie znaleźć.
Przypomina sobie niemieckiego księcia, którego spotkała przed laty i z którym dobrze się bawiła. Co prawda, wtedy oboje byli jeszcze dziećmi, ale może on nadal jest równie miły? I równie ładny? Jak dziś wygląda? Wysyła list do Alberta, księcia Saksonii-Coburga i Goty, zapraszając go do Londynu.
Kiedy się spotykają, Wiktoria pozbywa się wszelkich wątpliwości, bo Albert wygląda tak: 
Młody książę Albert
W pamiętniku Wiktoria zapisze: "Albert wygląda... znakomicie. Ma włosy niemal tego samego koloru co ja. Jego oczy są bardzo duże i niebieskie, ma przepiękny nos i bardzo słodkie usta z małym wąsikiem". Oprócz tego ma szerokie ramiona, wąską talię, jest ujmująco nieśmiały, a jego angielski bardzo się poprawił od ich poprzedniego spotkania.
Wiktoria jest oczarowana. Po kilku zaledwie dniach uznaje, że nie ma sensu dłużej czekać. Wie, że teraz wszystko zależy od niej. Bo to ona musi mu się oświadczyć. Jest przecież królową światowego mocarstwa, a on jakimś nieznaczącym księciem karłowatego państewka w środkowej Europie. Propozycja małżeństwa musi wyjść od królowej.
Zaprasza Alberta do swego prywatnego gabinetu i mówi wprost, że byłaby szczęśliwa, gdyby został jej mężem. Oddycha z ulgą, gdy widzi jego błyszczące oczy. Albert bierze Wiktorię w ramiona i mówi jej - a jest tak wzruszony, że mówi po niemiecku - że nie marzy o niczym innym niż spędzenie z nią reszty życia.

Ta właśnie scena to kulminacyjny moment  filmu "Młoda Wiktoria" (2009 r.), opowiadającego o pierwszych latach panowania królowej, z Emily Blunt w roli głównej:

Film kończy się w momencie, w którym kończą się wszystkie romantyczne bajki. Zostawia widza z poczuciem, że zakochani żyli potem "długo i szczęśliwie". Ale w przypadku Wiktorii i Alberta to prawda. Oni naprawdę kochali się, szanowali, byli sobie wierni, a kiedy Albert zmarł, Wiktoria do końca życia, przez czterdzieści lat, nosiła po nim żałobę. No więc, było jak w bajce? Prawie.


Wiktoria, Albert i ich dziewięcioro dzieci
Niestety, małżeńskie szczęście Wiktorii i Alberta nie do końca zależało od nich samych. Zaważyły na nim także okoliczności całkowicie od nich niezależne. Wkrótce po romantycznym ślubie Albert został sprowadzony na ziemię przez parlament, który mocno ograniczył mu apanaże i odmówił przyznania dworskiego orszaku. To dla księcia oznaczało jedno: w tym królewskim stadle będzie wyłącznie mężem królowej, niezbędnym biologicznie elementem monarchii, ale niczym więcej. Albert wiedział, że na dworze nic nie znaczy i mocno mu to doskwierało. Było jednak miejsce, w którym czuł się udzielnym panem i władcą, w którym nikt nie kwestionował jego znaczenia - małżeńska sypialnia.


Wiktoria z najstarszą córką
Wiktoria okazała się namiętną kobietą, lubiła fizyczną miłość, ale... po wydaniu na świat dziewięciorga dzieci, każdy miałby dość seksu. Ostatnie dziecko urodziła niemal w tym samym czasie, co jej najstarsza córka Vicky. I właśnie listy do córki odsłaniają to, co obrońcy harmonii królewskiego małżeństwa woleliby przemilczeć. Bo Wiktoria nie przebiera w słowach. Skarży się, że kobiety to "biedne, poniżane stworzenia", których jedynym zadaniem jest "dostarczanie mężczyznom uciech i przyjemności". Kiedy jej córka z entuzjazmem opowiada o porodzie, słyszy od matki twarde: "W takich momentach wyglądamy raczej jak krowy albo suki".

Fizyczna miłość, której efektem jest poniżenie? Być może właśnie wtedy, pod koniec małżeństwa Wiktoria uznała, że trzeba mieć baczenie na wszystko, co wygląda na miłość, namiętność, rozkosz. I stąd wzięła się ofensywa wiktoriańskich strażników moralności, tropiących każdy przejaw "nieobyczajnych" zachowań - z przekonania, że te romantyczne słowa skrywają fizjologiczną, męską potrzebę, poniżającą i frustrującą dla tak zwanej porządnej kobiety.
Zastanawiające jest zarazem, że w tej pozornie przyzwoitej wiktoriańskiej Anglii kwitła prostytucja i to na skalę niespotykaną wcześniej w Europie. W tym czasie w Londynie na dwunastu mężczyzn przypadała jedna kurtyzana. Najwidoczniej ludzie, tak jak królowa Wiktoria, doszli do wniosku, że "zwierzęce" potrzeby mężczyzn muszą gdzieś znaleźć ujście. Rozpusta stała się normą w eleganckim towarzystwie. Ojcowie w ramach inicjacji seksualnej otwarcie prowadzili swoich dorastających synów do burdeli, a jedynym wymogiem była dyskrecja w zaspakajaniu tych "obrzydliwych" potrzeb, na jakie nie ma miejsca w przyzwoitym domu. Ich żony dzięki temu zyskiwały status nieskalanych, świętych kapłanek domowego ogniska, strzegących wyższych uczuć i wartości. 
Tak rodziła się podwójna mieszczańska moralność, symbol epoki wiktoriańskiej, z którą walczyły potem całe pokolenia. Ostateczne wyzwanie rzuciły jej dopiero dzieci-kwiaty i rewolucja seksualna lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. I pomyśleć, do czego doprowadziła szczęśliwa miłość Wiktorii i Alberta...

(Cytaty zaczerpnęłam z książki Reinholda Dorrzapfa, "Eros, małżeństwo, Lucyper w pludrach. Dzieje obyczajowości seksualnej")

piątek, 15 czerwca 2012

Muza

Jej nazwiska zapewne nie znacie, ale twarz - znacie na pewno. To Jane Morris, muza prerafaelitów, angielskiego bractwa malarzy z połowy dziewiętnastego wieku.

Prerafaelici byli grupą młodych artystów, którzy postanowili malować tak, jak malowano przed Rafaelem (stąd nazwa) - nie fałszując natury, drobiazgowo odtwarzając szczegóły przenoszonych na płótno scen, z całym blaskiem i soczystością barw. Niektórzy może zauważyli, że ich obrazy już pojawiały się na tym blogu (choćby w poście o Tekli Bądarzewskiej). To dlatego, że dla mnie są one najdoskonalszym obrazem życia bogatego mieszczaństwa końca dziewiętnastego wieku. Patrząc na te płótna, czuję się tak, jakbym przeniosła się w czasie do domu z czasów królowej Wiktorii. Widzę jego kolory, czuję zapach kurzu na tysiącach bibelotów i smak herbaty nalewanej z porcelanowych dzbanków. Te obrazy są esencją wiktoriańskiej estetyki. A Jane jest uwieczniona na tych najpiękniejszych.

Była prostą dziewczyną z ludu; młodzi artyści zobaczyli ją w teatrze przy Drury Lane. Jej uroda była tak urzekająca, że poprosili dziewczynę, by im pozowała. Zgodziła się natychmiast i tak zaczęła się kariera Jane jako muzy bractwa prerafaelitów. Kochali się w niej prawie wszyscy, ona wybrała Williama Morrisa, malarza, rysownika, architekta. Chyba wybrała dobrze, bo Morris wymyślił ją i stworzył, jak Pigmalion swoją Galateę. Posłał ją na lekcje francuskiego i włoskiego, zapewnił nauczyciela muzyki i  savoir-vivre'u. Uformował ją tak, że stała się symbolem swojej epoki, wzorem dla innych kobiet w sztuce wysławiania się i dobrych manier. To właśnie Jane jest pierwowzorem bohaterki "Pigmaliona", słynnej sztuki Bernarda Shaw, opowiadającej o prostackiej kwiaciarce, którą zdolny profesor zmienił w salonową lwicę. 

Ale najpiękniej malował ją nie mąż, ale inny prerafaelita Dante Gabriel Rossetti. Kochał się w niej całe lata. Platonicznie? Historycy nie są zgodni, ale nawet jeśli Jane miała romans z Rossettim, to - nauczona przez męża także dyskrecji - potrafiła to ukryć tak zręcznie, że do dziś mamy problem z jednoznacznym rozstrzygnięciem. Tak czy inaczej Rossetti kochał ją gorąco i większość kobiet na jego obrazach ma rysy Jane. Oto, jak ją widział:
Te wizerunki przeszły do historii sztuki. Większość kobiet na słynnych obrazach Rossettiego ma rysy Jane: pełne, zmysłowo wykrojone usta, wielkie szare oczy i bujne włosy w tysiącach fal. A jak wyglądała naprawdę, pozbawiona retuszu pędzla zakochanego mężczyzny? Wiemy to z kilku zachowanych fotografii:
Piękna? Owszem. Ja jednak wolę pamiętać ją taką, jaką ją widział Rossetti, jako Prozerpinę trzymającą owoc w dłoni, muzę prerafaelitów, której zawdzięczamy ich najpiękniejsze obrazy.