Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moda. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 maja 2013

Na obcasach

Uwielbiam przyglądać się arcydziełom malarstwa szukając w nich śladów codzienności sprzed wieków. Popatrzcie na ten wspaniały obraz Jana van Eycka. Pochodzi z 1434 roku i przedstawia małżonków Arnolfini - włoskiego kupca z Lukki i jego brzemienną żonę. Historycy sztuki analizują detale portretu, doszukując się w nich dodatkowych znaczeń. Lustro jest symbolem czystości, ułożone pod oknem owoce - niewinności, a czerwone łoże to znak miłości i oddania małżonków. Wszystkie te detale - przy całej ich symbolice - to jednak przede wszystkim zapis stylu życia tamtych lat, zatrzymana w pięknym kadrze chwila zwykłej codzienności mężczyzny i kobiety sprzed siedmiu wieków.

Spójrzcie na ich buty, patynki, jak je nazywano. Mężczyzna, pozując do portretu, niedbale je porzucił. Leżą obok - drewniaki, o dość wysokich obcasach, mocowane do stopy szerokim pasem skóry. Buciki jego żony wsunięte są pod przykrytą czerwoną tkaniną ławę. Też są drewniane, ale obcasy mają niższe i szersze, dzięki temu są bardziej stabilne. To naturalne, bo przecież takich właśnie obcasów potrzebowała ciężarna kobieta, chodząca po zabłoconych, śliskich uliczkach ówczesnych miast. Obraz van Eycka podsunął mi pomysł tego posta - dziś będzie o obcasach.



Strasznie dużo narosło wymysłów na ich temat. Są atrybutem kobiecej elegancji i nie zawsze akceptowanej zmysłowości. Część kobiet je kocha, druga część – kontestuje, jako symbol płciowej pułapki, wymyślonej przez wrednych macho dla własnej, chutliwej radości. Ale wystarczy zajrzeć do historii, żeby się przekonać, że obcas jako atrybut kobiecości to czysty mit. Po pierwsze, wymyślono je dla ochrony, a nie dla szyku. Po drugie, wcale nie były domeną kobiet - to mężczyźni lubili je bardziej i nosili częściej. Po trzecie, gdyby nie męskie zamiłowanie do wojen (tak, tak!), pewnie do dziś biegałybyśmy na płaskich obcasach i nikt nie kruszyłby kopii o rujnujące kobiece zdrowie dziesięciocentymetrowe szpilki.

Przez całe tysiąclecia wszyscy doskonale obywaliśmy się bez obcasów. Buty starożytnych Greków i Rzymian składały się ze skórzanej płaskiej podeszwy, którą utrzymywały na stopach motane wokół kostek rzemyki. Wysokie obcasy, koturny, nosili jedynie aktorzy. Z czysto praktycznych względów – by widzowie w amfiteatrach mogli ich lepiej widzieć. W średniowieczu zakładano chodaki – jak te na obrazie van Eycka – ale one też nie miały nic wspólnego z elegancją. Chroniły po prostu skraj długich szat przed unurzaniem w błocie, a nosili je wszyscy – i kobiety, i mężczyźni. Dopiero w XVI wieku pojawił się obcas w takiej (mniej więcej) formie, jaką znamy dziś.

Buciki szesnastowiecznych wenecjanek  i współczesne Lady Gagi. Podobne?



Lady Gaga daje radę!
Wszystko zaczęło się od sławnych bucików szesnastowiecznych wenecjanek. Również wymyślonych dla ochrony, a nie dla urody. Damy, wyprawiające się na ulice swego pięknego, jednakowoż zalewanego nieustannie wodami laguny miasta, musiały jakoś ochronić stopy, a przede wszystkim skraj drogich, jedwabnych sukien. Wymyśliły więc chodaki na obcasie, tzw. chopiny. Ich spacerowe buciki wsparte były na słupku, znajdującym się mniej więcej w połowie stopy, bardzo wysokim, czasem nawet 75-centymetrowym! Chodzenie na takich szczudłach powodowało nienaturalne wychylenie ciała naprzód i wymagało niebywałej zręczności. Pozostaje dla mnie zagadką (a noszę obcasy), jak one dawały sobie z tym radę na śliskich od wody ulicach. Co mądrzejsze szły po rozum do głowy i wędrowały ze służącymi po obu bokach. W końcu noszenia tych "pantofelków" oficjalnie zakazano – m.in dlatego, że naówczas w Wenecji dramatycznie wzrosła liczba poronień. Survival na szczudłach miał swoją cenę…
Te dość przerażające weneckie buciki miały jednak swoją urodę. Niektóre bywały całkiem ładne, ozdobione haftami i biżuterią albo pomponikami z jedwabiu. Choć jestem skłonna sądzić, że nie wynikało to ze specjalnej miłości kobiet do chodaków, tylko z przyrodzonej nam skłonności do upiększania codzienności. Kobieta ozdobi nawet swoje narzędzie tortur! Że jednak można było w tym stąpać samodzielnie, pokazuje dziś Lady Gaga. Jej fantastyczne obcasy wypisz wymaluj przypominają buciki wenecjanek. I dziewczyna jakoś daje radę...

Ludwik XIV i jego czerwone obcasiki
Tak czy inaczej, czasy renesansu oswoiły obcas na tyle, że w XVII wieku stał się już codziennością. Ale nie dla kobiet. To panowie odkryli wtedy jego wspaniałe zalety. Okazało się, że znakomicie sprawdza się podczas jazdy konnej, a już zwłaszcza w bitwie. Idealnie blokował stopę jeźdźca, który pewnie stawał w strzemionach i mógł do woli razić wroga ze swoich łuków i rusznic. 
Byłoby jednak przesadą sprowadzać męską miłość do wysokich obcasów wyłącznie do tych praktycznych względów. Nie oszukujmy się – panowie polubili je także dla ich urody. Proszę bardzo, oto Ludwik XIV, Król Słońce, i jego słynne czerwone obcasiki. Wykwintne królewskie buty miały także podeszwę w takim samym kolorze. Czerwony barwnik był kosztowny, a więc niedostępny dla byle łachudry. Ludwik XIV zrobił z tej czerwieni wyznacznik stylu klas wyższych, co przyjęło się w całej Europie (w Polsce też mieliśmy karmazynową szlachtę). Czerwień nobilitowała, więc niebawem już wszyscy mężczyźni na francuskim dworze migali purpurowymi obcasami. Dość wysokimi, a za Ludwika XV wzrosły one jeszcze bardziej, bo natura poskąpiła królowi wzrostu. 

Pantofelki Marii Antoniny
Potem przyszły czasy Marii Antoniny, powszechnie uznawane za szczyt nieumiarkowania w modzie i stylu. Piętrowym fryzurom dam miały towarzyszyć równie niebotyczne obcasy. Ejże, guzik prawda! Historia mówi zupełnie co innego. Pantofelek z lekkiej wełny, zgubiony przez Marię Antoninę na szafocie i przechowywany do dziś w muzeum w Rouen, ma całkiem rozsądny obcasik. Sześciocentymetrowy. Osiemnastowieczne elegantki wcale nie szalały za obcasami bardziej niż ich mężowie (powiedziałabym, że nawet mniej). W ubiegłym roku sensacją były wystawione na aukcji w Paryżu zielono-różowe pantofelki Marii Antoniny, które widzicie na zdjęciu (dla ciekawych: rozmiar 36 i pół), sprzedane za niebotyczną sumę 50 tys. euro. Ładne, ale przecież niewysokie. Do przyjęcia dla każdej z nas, nawet tych, które wiecznie biegają w tenisówkach. 

Swoją pięknie rozpoczętą karierę obcas zawiesił na czas Wielkiej Rewolucji. Ale co się dziwić - jako atrybut arystokratów był najlepszą rekomendacją na gilotynę. Dlatego na parę lat zniknął z historii mody, najpierw we Francji, a potem w całej Europie. Elegantki czasów klasycyzmu preferowały płaskostopie. Cesarzowa Józefina i panny z powieści Jane Austen nosiły do swoich prostych, zwiewnych sukienek płócienne baletki i płaskie trzewiczki. Ta klasyczna prostota jednakowoż szybko się znudziła. W latach trzydziestych XIX wieku kobiety musiały dodać sobie wzrostu. Zaczęły nosić krynoliny i turniury, i nie mogły wyglądać w nich jak strusie jaja! Obcas stał się koniecznością. Ciągle jeszcze był niewidoczny, ciągle ukryty pod długą suknią, ale już wkrótce miały nadejść jego najlepsze czasy …

Pod koniec XIX wieku obcasy niewiele się już różniły od współczesnych. Powędrowały na skraj buta, pod piętę, podbicie wspierało się na drewnianej lub metalowej części podeszwy. Kobiety (i ich buciki) były gotowe na największą rewolucję w modzie. Lada dzień miały zrzucić długie suknie i odsłonić nogi, których urody nic tak nie uwydatnia, jak zgrabny pantofel na obcasie. To właśnie wtedy, na początku XX wieku, obcasy stały się atrybutem kobiet. Ani myślała rezygnować z nich Coco Chanel, wielka admiratorka kobiecej wygody. Jej słynne dwukolorowe pantofelki są od dziesięcioleci niemal takie same, ewoluuje tylko obcas, dostosowany do zmieniającej się linii sukien, spódnic i kobiecej sylwetki. 

Piękne nogi Marleny Dietrich na obcasach są jeszcze piękniejsze
Nie zrzuciłyśmy obcasów nawet wtedy, gdy z nieba leciały bomby. W czasie II wojny światowej pojawił się wręcz nowy trend – koturny, teoretycznie robione z korka, ale z powodu totalnego braku wszystkiego, częściej z drewna. Ciężkie, niewygodne, mało praktyczne, hałaśliwe, raczej niepiękne. Nie szkodzi, odbiłyśmy to sobie po wojnie. 
New Look Christiana Diora (1947)
Już w 1947 roku Christian Dior zaproponował kobietom swój New Look – eleganckie sukienki, do których zakładałyśmy cienkie jak igła szpilki. To chyba najlepsze obcasy dla kobiecych nóg. I straszne dla drewnianych podłóg! W latach pięćdziesiątych wiele budynków użyteczności publicznej broniło się przed dziurawiącymi podłogę elegantkami, wprowadzając zakaz wchodzenia do nich w szpilkach. Niemniej obcasy miały się znakomicie aż do lat 60. Wtedy to niespodziewanie (razem z palonymi stanikami) znalazły się w centrum ideologicznej wojny. To występne narzędzie uprzedmiotowienia kobiet, wymyślone po to, by zmienić je w bezbronne i bezwolne (na tych obcasach) ofiary męskiej chuci – uznały feministki. Oj tam, oj tam. Powinny były lepiej uważać na lekcjach historii. Wiedziałyby, że to męski wynalazek.

No właśnie, a co z panami? Ich obcasy przez cały wiek XX utrzymywały się na rozsądnej wysokości. Wyjątkiem były modne w latach siedemdziesiątych buty na platformie, w których męczyli się solidarnie przedstawiciele obydwu płci (zobaczcie filmik niżej, zwłaszcza ostatnie sceny). No i cały czas są modne teksańskie buty do konnej jazdy z charakterystycznym, ściętym, pokaźnym obcasikiem. Zadziwia ich nieustająca popularność wśród mężczyzn, którzy życie kowboja znają tylko z filmów. Ale co się dziwić. Jak wiadomo, mężczyzna na obcasach wyjątkowo dobrze trzyma się w siodle…




Źródła: Maguelonne Toussaint-Samat, Historia stroju
François Boucher, Historia mody
Zdjęcia: Wikimedia Commons, sjcme.edu, eons.com, tumblr.com, highonshoes.com, batashoemuseum.ca

piątek, 1 lutego 2013

10 najgorzej ubranych kobiet w historii

Takie materiały kobiece pisma robią właśnie teraz. Podsumowują miniony rok z towarzyskiego życia celebrytów, wyróżniając tych, którzy popisali się dobrym gustem, piętnując tych, którzy zaliczali wpadki. Nas, czytelniczki, mniej obchodzą ci pierwsi, za to z wielką przyjemnością czytamy złośliwości pod adresem tych drugich. Redakcjom pogratulować odwagi - na pewno mają z nim święty krzyż, wysłuchując fochów gwiazd i gwiazdeczek. Mnie to nie grozi, wszystkie moje elegantki dawno umarły, mogę zaszaleć!
Dam, które budziły śmiech swoim strojem, w historii nie brakuje. Kiedyś miały to szczęście, że z ich modowych wpadek czy zbyt śmiałych kreacji drwiono dyskretnie, po katach salonów. Było to mało eleganckie, owszem, ale takie przyjemne! Dziś już nikomu nie wstyd. Ściślej, od roku 1960, kiedy to Richard Blackwell - nieżyjący już amerykański krytyk i projektant mody - wymyślił i zaczął publikować swoją słynną listę "10 najgorzej ubranych kobiet". Nagle pokątne śmichy z koronek i falbanek zyskały nobilitację, znalazły się w prasie! A forma przyprawiała co wrażliwszych o palpitacje. Bo Blackwell od początku walił z grubej rury - nie przebierał w słowach i wdeptywał w ziemię kobiety z samego szczytu. W 1969 roku jego listę otwierała angielska monarchini z wyrokiem: "Wszystko, co pozbawione stylu, zawsze towarzyszy królowej". Nigdy nie darował  Elżbiecie II jej fikuśnych kapelusików i odblaskowych sukienek - trzydzieści lat później lamentował tak samo: „Co to? Pałacowa choinka czy królewski błazen? Widziałem już wiele królowych, ale Elżbieta II jest najgorsza!”. Pozostałe zbierały nie mniejsze cięgi. Glenn Close: "Chrzanić dalmatyńczyki. Close powinna wystąpić w '101 katastrofach ubraniowych'. Moda zeszła na psy!". Shakira: "Fryzura a la Meduza, a ciuchy rodem z markiza de Sade". Camilla Parker-Bowles, żona  księcia Karola: "W tych swoich kapeluszach z piórami, które kiedyś były modne, przypomina skamielinę papużki z ery jurajskiej". W "parszywej dziesiątce" Blackwella regularnie gościły Madonna, Britney Spears, Paris Hilton, Victoria Beckham, no i synowa "królewskiego błazna", czyli  młodziutka lady Diana (zanim jeszcze zabrali się za nią styliści "Vogue" i zmienili brzydkie kaczątko w łabędzia).
A wcześniej? Kto wcześniej mógłby znaleźć się na takiej czarnej liście? Oto moje typy - dziesięć kobiet przeszłości, w większości wybitnych, za to z katastrofalną szafą.

1. Szpetny chłopak, czyli szwedzka królowa Krystyna Waza (1626 - 1689)
Dobrze wiem, jak ją sobie wyobrażacie. Ma zmysłową twarz Grety Garbo z "Królowej Krystyny" albo promienny uśmiech  Liv Ullmann z "Abdykacji". Ale guzik, nic z tego. Relacje jej współczesnych całkowicie temu wizerunkowi przeczą. Krystyna Waza jest w nich dość szpetną osobą o ciemnej skórze, długim nosie i szerokich ustach. "Nic nie ma kobiecego prócz samej płci; jej zachowanie, sposób poruszania się, a nawet głos są całkowicie męskie” - napisał w roku 1654 pewien rozczarowany podróżnik o 28-letniej królowej. Jestem pewna, że wszystko to przez jej strój. Nosiła męskie ciuchy - w dodatku, niestety, raczej niechlujne niż eleganckie - i to na co dzień, a nie tylko na konne przejażdżki czy polowania. Nie cierpiała kobiecych fatałaszków, tak samo zresztą jak kobiet, o których mówiła, że w większości są mdłe, nudne i męczące (choć skądinąd zarzucano jej seksualną skłonność do własnej płci, za mąż nigdy nie wyszła). Była jak źle ubrany chłopak i odpowiednio do tego wizerunku się zachowywała. Ponoć podczas spotkania z papieżem, tak mocno uścisnęła mu rękę, że trzeba było wołać medyka. Miała też zwyczaj - jak dzisiejsze nastolatki - zakładać podczas przedstawień teatralnych nogi na oparciach krzeseł. Jaka kiecka by jej na to pozwoliła?

2. Gwiazda dworskiego reality show, czyli Katarzyna I (1683/84 - 1727)
Trzy podbródki, hałaśliwa wesołość, gruba warstwa szminki na twarzy i stroje obwieszone tonami klejnotów - Blackwell padłby na serce, gdyby ją zobaczył, bo przy niej angielska królowa to wcielenie elegancji. O Katarzynie pisałby pewno, że to dziewczyna od krów w przebraniu królowej - i wcale by się nie mylił. Druga żona cara Piotra Wielkiego naprawdę nazywała się Marta Helena Skowrońska i była córką biednego inflanckiego chłopa (z terenów dzisiejszej Łotwy). Zaczynała jako pułkowa praczka, ale ładna buzia i bujne kształty sprawiły, że wędrowała przez coraz lepsze łóżka, aż w końcu dotarła na sam szczyt. Car Piotr miał pociąg do kobiet "o prostym umyśle i przy kości", więc dla Katarzyny oszalał. Rzucił swoją żonę Eudoksję i z pękatej Kasi zrobił cesarzową. Jakoś dawała radę (to ona, choć niepiśmienna, stworzyła Rosyjską Akademię Nauk), a przy tym używała życia, piła, brała sobie coraz to nowych kochanków i stroiła się w upstrzone klejnotami suknie (myślę, że dzisiejszy bizantyjski styl rosyjskiej mody to w dużej mierze jej zasługa). To dopiero kariera! Jak z najlepszego reality show, choć przecież najsławniejsza bohaterka żadnego z nich do Katarzyny nawet się nie umywa. Kim Kardashian (a to chyba ten sam typ urody) może sobie pomarzyć!

3. Angielski ogród na głowie, czyli Georgiana Cavendish, księżna Devonshire (1757 - 1806)

Niewątpliwie była piękna. Niewątpliwie była ikoną stylu swoich czasów. Miała jednak nieszczęście urodzić się w osiemnastym wieku, a rokokową modą rządził nadmiar i to w dosłownym znaczeniu. Georgiana Cavendish wylansowała jeden z jej symboli - sławne fryzury sięgające nieba. Włosy nacierane usztywniającą pomadą, rozpinane na metalowych rusztowaniach i ozdabiane tysiącem gadżetów, robią dość przerażające wrażenie. Nie tylko na nas. W XVIII wieku też budziły zdumienie albo co najmniej wesołość, co pokazuje wielka liczba karykatur z tamtych czasów. Jedna z niemieckich gazet z 1775 roku natrząsała się z "nowego rodzaju nakrycia głowy, znanego jako ogród angielski". Drwiono: "Całe krajobrazy są teraz budowane na szczycie głowy. Można zobaczyć kobietę z wioską we włosach, z łąką, z wielkim mostem albo z wiatrakami". Dodatkowo pomysłem księżnej było wpinanie do i tak gigantycznych fryzur pęków długich, strusich piór. Koafiury sięgały kilku metrów! Były tak wysokie, że stanowiły dla noszących je dam prawdziwe zagrożenie, bo czasem zajmowały się ogniem od świec w kandelabrach.
Skąd te pomysły strójów i ozdób, przekraczające jakikolwiek umiar? W filmie "Księżna", w którym główną bohaterkę zagrała Keira Knightley, zadaje to pytanie Georgianie jej własny mąż. "Wy macie swoje rozgrywki polityczne, a my możemy się wypowiadać jedynie poprzez stroje" - pada sensowna odpowiedź. Ta brytyjska arystokratka nadawała ton modzie angielskiej socjety z braku laku, po prostu dlatego, że nic innego robić nie mogła. Jej zamiłowanie do gier politycznych (a miała do tego talent!) musiało pozostać jedynie w sferze salonowych rozgrywek. Dziś, ze swoją inteligencją, wspartą wielką urodą, byłaby co najmniej sekretarzem stanu. A tak przeszła do historii z powodu wielkich, strasznych włosów.


4. Zakonnica w przebraniu, czyli pisarka George Sand (1804 - 1876)
Kto by pomyślał, że to pierwsza dama francuskiej literatury nobliwego XIX wieku! Na tym zdjęciu George Sand wygląda jak Whoopi Goldberg po osiemdziesiątce w "Zakonnicy w przebraniu 5". Ciekawam, co też się kryje pod tymi miękkimi draperiami po samą szyję: surdut, szarawary, a może jednak zwykła sukienka? Z George Sand nigdy nic nie wiadomo. Lubiła zmieniać swoje życie w teatr i czasem (jak widać) z tym przesadzała. Wiemy, że lubiła nosić męski strój. Bo był wygodny, dodawał dezynwoltury, a przy tym czynił sylwetkę lżejszą i - co tu kryć - ujmował lat. A George nie chciała być po trzydziestce uznana za matronę, jak większość kobiet jej czasów. I osiągnęła cel - za matronę nikt jej nie uważał. Ale luzackie ciuchy czasem przynosiły efekt odwrotny do zamierzonego. Kiedy Chopin spotkał ją po raz pierwszy, wtedy 32-letnią, miała na sobie aksamitne szarawary i kurzyła fajkę. Na co on się wkurzył, bo dymu i wyzywających kobiet nie znosił. George próbowała go obłaskawić - po swojemu. Oczarowana, na następne spotkanie przybiegła wystrojona w biało-czerwony strój, w barwach Polski. Chopin, wielki elegant i esteta, przestraszył się jeszcze bardziej i stanowczo odmówił wyjazdu do jej posiadłości w Nohant. Usidliła go w końcu, ale zajęło jej to trochę czasu - przez ten strój, jak sądzę, przez te kolejne przebrania, pod którymi strasznie trudno było zobaczyć, jaka jest naprawdę.

5. Scarlett O'Hara po przejściach, czyli Mary Todd Lincoln (1818 - 1882)
Wielkie ambicje, zero smaku. To często idzie w parze, a żona prezydenta Lincolna najlepszym przykładem. W opinii Amerykanów to jedna z ich najbardziej nieudanych pierwszych dam. Była prawie elegancka, prawie ładna, prawie mądra - wszystko, co najlepszego można o niej powiedzieć, zamyka się w tym jednym słówku "prawie". I na tym opis zakończę, mimo że pani Lincoln to prawdziwy klejnot na tej liście. Napisałam już jednak o niej tekst, w którym biednej Mary niczego nie oszczędziłam. Chyba nie jestem w typie Blackwella, bo nie mam sumienia więcej się nad nią znęcać...

6. Garnitur-gafa, czyli Amelia Bloomer (1818 - 1894)
Amelio, po co ci to było? Ja rozumiem, że założenia były szczytne. Uwolnić kobiety z tych metrów koronkowych pajęczyn, w jakie nas zamotano, otworzyć klatki krynolin, w których nas zamknięto. Zaproponowałaś więc spodnie, bloomerki, jak je potem nazwano. Ale czemuż, na Boga, takie brzydkie? Luźne, zebrane w kostce i przykryte krótką sukienką - wyglądałyśmy w nich jak stogi siana! Złośliwi dziennikarze natychmiast nadali rewolucyjnemu strojowi przydomek "garnitur-gafa", a czytelnicy pękali ze śmiechu, oglądając karykatury "zgrabnych" pań w spodniach. Ledwie parę kobiet odważyło się je założyć, aż ostatecznie wylądowały na śmietniku. Generalnie, przez te spodnie napytałaś sobie biedy, Amelio. Dziś tylko feministki znają Twoje zasługi w walce o prawa kobiet, pozostali pamiętają Cię wyłącznie z powodu strasznych majtek...

7. Ciemność widzę, czyli królowa Wiktoria (1819 - 1901)

Ja rozumiem, że Wiktoria przez 40 lat po śmierci ukochanego męża postanowiła trwać w żałobie. Szanuję to, nawet podziwiam. Ale skoro żałoba, to po co te wszystkie riuszki, wstążki, falbanki, kokardki, tasiemki, zakładki, zaszewki, koraliki, guziczki.... Tysiące ich, biją się na jej sukni o każdy wolny skrawek! 
Zgoda, wiktoriańskie (nomen omen) kreacje z mnóstwem ozdóbek, przyszytych gdzie trzeba i nie trzeba, wyjątkowo często przeradzały się w jarmarczny stragan. Ale były wśród nich także w miarę stonowane, bardziej dyskretne, co widać na rysunku obok. Dlaczego królowa Wiktoria ich nie nosiła - nie mam pojęcia. Bo wiadomo skądinąd, że miała wyczucie smaku (była na przykład całkiem zdolną portrecistką), a jednak wykazywała się wyjątkowo marnym gustem, jeśli chodzi o stroje. A może po prostu "ten typ tak ma"? Brytyjskie monarchinie (i ich krawcowe) zawsze wykazywaly jakieś podejrzane skłonności do infantylizmu i strojów, jak z bajek o królewnach. Wiktoria wyglądała jak bombiasta kokarda, nawet w żałobie, a dziś jej pra-prawnuczka Elżbieta chodzi w kanarkowej żółci albo odblaskowych fuksjach. Być może faktycznie wszystko, co pozbawione stylu, zawsze towarzyszy królowej, by zacytować klasyka...

8. Dama przykryta serwetą, czyli Maria Klotylda Inez Moitessier (1821-1897)
Historyczki sztuki, proszę na mnie nie napadać. Ja wiem, że to obraz uznawany za arcydzieło. Naczytałam się mnóstwo o tym, jak to cudownie Ingres oddał miękkość skóry modelki, słodycz jej ust i spojrzenia, a także najdrobniejsze detale sukni... No właśnie, sukni... Ta suknia wszystko mi psuje. Nic nie poradzę, że wspaniała ponoć kreacja, wygląda wypisz wymaluj, jak obrus i kanapa mojej babci. Bukiety, frędzle, rozety, kokardy, wszystko w jednym. Kto z nas dziś powie, że to ładne?
A jednak kiedyś - nie tak znów dawno temu - było ładne, piękne wręcz. Zdaję sobie sprawę, że naszymi gustami rządzi minimalizm, wciąż jednak mnie zdumiewa, jak mało potrzeba czasu, by zmieniły się kanony piękna. Dzieli nas przepaść od naszych przodków sprzed ledwie stu pięćdziesięciu lat, dla których ta pani była ucieleśnieniem greckiego piękna. Sam Ingres tak sądził. On przecież zazwyczaj nie malował portretów, interesowały go tematy historyczne, a jednak zmienił zdanie, gdy zobaczył swoją modelkę. Dla niej zrobił wyjątek. Urzeczony urodą pani Moitessier, pracował nad portretem dwanaście (!) lat. Opłaciło się i jemu, i  - zwłaszcza - jej. Poza swoją urodą nie zapisała się niczym szczególnym i jako żona bogatego bankiera przeszła do historii tylko dlatego, że pozowała do arcydzieła. Ale do historii dobrego smaku raczej nie przejdzie. Bo arcydzieło to czy nie, ona wygląda na nim jak kanapa.

9. Prawie jak syrena, czyli Florence Foster Jenkins (1868 - 1944)
Gdy wypływała na scenę, elegancka nowojorska publiczność zastygała z wrażenia. Widok artystki, odzianej w atłasy i cekiny, obwieszonej kilogramami biżuterii i z parą biało-złotych skrzydeł u ramion, odbierał widowni głos. Ale gdy ona sama dobywała głosu, wytrącona z transu publiczność przychodziła do siebie i już po paru minutach tarzała się ze śmiechu. Florence Foster Jenkins słynęła bowiem ze swego wybitnie fałszywego sopranu, z powodu którego przeszła do historii jako "najgorsza śpiewaczka świata". Była najdoskonalszym wcieleniem kiczu. Tęga, niemłoda (sceniczne występy zaczęła dobrze po czterdziestce), odziana w błyszczące, obcisłe, syrenie suknie, które sama projektowała, a przy tym absolutnie pewna swego talentu, przekonana o urodzie głosu, który wszystkim innym przypominał skrzypienie kół wozu na mrozie. Śmiano się z niej, drwiono z kompletnego braku samokrytycyzmu, wyszydzano bazarowy gust, a jednak bilety na recitale rozchodziły się na pniu. Do grona jej wielbicieli należeli Enrico Caruso i Cole Porter. Wciąż ich zresztą ma. "Boska", sztuka oparta na jej życiu, na scenach londyńskiego West Endu miała ponad dwieście przedstawień, a i w Polsce - wystawiona przez Krystynę Jandę - ściągała tłumy. Florence wciąż wabi ludzi, mimo całej swojej brzydoty. A raczej właśnie dlatego...
Na koniec próbka jej boskiego głosu. Posłuchajcie, jak wspaniale masakruje Mozarta:

10. Zagram to w kapciach, czyli Greta Garbo (1905 - 1990)
Dziwne, że dodałam Garbo do tej listy? Przecież była skończoną doskonałością! Myślę jednak, że Blackwell tak właśnie by zrobił. Prywatnie Garbo miała na koncie tyle straszliwych wykroczeń przeciwko tzw. elegancji, że żaden szanujący się krytyk mody nie  przymknąłby na nie oczu. W swoich filmach była ideałem, zgoda, ale poza nimi... Mawiała: „Poza planem nie zastanawiam się, jak jestem ubrana. Nie dbam o to. Lubię proste życie i proste stroje”. Na premierach zjawiała się więc w swetrach, beretach, tweedowych spodniach i płaskich butach, jakby szła prosto z ogródka. Nie nosiła biżuterii, nie malowała paznokci, a szminki i pudru używała mniej niż oszczędnie. Nie cierpiała też wysokich obcasów. Nawet na planie, gdy musiała być uwodzicielskim, szykownym wampem, pozbywała się ich przy pierwszej, lepszej okazji. Sceny miłosne w swoich melodramatach, jeśli tylko ujęcie pozwalało, grywała... w kapciach. Była skończoną abnegatką, która w nosie ma cudze gusta i guściki. Sama mała świetny, co zapamiętali jej współpracownicy z planu - źle wybrane filmowe kostiumy natychmiast odsyłała i nigdy się nie myliła. No to jaka właściwie była?
Nie bez powodu pokazuję na zdjęciach dwie Grety Garbo. Tę, która w latach. dwudziestych przyjechała do Hollywood ze Szwecji - za dużą, niezgrabną dziewuchę ze złym zgryzem. I tę, którą stała się ledwie kilka lat później - ikonicznie piękną, nieskazitelną heroinę XX wieku. Myślę jednak, że w głębi duszy nie zmieniła się nic a nic. W nowej skórze wciąż pozostała tą samą dziewczyną z nadwagą i krzywymi zębami, chichoczącą  w duchu, że tak łatwo wywiodła nas wszystkich w pole.

No wiec Garbo trafiłaby na pana listę czy nie, panie Blackwell? Sam pan nie wie? Zgoda, kobiety takie jak ona wymykają się łatwym klasyfikacjom. Ale to by w takim razie znaczyło, że czołowe miejsca na listach najlepiej ubranych zwykle zarezerwowane są dla przeciętnych. Dla idealnych, eleganckich, bezbłędnych i...  nudnych?

piątek, 28 grudnia 2012

Barbie w gorsecie

Lada dzień wielki bal, chcecie wyglądać naprawdę wystrzałowo? Zróbcie się na dziewczynę Gibsona! Żeby było jasne - nie chodzi mi o dziewczynę Mela Gibsona (odkąd widzę, co ze swoim życiem wyrabia ten gwiazdor, nigdy już nie powiem, że kobiety starzeją się gorzej od mężczyzn!). Chodzi mi o amerykańskiego rysownika Charlesa Dana Gibsona, świętej pamięci od z górą pół wieku. To on wymyślił ideał kobiety belle époque, sylwetkę wiotkiej damy o figurze wymodelowanej na kształt klepsydry i z charakterystyczną burzą loków, upiętych w malowniczy, niedbały kok.
Dziewczyna Gibsona mała to coś, co wyróżniało ją z tłumu eleganckich dam przełomu XIX i XX wieku. Była jak lalka Barbie swoich czasów - wyższa niż przeciętna kobieta, bardzo szczupła, za to z obfitym biustem i krągłymi biodrami. Jej doskonale uszyte, eleganckie suknie pozbawione były turniur, nadmiaru kokard,  falban i koronek, aby nic nie psuło nienagannej linii sylwetki, ściśniętej gorsetem w idealne S. Wieńczyła ją zgrabna główka osadzona na długiej szyi i ozdobiona spiętrzonym wodospadem loków.
Dziewczyna była "cute", lekka, pełna wdzięku, swobodna i na luzie. Lubiła uprawiać sporty i aktywnie wypoczywać - Gibson często wkładał jej do ręki kij golfowy, pakował na rower, wysyłał na plażę albo na kort tenisowy. Dorysowywał też tłumy mężczyzn zachwyconych wyglądem panny, gotowych pójść za nią wszędzie i spełnić każde jej życzenie, choćby najbardziej idiotyczne. Na słynnym rysunku niżej zobaczycie młodych ludzi sadzących drzewo korzeniami do góry, bo ona tak chce!

Czy można się dziwić, ze dziewczyna Gibsona szybko stała się ideałem kobiet? Zwariowały na jej punkcie, tak jak my na punkcie Barbie. Wszystkie starały się kopiować jej styl, strój, gesty, a przede wszystkim fryzurę. Zapuszczały loki, a jeśli natura poskąpiła im bujnych splotów, kupowały peruki, wsuwały wałki, dopinały treski. Wzór miały stale pod ręką, bo wizerunki kudłatej panny stały się wszechobecne:

Pojawiały się na okładkach magazynów (powyżej; w środku "Cosmo" z 1910 roku), na kartkach pocztowych i w reklamach, a z czasem także na spodkach, popielniczkach, poduszkach i obrusach, na pokrowcach krzeseł i stojakach na parasole, czyli wszędzie tam, gdzie tylko mogło spocząć damskie spojrzenie. Dziś mówi się wręcz, że był to pierwszy, masowy ideał kobiecego piękna.

Wizerunku swojej panny Charles Gibson nie wysnuł tak całkowicie z męskich marzeń o kobiecie idealnej. Inspiracją były dla niego cztery jak najbardziej realne panie. Na początek dwie śliczne Amerykanki, siostry Irene i Nancy Langhorn. Pierwsza z nich, Irene, była żoną Gibsona, i to ją mąż rysował na początku.
Charles Dana Gibson i jego żona Irene
Druga z sióstr była co najmniej równie ładna, ale zrobiła o wiele większą karierę. Nancy poślubiła brytyjskiego polityka i magnata prasowego Williama Waldorfa Astora, ale wcale nie zadowoliła się rolą bogatej pani domu. W 1919 roku została pierwszą kobietą, która trafiła do Izby Gmin brytyjskiego parlamentu. I zasiadała w niej przez 25 lat, mocno angażując się w sprawy kobiet i rodziny. No proszę, śliczna główka dziewczyny Gibsona miała też fajnie umeblowane wnętrze!
Lady Nancy Astor, ambitna i piękna
Dwie pozostałe panny, których urodą zachwycił się rysownik, to Evelyn Nesbit i Camille Clifford. Pierwszej z nich, słynnej modelce o wyjątkowo burzliwym życiu, poświęciłam już tutaj długi wpis, zajrzyjcie. 
Evelyn Nesbit, śliczna jak z obrazka
Drugą była urodzona w Belgii aktorka Camille Clifford. Na początku 1900 roku wzięła ona udział w gazetowym konkursie, w którym szukano najdoskonalszej "żywej wersji" dziewczyny z rysunków Gibsona. Wygrała właśnie Camille i tak zaczęła się jej światowa kariera w roli "wcielenia dziewczyny Gibsona". Owszem, doceniono też jej talent, angażowano do przedstawień, ale do historii przeszła jako ikona stylu. Jej znakiem rozpoznawczym już na zawsze pozostała wysoka fryzura i długa, elegancka suknia, ciasno opinająca sylwetkę o wąziutkiej 18-calowej talii. Fotografie Camille do dziś są najlepszą ilustracją stylu początku XX wieku w wydawnictwach poświęconych historii mody.
Camille Clifford, idealna dziewczyna Gibsona
Styl dziewczyny Gibsona cieszył się powodzeniem aż do pierwszej wojny światowej. Potem wypadł z łask. I nic dziwnego, bo coraz bardziej praktyczne i pewne siebie kobiety wypowiedziały własną wojnę - gorsetom i sukniom zamiatającym podłogi. I okej, i bardzo dobrze, i tak trzymać. Przecież taka panna od Gibsona praktyczną stronę życia miała za nic, ale... Czy nie dlatego była taka atrakcyjna? Wyjątkowa? Godna pożądania? Nie dziwię się nic a nic, że tak urzekła nasze prababki (a pradziadków nawet bardziej). Może warto sobie o niej czasem przypomnieć, na przykład przed karnawałowym balem?

Dlatego na koniec część praktyczna, czyli instrukcja zwinięcia słynnego gibsonowskiego koka. To wcale nie takie trudne, a jeśli macie szczęście być posiadaczkami długich loków, efekt będzie piorunujący! 



Klasyczna dziewczyna Gibsona ma kręcone włosy, ale i dla tych, które nie chcą używać lokówki, też coś znalazłam - równie efektowny gibsonowski kok zwinięty z prostych włosów. Dobrej zabawy!


wtorek, 27 listopada 2012

Nie plujcie na modelki!

To był luty 1947 roku. Europa lizała rany po najgorszej hekatombie, jaką zafundowała jej historia. Było na tyle długo po wojnie, by przestać świętować jej zakończenie wybuchami radości. I na tyle krótko, by wciąż pamiętać wszystkie jej okropności z fotograficzną dokładnością, jakby zdarzyły się wczoraj. Początek tego roku wybrał sobie paryski krawiec o nieznanym szerzej nazwisku na debiut swojej nowej kolekcji, która miała przejść do historii jako New Look (nowy wygląd). Christian Dior, bo tak się ów krawiec nazywał, chciał obwieścić światu, a zwłaszcza kobietom, że wszystko, co złe już za nimi. Że minął czas butów na drewnianych podeszwach, kapeluszy z gazetowego papieru, sukienek zszywanych z chustek i "pończoch", które zastępował szew malowany na nogach kredką do oczu. Kobiety, stwierdził Dior, po tych chudych latach powinny znów poczuć się jak księżniczki. Powinny założyć wirujące suknie do ziemi, talię ścisnąć gorsetem, a stopy wsunąć w lekkie pantofelki na cienkim obcasie. Przygotował im takie kreacje. A potem ubrał w nie modelki i wysłał na ulice Paryża, na sesję zdjęciową. Wyglądały tak:


I wtedy... jak myślicie, co się wtedy stało? Czy piękne kobiety w eleganckich strojach wzbudziły zachwyt przechodniów? Czy rzucili się je oglądać i prosić, by pozowały z nimi do zdjęć? Nic z tych rzeczy. Dziewczyny, które wystąpiły w tej pamiętnej sesji Diora, wspominały ją potem jako najgorsze doświadczenie w życiu. Popychano je, opluwano, obrzucano wyzwiskami. Ich piękne stroje budziły agresję kobiet i pogardę lub co najmniej konsternację mężczyzn. Widać to wyżej na ostatnim zdjęciu Richarda Avedona - modelce Renée, sfotografowanej przez niego na Placu de la Concorde, mężczyźni przyglądają się raczej ze zdumieniem niż z zachwytem. Ale czy reakcja mogła być inna? Przecież w 1947 roku większość europejskich miast wyglądała tak:

Londyn 1947
Paryż, 1947
Dzieci na ulicach Paryża, 1947
Warszawa, 1947
Moskwa, 1947
Berlin, 1947
Londyn, 1947
Czy można się dziwić, że New Look wywołał taką burzę? W czasach, kiedy po ulicach europejskich stolic snuły się półnagie, zziębnięte dzieci, informacja, że jakiś pan Dior zużywa na jedną spódnicę dziesięć metrów materiału, przyprawiała ludzi o wściekłość. 
Amerykanki witają Diora: Brzydzą nas pańskie sukienki!
I tak było na całym świecie. Brytyjski rząd wezwał rodaczki do bojkotu sukienek Diora, który szyjąc je okazał się kompletnie niewrażliwy na powojenną traumę Europy. Król Jerzy VI zabronił nosić te grzeszne kiecki swoim córkom, księżniczkom Elżbiecie i Małgorzacie. W Ameryce z kolei protestowały feministki, oburzone, że kobiety znów wtłacza się w długie do ziemi suknie, ciuchy rodem z dziewiętnastego wieku. Kiedy we wrześniu 1947 r. Dior pojechał tam promować swoją kolekcję, przywitały go demonstracje. Tłumy kobiet wymachiwały transparentami: "Precz z New Look!", "Christian Dior do domu!", "Brzydzą nas pańskie sukienki!".
Do oburzonego tłumu dołączyli uznani projektanci. Coco Chanel publicznie oświadczyła, że Dior jest zakałą i hańbą francuskiej mody. Ale co mogła powiedzieć, skoro zepsuł jej całą robotę? Chanel od paru dekad walczyła o maksymalną prostotę kobiecego stroju, lansując kanciastą sylwetkę pozbawionej biustu chłopczycy, odzianej w miękkie, wygodne dzianiny. A ten idiota cofał się o całe lata! U niego talia miała być szczupła, piersi bujne, biodra krągłe. A to oznaczało jedno - moda wraca do XIX wieku, kobiety znów trzeba zakuć w gorsety i fiszbiny!
Modelujący sylwetkę gorset znów wrócił
do łask, choć w mniej opresyjnej formie

Ale wszystkie te protesty to była tylko pierwsza reakcja. Pod cienką warstewką świętego oburzenia czaił się zachwyt, który wybuchł natychmiast, gdy kolekcja Diora trafiła do sklepów. Oblegały je tłumy już nie oburzonych, ale odurzonych nową modą. Kobiety nawet gorsety zakładały chętnie, zwłaszcza że wcale nie przypominały dziewiętnastowiecznych narzędzi tortur - były elastyczne, wygodne, a dzięki nim każda czuła się seksowna i uwodzicielska. Nawet angielskie księżniczki - w tajemnicy przed ojcem i własnym rządem - obejrzały nową kolekcję na specjalnym zamkniętym pokazie w brytyjskiej ambasadzie w Paryżu. A bardziej niepokorna z nich, Małgorzata, była potem jedną z tych kobiet, które skutecznie ją lansowały. 

Dior bezbłędnie odgadł pragnienia kobiet. Jego eleganckie sukienki, na pierwszy rzut oka karykaturalne w Europie ruin, okazały się najlepiej zaspakajać zbiorową tęsknotę za tradycyjnym, mieszczańskim stylem życia, który zniszczyła wojna. Za bezpiecznym światem, w którym kobieta znów może być luksusową panią domu, a nie ubraną w drelich dziewczyną z fabryki broni. Wszystko to sprawiło, że New Look przeszedł do historii jako jeden z milowych kroków mody, a nazwisko Diora do dziś jest - nawet dla profanów - synonimem haute couture, wielkiego krawiectwa, symbolem luksusu. 
Christian Dior z jedną ze swych modelek
Naszym gustem Dior rządził jeszcze przez dekadę, aż do końca lat pięćdziesiątych. Mniej więcej do momentu, gdy młodziutka gwiazdka kina w kraciastej, płóciennej sukience i balerinach na gołych stopach, orzekła: "To moda dla babć". I kobiety natychmiast jej usłuchały. Rzuciły w kąt gorsety i długie suknie. Teraz wszystkie chciały być jak Brigitte Bardot...