wtorek, 6 listopada 2012

Jędza

Oto Mary. Jak Wam się podoba? Mało pociągająca, prawda? Przynajmniej na pierwszy rzut oka. Niestety, na drugi też.
Mary Todd Lincoln, żona szesnastego prezydenta Stanów Zjednoczonych, nigdy nie budziła sympatii. Ani wśród historyków, ani wśród swoich współczesnych. Sekretarki w Białym Domu nazywały ją jędzą, a gazety "głupią, uśmiechniętą mieszczką z ordynarnymi manierami pod przykryciem pięknych strojów, powozów i sług w liberii". W końcu przestał ją lubić nawet własny mąż i dzieci, zalazła za skórę dosłownie wszystkim. Ciekawa jestem, jak też ją potraktował Steven Spielberg w swoim najnowszym filmie "Lincoln", który 9 listopada będzie miał światową premierę. Prezydenta zagrał w nim Daniel Day Lewis, a jego straszliwą małżonkę nadzwyczaj sympatyczna Sally Field. Pewnie świadomy to był zabieg, bo dzięki Sally głupia mieszczka z ordynarnymi manierami może wzbudzić w widzach odrobinę cieplejszych uczuć. Choć obawiam się, że nawet Sally się to nie uda. 
Mary Lincoln miała nieszczęście być pierwszą damą Ameryki w ciężkich czasach wojny secesyjnej, do których pasowała jak pięść do nosa. W jej maleńkiej osobie (mierzyła 155 cm) skupiły się bowiem wszystkie najbardziej odstręczające cechy, jakie stereotypowo przypisuje się kobietom.
Mary w całej okazałości
Po pierwsze, ambicja
To nigdy nie była zła cecha, jeśli chodzi o mężczyzn, ale obdarzone nią kobiety postrzegano - zwłaszcza kiedyś -  jak potencjalne Lady Makbet. A Mary ambicji nie brakowało. Przyszła na świat jako córka bogatego plantatora, otrzymała porządne wykształcenie i zamierzała je wykorzystać. Fascynowała ją polityka (co ważne, choć pochodziła z Południa, była rzeczniczką zniesienia niewolnictwa) i już jako nastolatka opowiadała przyjaciołom, że poślubi przyszłego prezydenta. Okazja nadarzyła się szybciej niż myślała. Miała 21 lat, gdy poznała Abrahama Lincolna, starszego o dziesięć lat prawnika i członka legislatury stanu. Był dość ponurym, zamkniętym w sobie melancholikiem, ale Mary się spodobał. Szybko też dostrzegła jego potencjał polityczny. Pobrali się dwa lata później, mimo sprzeciwu rodziców dziewczyny, którzy nie chcieli zięcia biednego jak mysz kościelna. Ona jednak wiedziała swoje: "Pewnego dnia zostanie prezydentem Stanów Zjednoczonych - mówiła. - Gdybym tak nie myślała, nigdy bym za niego nie wyszła, bo, jak widzicie, nie jest przystojny. Ale popatrzcie tylko na niego. Czy nie wygląda jak materiał na wspaniałego prezydenta?"
Młodzi Abraham Lincoln i Mary Todd
Po drugie, pycha
W 1846 roku Lincoln został wybrany do Kongresu, a Mary, niezmiennie pewna, że wcześniej czy później (raczej wcześniej) wyląduje w Białym Domu, rozpoczęła próby przed startem w swojej wielkiej roli. Ich dom w Springfield zmieniła w rezydencję w greckim stylu, gdzie mogła wydawać przyjęcia na pięćset osób, serwując dania z bufetów, jak w Białym Domu. Tymczasem jej mąż robił bokami próbując zaspokoić potrzeby pęczniejącej rodziny (w ciągu dziesięciu lat przyszło na świat ich czterech synów). Nie wystarczała praca w kancelarii, musiał dorabiać na sesjach wyjazdowych sądu okręgowego. Mary patrzyła na to krzywym okiem, bo nie lubiła, gdy mąż opuszczał dom na całe tygodnie. Stale robiła mu awantury, ale o dziwo introwertyk Lincoln nadspodziewanie dobrze znosił bazarowy temperament swojej żony. Kłótnie stały się po prostu częścią ich życia i w tej wybuchowej atmosferze przetrwali szczęśliwie piętnaście lat, aż do roku 1860, kiedy to Abe, jak nazywała go żonka, został prezydentem. Chyba czuł, że spora w tym zasługa energicznej Mary, skoro zawiadamiając ją o wyniku głosowania powiedział: "Wybrali nas!". Mary trochę się naczekała - miała już 42 lata. Ale czyż nie było warto? Kochała polor, ostentację, pompę, władzę i wreszcie miała to wszystko dostać na tacy.
Pierwsza para

Po trzecie, rozrzutność
Tą cechą podpadła najbardziej - i mężowi, i narodowi. Zaczęło się od porządków w Białym Domu, który był rzeczywiście w opłakanym stanie, zaniedbany, nawet zaszczurzony. Mary dostała od Kongresu 20 tysięcy dolarów - na cztery lata, ale wydała je w ciągu roku. Wpadła w prawdziwy szał zakupów, ściągając luksusowe meble i dodatki z Europy - tapety z Francji, dywany z Brukseli, a z Czech przyjechał 700-częściowy zestaw naczyń z rżniętego kryształu. A przecież w kraju trwała już wojna! Gdy przyszły rachunki, przekraczające wszelkie ustalone limity, Lincoln wpadł w furię. "Nigdy nie wystąpię do Kongresu o pokrycie kosztów dla tego przeklętego, starego domu! I to w czasie kiedy żołnierze marzną w polu, nie mając nawet koców!"- darł się. Chciał zapłacić z własnej kieszeni, ale Kongres bez szemrania wyasygnował odpowiednią kwotę. Mary odetchnęła z ulgą. I nadal robiła to samo, wydając kolejne bajońskie sumy, tym razem na siebie - na przyjęcia, toalety i stosy dodatków (w okresie czterech miesięcy kupiła na przykład 400 par rękawiczek). 


Mary jako urocze monidło
Po czwarte, pretensjonalność
Miała aspirację kreowania mody i stylu, jednak nic z tego nie wychodziło. Ale czy mogło? Jej portrety przecież nie kłamią. W młodości była ładna, pisano, że nawet piękna, ale w dojrzałym wieku po urodzie nie został ślad. Twarz jak wymięta pieczarka i zaokrąglona figura, zapakowana w kwiecistą krynolinę, w której dobrze może wyglądać piętnastoletnia Scarlett O'Hara z talią osy, ale nie jej babcia. Wyśmiewano styl Mary, wykpiwano gust i pretensje do prowadzenia konwersacji po francusku, który to język potwornie kaleczyła. Kiedy już po śmierci męża, cierpiąc jak zwykle na brak gotówki, próbowała sprzedać swe toalety z czasów, gdy była pierwszą damą, chętnych było niewielu. Nie podobała się ani dama, ani jej suknie. Nikt nie chciał być jak Mary.

Po piąte, złe humory
Szybko dorobiła się opinii gwałtownej, zazdrosnej i wulgarnej osoby, której pretensje do wielkopańskości powszechnie wyśmiewano. Wiedziała o tym, trudno się więc dziwić, że coraz częściej wpadała w złość. Lincoln już przywykł do jej napadów szału, w czasie których rzucała w niego kawałkami drewna z kominka, a któregoś razu goniła go po domu z rzeźnickim nożem. Teraz te ataki wściekłości coraz częściej zdarzały się publicznie i nie tylko wobec męża. W taki właśnie sposób Mary znieważyła młodą i urodziwą żonę generała Orda, towarzyszącą Lincolnowi na przeglądzie wojsk, na który sama się spóźniła. Obrzuciła Bogu ducha winną kobietę stekiem obelg, a potem przez cały wieczór, w obecności gości, wygłaszała tyrady z wyrzutami pod adresem męża. 

Te wybuchy powoli stawały się normą i Mary do szczętu spaprała sobie opinię. Żyła otoczona powszechną niechęcią, także ze strony przyjaciół męża. Najdobitniej pokazał to przebieg najbardziej dramatycznego dnia w ich życiu, czyli 14 kwietnia 1865 roku, kiedy w Teatrze Forda zamachowiec strzelał do Lincolna. Prezydent żył jeszcze dziesięć godzin, ale rozhisteryzowanej, spazmującej Mary w ogóle do niego nie dopuszczono. Rozkaz sekretarza wojny Stantona był jednoznaczny: "Zabierzcie stąd tę kobietę i więcej jej tu nie wpuszczajcie".
Sally Field w roli Mary w filmie Spielberga "Lincoln"
Dziś biografowie Mary przypuszczają, że cierpiała z powodu choroby afektywnej dwubiegunowej. O obłęd podejrzewał ją własny syn Robert, oddając matkę w 1875 roku do zakładu psychiatrycznego. Wyszła po czterech miesiącach, zamieszkała u siostry i tam zmarła w wieku 64 lat. Biedna Mary. Choć została żoną prezydenta, jak chciała, to nie przeszła do historii jako stylowa, ale jako wulgarna pierwsza dama. Tak nazywają ją niechętni jej biografowie, a i ci przychylni nie znajdują dużo lepszych słów. Oni piszą najwyżej o "nieszczęśliwej pani Lincoln".


11 komentarzy:

  1. Mo matko... nigdy bym nie pomyślała, że Lincoln miał TAKĄ żonę. O.o

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja nie wiedziałam, że Lincoln miał jakąkolwiek żonę, wyglądem zawsze mi przypominał mnicha. Stanowili osobliwą parę!

    OdpowiedzUsuń
  3. Andromedo nikt nie opowiada historii tak świetnie jak Ty ;p
    pozdrawiam
    wierna eczytelniczka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też jestem pod wrażeniem.

      Usuń
  4. Uwielbiam takie komentarze - dziękuję!

    OdpowiedzUsuń
  5. A w filmie przedstawiającym bajkową historię Abrahama Lincolna (tak, to ten z wampirami) przedstawiono ją tak sympatycznie, ale może to dlatego, że było tam pełno mało sympatycznych stworów :P

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie widziałam tego filmu, ale chwalić Boga, jeśli była tam pokazana sympatycznie. Zasłużyła w końcu na trochę sympatii. Sama zaczęłam jej współczuć, bo większość tekstów, jakie o niej czytałam, ogranicza się do rejestru jej wad i dziwactw. Ale, z drugiej strony, czy nie dlatego jest ciekawa?

    OdpowiedzUsuń
  7. Wpadłam na Twojego bloga, nawet już nie wiem, skąd, i wsiąkłam - miałam zająć się wertowaniem papierów, a czytam Twoje opowieści. Świetnie napisane! Myślałaś o napisaniu książki? Pozdrawiam serdecznie, Matylda

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przepraszam, że papiery musiały zaczekać!
      Szczerze mówiąc, piszę te opowieści, bo sprawia mi to przyjemność. A tym większą, gdy okazało się, że mam czytelniczki (i kilku czytelników!), którym także się to podoba. Do książki na pewno daleka droga, ale bardzo mi miło czytać takie opinie. Serdecznie dziękuję i pozdrawiam!

      Usuń
  8. Wpadłam na tę stronę zupełnie przypadkowo i "wpadłam" - wpisuję w ulubione.
    Czytałam, czytałam, czytałam - proszę o więcej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A mnie bardzo miło czytać takie opinie. Na pewno będzie więcej, pozdrawiam!

      Usuń