czwartek, 22 listopada 2012

Trzynaście twarzy Anny

Anna najpierw uwiodła Tołstoja. Lew Nikołajewicz nie cierpiał kobiet, gardził nimi, uznawał za istoty pozbawione poczucia moralności i niezdolne do żadnych wyższych uczuć. Anny Kareniny też nie lubił, przynajmniej na początku, gdy zaczął spisywać jej historię. Syn pisarza zanotował we wspomnieniach, że pracując nad powieścią ojciec ciągle wyrzekał: "Co to za sztuka napisać, że jakiś oficer zakochał się w mężatce, to nic trudnego, a przede wszystkim nic dobrego. Wstrętne to i niepożyteczne!". I dodawał, że ojciec "gdyby mógł zniszczyłby dawno tę powieść, której nigdy nie lubił i zawsze oceniał ujemnie".
A jednak Tołstoj nie tylko nie zniszczył, ale wręcz odwrotnie - poświęcił jej wyjątkowo dużo czasu. Redagował ją i przerabiał po wielekroć, a historycy literatury, śledzący dziś jego pracę, odkryli, na czym polegały te zmiany. To dzięki nim Anna ze zwykłej kurtyzany przeistoczyła się w tragiczną heroinę, jaką wszyscy znamy. Tak, jakby ona sama w trakcie tej pracy szeptała do ucha staremu mizoginowi, jak to było z jej miłością, dlaczego musiała opuścić męża i synka, i czemu koniec końców nie miała innego wyjścia niż rzucić się pod pociąg.
Tołstoj jej uwierzył, a my za nim. Uwiodła nas, tak samo jak jego. "Anna Karenina" była kultową powieścią naszych babć i prababek (choć nigdy by jej tak nie nazwały!), a dziś, gdy prawie nikt już nie czyta powieści, uwodzi  na ekranie. Ta, którą zobaczymy w kinach 23 listopada, jest już trzynastą wielką (bo był co najmniej drugi tuzin pomniejszych) ekranizacją powieści Tołstoja. I wszystko wskazuje na to, że równie niedoskonałą, jak poprzednie.
Z Anną w kinie zawsze były kłopoty. Oglądając jej historię, widzowie przywykli kręcić nosami i wnosić nieustanne zastrzeżenia. A to Anna była nieładna, a to Wroński do niczego, a to reżyser zrobił burleskę zamiast dramatu. Trudno się temu dziwić, bo jeśli jakaś historia jest znana i przeżywana od pokoleń, to każdy nosi w sobie jej najdrobniejszy szczegół. I wie najlepiej, jak powinno się ją opowiedzieć. Popatrzmy jednak, jak to robili inni, próbując odgadnąć nasze myśli.
Końcowe sceny rosyjskiej "Anny Kareniny" z 1914 r,, z Marią Germanową
Anna 1914. W niemym, rosyjskim filmie zagrała ją trzydziestoletnia wtedy Maria Germanowa  Choć kino dopiero startowało, wcale nie była to pierwsza ekranizacja powieści Tołstoja - tę pierwszą zrobili Niemcy jeszcze w roku 1910, niestety, film się nie zachował. Adaptację z 1914 do dziś (!) uważa się za jedną z najbardziej udanych. Być może tak jest rzeczywiście. Przejmujący kadr Anny klęczącej na torach z końcowych scen filmu pokazuje, że nikt tam nie chował jej dramatu za wspaniałą scenografią, drogimi strojami, formalnymi pomysłami realizatorów. Historia broniła się sama i nie trzeba było słów, by to pokazać.

Anna 1915. Amerykanie nie chcieli być gorsi od Rosjan i rok później opowiedzieli własną historię. To była ich pierwsza adaptacja powieści. W głównej roli wystąpiła Betty Nansen, duńska aktorka teatralna, która przyjechała do Stanów spróbować sił w świecie kina. Film uznano za nieudany, czego nie możemy sprawdzić, bo jego kopie zaginęły. Betty nie zrobiła kariery w fabryce snów, ale nie zniknęła z historii - wróciła do Danii, gdzie prowadziła własny teatr.

Anna 1927 i Greta Garbo w roli Kareniny. Zagrała ja dwa razy. Tutaj, w niemym jeszcze amerykańskim filmie, którego miłośnicy książki szczerze nienawidzą. Film bowiem nosi tytuł "Love" i ma... dwa alternatywne zakończenia! Wersja pokazywana w Europie kończy się tak, jak w powieści - Anna ginie na torach. Za to ta, którą oglądali Amerykanie, ma w finale happy end. Anna wraca do Karenina, żeby być z synem, ale opuszczony Wroński niezłomnie trwa w swej miłości. I słusznie, bo trzy lata później Karenin szczęśliwie umiera i zakochani wreszcie mogą być razem. Keep smiling!
Greta Garbo i Fredric March w ekranizacji z 1935 roku
Anna 1935. Znowu Garbo, tym razem przemówiła. Kino weszło w epokę dźwięku, czym prędzej więc nakręcono wystawny remake filmu sprzed ośmiu lat. Zmienił się tylko partner gwiazdy - w roli Wrońskiego Johna Gilberta zastąpił Fredric March. Bogu dzięki, zrezygnowano z happy endu. Film ściągał tłumy do kin i zdaniem ekspertów jest jedną z lepszych ekranizacji "Anny Kareniny" w historii. Ja na niej ziewam.

Anna 1948. Zagrała ją Vivien Leigh - to jej talent i uroda sprawiają, że film wciąż ma wiernych wyznawców i fanów. Bo wcale nie był wybitny. Poza charyzmatyczną Vivien, która wymarzyła sobie tę rolę i chciała ją zagrać od dawna, nikt tam nie przykuwa większej uwagi. Na pewno nie jej  młody partner Kieron Moore, o którym nikt z Was nie słyszał. Nie bez powodu, bo większej kariery nie zrobił.
Tak, tak, to Anna i Wroński w radzieckiej ekranizacji z 1953 roku. Przeszli swoje, prawda?
Anna 1953 to prawdziwa perełka i zarazem koszmar wszechczasów! Wyprodukowano ją w Związku Radzieckim, zapisując na taśmie filmowej przedstawienie słynnego moskiewskiego teatru MChAT. Spektakl reklamowano jako przełomowy, niosący nową interpretację powieści, tyle że z dzisiejszego punktu widzenia wszystkie te wartości diabli wzięli, zwłaszcza, gdy się spojrzy na Annę. Zagrała ją niewątpliwie zasłużona artystka Ałła Tarasowa, która w chwili kręcenia tego dzieła miała lat 55. To informacja dla tych, którzy wyśmiewają Meg Ryan, że do tej pory występuje w komediach romantycznych. Wolelibyście, żeby zagrała Kareninę?

Anna 1967. To chyba moja ulubiona Karenina, nakręcona przez Rosjan, z ich wielką gwiazdą Tatianą Samojłową ("Lecą żurawie"). Obejrzałam ją całkiem niedawno, rozumiejąc piąte przez dziesiąte, bo w oryginalnej wersji. Ale siedziałam przykuta do ekranu. Wielkie rosyjskie powieści chyba tylko po rosyjsku brzmią dobrze, hollywoodzkie gwiazdy nie dodają im żadnej prawdy. Co z tego, że Tatiana miała mały wąsik i dawno przekroczyła trzydziestkę, skoro wierzyłam w każde jej słowo? Nawet jeśli tylko co drugie rozumiałam! Spróbujcie, może z Wami będzie tak samo, tutaj film w całości.

Anna 1974, czyli urzekający rosyjski balet, oparty na motywach powieści Tołstoja. Muzykę napisał Rodion Szczedrin, a partię Anny tańczy jego żona, legendarna primabalerina Maja Plisiecka. Wystawiany od 1972 roku w Teatrze Bolszoj został sfilmowany i również możecie go tutaj zobaczyć.
Anna 1985 to Jacqueline Bisset w adaptacji przygotowanej dla amerykańskiej telewizji. Towarzyszył jej Christopher Reeve w roli Wrońskiego. Film pamiętany ze względu na gwiazdy i z tego powodu często wyświetlany w telewizjach. Wciąż dobrze się ogląda, ale wielkich emocji nie wywołuje. 

Sophie Marceau i Sean Bean ruszają do swego walca (1997)
Anna 1997 ma twarz Sophie Marceau. Wszyscy ją znają, niektórzy kochają. Film nakręcono z rozmachem, jest pierwszą amerykańską wersją reżyserowaną w Rosji. I chyba to zgubiło tę ekranizację - reżysera bardziej obchodzi malownicza, carska Rosja, niż kobieta, o której opowiada. Owszem, pięknie ją ubrał i oprószył rosyjskim śniegiem, ale specjalnie nie starał się o więcej. Mamy śliczną Annę, ale przede wszystkim - pozdrowienia z Rosji!



Anna 2000 z brytyjskiego serialu. Stosunkowo świeżego, do obejrzenia, więc odnotowuję. Gra ją Helen McCrory (może ją pamiętacie z "Królowej", gdzie zagrała żonę premiera Blaira). W tle snują się polscy aktorzy, jeśli się dobrze przyjrzycie, wśród bywalców salonu zobaczycie Beatę Tyszkiewicz. Solidna, brytyjska robota, która świetnie sprawdza się w ekranizacjach prozy Jane Austen czy Thomasa Hardy'ego i jest zupełnie nie na miejscu w przypadku Tołstoja. Zero wschodniej magii....


Anna 2005, czyli ostatnia rosyjska adaptacja z Tatianą Drubich, aktorką nieznaną poza Rosją. Film nakręcono z pietyzmem, dbając o odtworzenie realiów epoki - nawet łyżwy do scen na lodowisku projektowano według sztychów z epoki. Ale wygląda na to, że i tu sens utonął w szczegółach. O najnowszej, rosyjskiej Annie słyszało niewielu poza jej krajem. 



Anna 2012, ta, na którą czekamy. Ma śliczną buzię Keiry Knightley i jest trzynasta z kolei. Pechowa? Mam nadzieję, że nie. Niektórzy już ją widzieli, inni zobaczą lada dzień, ale oczywiście batalie trwają w najlepsze. Połowa widzów jest zachwycona najnowszym wcieleniem Anny, druga połowa wyszydza marne rzekomo aktorstwo Keiry, na które składają się cztery miny, z czego dwie z wysuniętą szczęką. Ale tego akurat unikniemy! Ponoć w kontrakcie aktorki znalazł się zapis kategorycznie zakazujący wysuwania szczęki. Może więc uda się zobaczyć na ekranie Annę, a nie tylko zwykłą gwiazdę?

A jeśli nie, to zawsze można zdać się na własną wyobraźnię. Wrócić z kina i otworzyć książkę. Przecież na początku tego wszystkiego była powieść pana Tołstoja, do której dziś już prawie nikt nie zagląda.


18 komentarzy:

  1. Anna, ech... Anna. She's every woman.
    Jak nie zagląda, jak nie zagląda!!! A ja... A Ty?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ty, ja, może jeszcze parę dziewczyn, które zaglądają (nomen omen) na tego bloga. Choć mam też znajomego, który czyta Annę, i to z zadziwiającą regularnością...

      Usuń
  2. Porada Ciotki Róży

    Ja czytam z przyjemnością! A gdy widzę te stare fotografie, łezka mi się w oku kręci. Już kiedy byłam młoda (a było to tuz po wojnie) kochałam ten styl. Mała rada dla wszystkich, którzy przechowują wiekowe zdjęcia: nie wyrzucajcie ich za nic w świecie! A jeśli nie przemawia do Was wartość sentymentalna, to może przemówi fakt, że wkrótce ceny takich albumów będą wyglądały podobnie jak ceny zlota.

    OdpowiedzUsuń
  3. Mnie też dopiszcie do czytających "Annę"! U mnie to niemal tradycja rodzinna, mamy mi ją opowiadała zamiast bajki (i parę innych dziewiętnastowiecznych powieści), kiedy jeszcze byłam małym brzedącem. Zmieniała tylko zakończenie, całkiem jak Amerykanie w swoim filmie z Garbo!

    OdpowiedzUsuń
  4. Witajcie w klubie! Wspaniale, że tu wpadacie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Byłyście juz na Annie? Też macie wrażenie, ze realizacyjny pomysł kompletnie nietrafiony? Kompletnie do mnie nie przemawia zabieg z umieszczeniem tej historii w teatrze. A Wam sie podoba?

    OdpowiedzUsuń
  6. Po przeczytanych dawno temu książkach pozostaje smuga bliżej nieokreślonego cienia. Po Kareninie też i chociaż zaglądam czasami na strony mówiące o powieści bądź filmie, to jednak chciałabym przeczytać ją jeszcze raz i zweryfikować różnicę odbioru. To, co zapamiętałam z lektury sprzed lat, to ogromny żal, dlaczego kobieta jest taka słaba, za słaba , by ponieść konsekwencje zbyt odważnego kroku, dlaczego nie potrafi zrozumieć, że uczucia mężczyzn nie są podłożem, na którym buduje się stabilny swój świat.Po co "gonić za marą, której szczęściu niedostaje"? Gdyby została w tym miejscu, w którym nie była szczęśliwa, w domu, z mężem, z dziećmi, podjęła trud bycia żoną i matką, stałaby się bohaterką, która dodaje sił w chwilach wyczerpania, wzorem, Kariatydą, cierpiącą, ale wiedzącą , co robić, a tak ... ? Szkoda jej :(

    OdpowiedzUsuń
  7. Coz, milosc nie jedno ma imie...
    Serdecznosci
    Judith

    OdpowiedzUsuń
  8. Elżbieta.
    Gdy miałam 12 czy 13 lat oglądałam serial brytyjski Anna Karenina z Nicolą Pagett. Minęło ponad 30 lat, a ja ciągle pamiętam twarz tej aktorki niektóre sceny, poznanie na dworcu, monolog w powozie przed samobójstwem i jej śmierć.
    Widziałam film z Gretą Garbo, Vivien Leigh, Tatianą Samojłową i Sophie Marceau, ale żaden nie zrobił na mnie takiego wrażenia jak ten pierwszy.
    Wrońskiego grał Stuart Wilson który bardzo podobał mi się w Romansie w Orient Expressie.

    OdpowiedzUsuń
  9. Jest jeszcze piekna adaptacja wlosko-niemeicka z 2013 roku...

    OdpowiedzUsuń
  10. Bardzo ciekawy blog, bardzo przystępnie, ciekawie napisany. Jestem po wrażeniem. Adaptacja z 2012 dla mnie nietrafiona.

    OdpowiedzUsuń
  11. Ja też należę do czytających Anne Karenine ;) I jak dla Mnie adaptacja 2012 jest bardzo podobna do Anny z mojej wyobraźni. Zgadzam się zupełnie że umieszczenie tak fascynującej historii na deskach teatru - TO ZDECYDOWANE NIE, aczkolwiek co do Anny nie mam żadnych zastrzeżeń! Wręcz jak dla Mnie odpowiednia kobieta w odpowiedniej roli. Delikatność, zmysłowość, prawdziwość, ewidentna szczerość w klasyfikowaniu wartości i zdecydowana kobiecość pod każdym względem zagrane przez Keire - trafiają do Mnie jak diabli ;)
    A poza tym super że istnieje taki blog ! :D

    OdpowiedzUsuń
  12. uwielbiam Annę Kareninę, uwielbiam Tołstoja i uwielbiam tego bloga

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja uwielbiam takie komentarze :)

      Usuń
  13. Ja czytam! Powieści i w ogóle, a wśród nich i Annę Kareninę! Wolę od filmów, chociaż lubię Annę o twarzy Sophie Marceau.

    OdpowiedzUsuń
  14. Moje trzy grosze...
    Film z K. Khnightley nie jest 13-tym z kolei. Jezeli jakies inne mi nie umknely, powinien miec nr 15. Anglicy zrobili wczesniej jeszcze dwa filmy: jeden byl sfilmowanym przedstawieniem teatralnym, wieloloodcinkowym I bardzo szczegolowym; drugi byl filmem, w ktorym grali Sean Connery I aktorka o nazwisku Bloom, imienia teraz nie pamietam. Nie pamietam tez, kiedy zostaly zrealizowane, przypuszczam, iz mogly to byc lata 60-70-te ub. wieku.

    De gustibus non est disputandum, czyli o gustach sie nie dyskutuje. Pragne jedynie zwrocic uwage Panstwa na film z roku 2000 r. z Helen McCrory. Jest to jedyny film, ktory pokazuje A. Karenine jako pelnokrwistwa kobiete, troche jakby kraglejsza od innych aktorek grajacych te postac, w niektorych ujeciach przecietna z urody, w niektorych piekna, ale zawsze b. seksy. Kobiecosc wychodzi jakby wszystkimi porami jej skory, a jak ona umie sie poruszac..! ("Uprawialam" kiedys balet I do dzisiaj zwracam uwage na to, jak ludzie sie poruszja.)
    Przy tym wszystkim, jak ona gra te postac! Juz od pierwszych chwil widac, ze cos tam ja gryzie: choc chodzi, mowi, slucha, ale tak jakby nie do konca, jakby - co dosc charakterystyczne dla kobiet - myslala cala czas czyms innym. Potem - jak ona tanczy z Wronskim, wlasciwie na granicy zapomnienia sie, jak wielkie uczucie/namietnosc pcha ja do niego I jak sie boi. Zeby juz sie bardziej inie rozdrabniac, zobaczcie scene w pokoju tuz przed wyjsciem na stacje. Ta kobieta jest na granicy utraty zmyslow, szarpie sie, nie umie ani czekac, ani sie uspokoic, ani myslec rozsadnie. Ja "nosi". Dopiero dzieki H. McCrory, ktora te wlasnie scene zagrala fenomenalnie, pomyslalam, ze jednak cos z A. Karenina musialo byc nie tak, jakis brak stabilizacji emocjonalnej czy nerwowej, co dodane do braku synka I ostrazyzmu towarzystkiego, a takze inne,zachowanie Wronskiego, doprowadzilo ja do samobojstwa.
    Moze dodam jeszcze cos dla informacji. Tolstoj w swej powiesci przeciwstawil sobie dwie pary: jedna zbrukana I niemoralna (Karenina I Wronski), a druga czysta I niemal nieskalana (Kitty I... on sam, bo sie ukryl pod postacia najpierw nieszczesliwiezakochanego, a potem szczesliwego jej
    malzonka).
    Tymczasem prawda byla inna! Z calej czworki tylko Kitty - w ksiazce I w zyciu - byla mlodziutka, czysta I niewinna 17-latka, a on wrecz potworem seksualnym w stosunku do swojej zony Zofii! Miala z nim 16-ro dzieci I co najmniej 2-3 poronienia. Byla tak tymi porodami I seksem wykonczona, ze wprost umierala, a lekarze zabronili mu zblizac sie do niej. Ale on robil tak straszne awantury,ze w koncu sie zgadzala. On bolal nad swoim zachowaniem, ale nie umial sie opanowac. I tak bylo niemal do konca jego/ich zycia.
    Mysle, ze wlasnie dlatego, iz sam uwazal sie za potwora, ktory nie potrafi sie zmienic, jego powiesci czy opowiesci sa tak poruszajace = nawet dzisiaj.
    I to by bylo na tyle.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ograniczyłam sie do wyboru trzynastki najważniejszych - moim zdaniem - ekranizacji, pisząc zresztą na początku, że było ich znacznie więcej. Ale bardzo dziękuję za tę masę ciekawych uwag. A co do życia Lwa Nikołajewicza - pełna zgoda. Zwłaszcza po przeczytaniu "Intelektualistów" Johnsona, w których autor dał odstręczający portret Tołstoja (w tym jego stosunków z żoną),trudno nie myśleć, jakim potworem był ten "starszy brat Pana Boga", Ale zapewne,masz rację, że to wypadkowa wielkiego talentu i wszystkich tych odstręczających cech przesądza o prawdzie i wielkości jego powieści.

      Usuń
    2. Najciekawszą ekranizacją Anny Kareniny jest rosyjski film z Tatianą Samojłową. Pełnokrwisty aktorsko i realizacyjnie.

      Usuń