piątek, 1 sierpnia 2014

Dyskobolka

70. rocznica Powstania Warszawskiego. Czas opowieści o dziewczynach idących na czołgi z butelkami benzyny, o bohaterskich łączniczkach i sanitariuszkach, o powstańczych miłościach, ślubach i śmierciach. A ja Wam opowiem o żołnierzu. O kobiecie, która nie pasuje do powstańczych piosenek, choć w powstaniu brała udział. Która nie była nastoletnią romantyczką. Która walczyła, choć widziała też bezsens tej walki i zdawała sobie sprawę, jaką krwawą jatką się zakończy. I która zrobiła co się da, by ocalić swoje dziewczyny przed bezsensowną śmiercią. 

Przewodziła batalionowi Dysk - był to jedyny powstańczy oddział złożony z samych kobiet. Nie słyszałyście? Ja do niedawna też nie, w szkole nie uczyli. Bataliony Zośka, Parasol, zgrupowania Radosław, Żywiciel, Chrobry - te nazwy znamy jak pacierz, wymieniamy na jednym oddechu. O Dysku mają pojęcie tylko ci, którzy trochę głębiej siedzą w temacie, czyli mniejszość. Powołano go w Armii Krajowej już w 1942 r. jako oddział dywersji i sabotażu kobiet (stąd nazwa). A to dlatego, że było strasznie dużo dziewczyn, które nie miały ochoty być wiecznie spychane do formacji pomocniczych, ale robić to, co chłopaki - strzelać, wysadzać mosty, zdobywać broń. Chciały mieć własny oddział, a w dodatku mogły liczyć - nie zgadniecie - na całkiem profesjonalną kobiecą kadrę.

Szefową Dysku została Wanda Gertz (ps. Lena), żadna tam młódka, jak większość jej oddziału, tylko kobieta grubo po czterdziestce i z życiorysem prawdziwego żołnierza. Historyczka Anna Nowakowska, która kilka lat temu napisała o niej książkę, twierdzi, że Wanda po prostu urodziła się żołnierzem. Ale co się dziwić. Przyszła na świat w domu powstańca styczniowego, wyrosła w kręgu tych wszystkich zaraźliwych opowieści o zrywach, wojnach i powstaniach, gdzie o wartości człowieka przesądza szabla w dłoni i gotowość do bitwy o swój kraj. Nie trzeba mieć dużo lat, żeby dać się uwieść. Mała Wandzia bawiła się żołnierzykami, których miała w pudełkach sto razy więcej niż lalek i marzyła, by w przyszłości jak oni siedzieć na koniu i nosić taką samą piękną, kolorową czapeczkę.

Wanda w rogatywce - wymarzonej
od dzieciństwa pięknej czapeczce 
Wcale się na tych dziecięcych marzeniach nie skończyło. Jej czas dojrzewania przypadł na lata przed pierwszą wojną światową, której wybuch dał Polakom nadzieję na niepodległość. A Wanda chciała, więcej, ona MUSIAŁA być wśród tych, co się o nią biją! Przełożona ze szkolnej drużyny harcerskiej skontaktowała ją z podoficerami rekrutującymi do I Brygady Legionów Polskich. Mieli oni co prawda kategoryczny zakaz zabierania na front kobiet, ale czy dla jakiejkolwiek dziewczyny, pragnącej czegoś nad życie, taki zakaz mógł być przeszkodą? Dziewiętnastoletnia Wanda stanęła na komisji poborowej. Z obciętymi włosami, w męskich ciuchach i z fałszywymi papierami. Jako Kazimierz Żuchowicz. Dodajmy od razu - komisja nie dała się zwieść. Sporo miała takich przypadków. Młodziutki rekrut z rumieńcem na gładkiej buzi, kategorycznie odmawiający oględzin przed komisją lekarską, od razu naprowadzał na właściwy trop. „Obecny przy tej rozmowie pisarz, wyraził przypuszczenie, iż jestem przebraną niewiastą - wspominała Wanda po latach. - Trudno mi było zaprzeczyć. Trzeba było tylko prosić, aby nie odesłano mnie do domu”.

Nie odesłano. I miedzy innymi z tych powodów lubię to młode wojsko Piłsudskiego - dobrze wiedzieli, że zgłaszają się do nich dziewczyny, szurnięte patriotki, a mimo to nie wyrzucali ich za drzwi. Jasne, mieli zakaz zabierania kobiet na front, ale… eee… takiego Żuchowicza i paru innych -iczów chyba to nie dotyczy? Bardzo często wszystko kończyło się tak, jak w przypadku Wandy: wiemy, co i jak, ale postaramy się znaleźć „morowego oficera”, który zabierze cię na front.

No i znaleźli. No i ją zabrał. No i poszła bić się o Polskę, no i ją wywalczyła. Wcale nie tkwiąc, jak zazwyczaj kobiety, w szpitalach czy obozowych kuchniach. Biła się w 2 baterii haubic, siedziała w ziemiankach, przeżywała takie samo frontowe piekło, jak mężczyźni. Głupio to brzmi, ale było tak, jak w marzeniach.

Już w wolnej Polsce ppor. Wanda Gertz została komendantką II Ochotniczej Legii Kobiet w Wilnie. Była to kolejna formacja pomocnicza (aprowizacja, sanitarka, te rzeczy), ale podczas wojny z bolszewikami, w czasie walk o Wilno, dziewczyny poszły z karabinami na front. O tych 250 kobietach broniących miasta opowiedział wtedy całemu światu reporter „The Times”. „Dowódca - pisał - kobieta oficer, nazwiskiem Goersz, lat 25, miała romantyczną karierę. W 1914-1915 spędziła 8 miesięcy walcząc u Piłsudskiego na froncie galicyjskim w regimencie artylerii przebrana za chłopca. Przystojna i bystra w zachowaniu”. Teraz już nie musiała przebierać się za chłopca, nosiła mundur kobiecego batalionu - kurtkę khaki, niebieską spódnicę i wysokie buty. Za udział w tej wojnie dostała Krzyż Virtuti Militari. I awans na porucznika. We wniosku o odznaczenie napisano: „Porucznik Gertzowa sama jedna konno patrolowała dniem i nocą okolicę, wielokrotnie ostrzeliwana przez ukrytego w lasach nieprzyjaciela” i to dzięki „jej energii dowództwo odcinka było zawsze dokładnie poinformowane o sytuacji ".

Po wojnie Legię rozwiązano, kobiety z wojska wyrzucono, ale Wanda i jej frontowe koleżanki nie zamierzały się poddawać. Może jeszcze nie było w armii miejsca dla dziewczyn, ale kto powiedział, że tak będzie zawsze? W miejsce zlikwidowanej OLK-i powołały Przysposobienie Wojskowe Kobiet, paramilitarną organizację, która miała kształcić im kadry. To był wielki ruch - miał w swoich szeregach ponad 47 tysięcy członkiń. Czy mogły się spodziewać, jak szybko ich umiejętności po raz kolejny zweryfikuje historia?

Wraz z wybuchem II wojny światowej karny żołnierz Wanda Gertz staje do obrony Warszawy, a potem stawia się jako „Lena” w ZWZ-AK. I tam właśnie od 1942 r. zaczyna dowodzić kobiecym oddziałem dywersji i sabotażu. Dziewczyny z Dysku kończą kurs podchorążówki i do roboty. Zaczynają od gazowania kin, rzucają zapalniki na wagony transportu wojskowego, wysadzają tory i mosty. Robią to, co koledzy. Rozpracowywanie i wyroki na gestapowców to też ich zadania. Mają swój udział także w tej najsłynniejszej akcji - likwidacji kata stolicy, szefa warszawskiego dystryktu SS Franza Kutschery.

W Powstaniu Warszawskim Dysk walczy w zgrupowaniu Radosław. Wanda sceptycznie patrzy na ten młodzieńczy zryw - za dużo już widziała na kolejnych frontach, by nie przewidzieć, jak krwawy będzie finał. Bo jest jak w powstańczej piosence - „walczyć nie ma czym”. W godzinie „W” czterdzieści dwie podkomendne Wandy Gertz mają 14 pistoletów i jeden ręczny karabin maszynowy. No prawda, są jeszcze butelki z benzyną. Ale z tym na czołgi?  Wanda wie, że jej główne zadanie to uchronić dziewczyny przed łatwą śmiercią. Wydaje im tysiące zakazów i obostrzeń, niektóre tego nie wytrzymują, uciekają do męskich oddziałów, gdzie nikt nie będzie tak się o nie trząsł.

Dysk w czasie powstania przechodzi szlak bojowy od Woli po Stare Miasto i Czerniaków. Ginie jedenaście dziewczyn, dziewięć zostaje rannych. Zważywszy na gigantyczne procentowo straty powstańczych oddziałów, chyba się Wandzie udało wykonać zadanie. 




Po upadku powstania kobiety po raz pierwszy w historii zostają uznane za jeńców wojennych. Wanda Gertz - od 23 września 1944 major Wojska Polskiego - dostaje nowe zadanie. Ma zająć się organizacją stalagów, oflagów i obroną praw przetrzymywanych tam kobiet. Przechodzi kolejno przez obozy w Ożarowie, Lamsdorf, Muhlberg, Molsdorf, Blankheim. I znów wywiązuje się z zadania - współwięźniarki mają w niej najlepszą opiekunkę, skoro zapamiętują głównie z niezliczonych skarg i zażaleń, jakimi bez przerwy nękała niemiecką komendanturę. 

Mjr Wanda Gertz
Po wojnie zostaje w Londynie. Twierdzi, że "w kraju nie odbywa się odbudowa, a przebudowa na rosyjską przybudówkę". Ale marzy o Polsce, jak może nie marzyć, jest przecież jej żołnierzem. Przychodzą najgorsze lata. Tęskniąc za Warszawą, umiera w nędzy na raka wśród kłócącej się wciąż emigracji. Pomimo ciężkiej choroby nie chce zapomogi - pracuje fizycznie w kolejowej kuchni. Niedługo przed śmiercią mówi żartem do przyjaciół-emigrantów: „Będę jeszcze przed wami w Polsce”. Ma rację. Umiera w 1958 roku, a dwa lata później staraniem towarzyszy broni jej prochy zostają sprowadzone do Warszawy i złożone na Powązkach, w kwaterze Parasola.

*

Nadałam temu postowi tytuł „Dyskobolka”. Myślałam nie tylko o powstańczym oddziale kobiet, ale także o sławnej rzeźbie Myrona. Wanda była trochę jak ten atleta z greckiego posągu, którego siłę i moc najlepiej obrazuje totalny spokój i koncentracja tuż przed rzutem. Prawdziwa moc - w czymkolwiek: sporcie, pracy, walce - nie potrzebuje widowiskowych gestów.

A my - słabeusze - dziś, jak co roku, zatrzymamy się na ulicach o 17.00 w hołdzie dla bohaterów płonącego miasta. Pamiętajmy wtedy o nich wszystkich - i o dziewczynach biegnących z butelkami pod czołgi, i o żołnierkach, których życie wymyka się łatwym romantycznym legendom.



Źródła: Anna Nowakowska, Wanda Gertz. Opowieść o kobiecie żołnierzu, Kraków 2009
Fotografie ze zbiorów Muzeum Postania Warszawskiego

środa, 25 czerwca 2014

Proszę łaskawie nie kopać, Mrs. Honeyball

Jest pogodny majowy dzień 1881 roku. Tłum na boisku w Edynburgu coraz bardziej gęstnieje, ludzie wdrapują się na drzewa, oblepiają słupki ogrodzeń. Każdy chce mieć jak najlepszy widok, bo zapowiada się historyczne wydarzenie: pierwszy oficjalny mecz piłki nożnej rozgrywany przez… kobiety! Już za chwilę wybiegną na murawę Szkotki i Angielki, i to w samych majtkach! O, właśnie się pojawiły. Szkotki prowadzi do boju 23-letnia Helen Matthews, występująca pod pseudonimem Mrs. Graham - bramkarka i spiritus movens całego przedsięwzięcia. To ona jest organizatorką drużyny rwących się do futbolu dziewczyn. I to jej zespół wygrywa! W pierwszej połowie Szkotki strzelają jedną bramkę, w drugiej jeszcze dwie. 

Rywalki oczywiście natychmiast żądają rewanżu. Odbywa się on dwa tygodnie później, tym razem w Glasgow. Angielkom przewodzi Mary Hutson, grająca pod pseudonimem Nettie Honeyball. Sufrażystka, emancypantka i amatorka piłki kopanej w jednym, co stanowi zestaw idealny, bo każda z tych pasji wyłącza ją z grona tzw. przyzwoitych kobiet. Zainteresowanie meczem w Glasgow jest jeszcze większe, schodzi się pięć tysięcy luda, to się nigdy nie zdarza na spotkaniach mężczyzn! Niestety, finał też jest niecodzienny. 

Wygląda to tak, jakby wiktoriańska publika tylko czekała na pretekst, który pomoże jej poradzić sobie z całym tym niezwykłym widowiskiem, Mniejsza, kto wygrywa, kto przegrywa, kto strzela, kto fauluje. Nieważne, my czy oni. Przecież po jednej i po drugiej stronie są te dziwaczne baby w cudacznych strojach i rolach - bez gorsetów, w majtkach zamiast spódnic, ganiające z wywieszonym ozorem za piłką. Trudno to strawić i przyswoić, a w takiej sytuacji wystarczy iskra, by doszło do wybuchu.

No i dochodzi. Gdy pod koniec pierwszej połowy Szkotki nieprzepisowo przejmują piłkę, z miejsc zrywają się rozjuszeni angielscy kibice i wszystko kończy się jak Pan Bóg przykazał - wielką bijatyką. Dziewczyny pierzchają z boiska, a ich miejsce zajmują panowie okładający się pięściami oraz policjanci okładający ich pałkami. Każdy walczy z każdym, nie bardzo wiedząc, o co i po co, byle tylko się wyładować.

Po tym spotkaniu mecze pań w Szkocji zostają oficjalnie zakazane. Jako nieprzystojne, nieobyczajne i wzniecające rozruchy. Jeśli Hellen Matthew miałaby ochotę organizować jeszcze jakieś kobiece rozgrywki, to niech zmiata ze Szkocji. Tu dla niej miejsca nie ma. 
Pionierki: Nettie Honeyball i Helen Graham Matthews

Te historie z początków kobiecego futbolu przywołuje Tim Tate w wydanej w ubiegłym roku książce „Girls with Balls: The Secret History of Women's Football”. Jak cała nowoczesna piłka nożna, tak i jej kobieca wersja narodziła się w XIX wieku na Wyspach Brytyjskich. Helen i Nettie to dwie najbardziej wyraziste postaci tamtych czasów, choć za wiele o nich nie wiemy. Dezaprobata wobec kobiet, które brały się za męskie zajęcia czy rozrywki, była wówczas tak powszechna, że większość z nich starała się maksymalnie chronić swoją prywatność. Niechętnie opowiadały o sobie, a na boisku kryły się pod pseudonimami, czasem męskimi, stąd o niektórych opowiadano fantastyczne historie. Na przykład świetnie grająca dziewczyna, występująca z ksywką „Tommy”, była w powszechnym mniemaniu chłopakiem, którego Angielki skaptowały do swojej drużyny.

Stosunkowo sporo wiemy o Nettie Honeyball, bo też jej najwięcej udało się osiągnąć. Pewnie dlatego, że miała ustosunkowaną protektorkę. Była nią lady Florence Dixie, arystokratka o dość burzliwym życiu, dziennikarka, jedna z ikon brytyjskiej emancypacji. Ona to wspólnie z Nettie założyła w 1894 roku British Ladies Football Club, pierwszą oficjalną angielską drużynę kopiących pań. Nie tylko o sport im szło. Nettie wyrąbała to wprost w wywiadzie dla pisma The Sketch: "Założyłam ten związek z postanowieniem pokazania światu, że kobiety nie są ozdobnymi i bezużytecznymi istotami, na jakie kreują je mężczyźni". A na koniec dodała, że po boisku prędko przyjdzie kolej na prawa wyborcze i parlament. Fantastka, prawda? Bo okazało się, że tak łatwo to nie będzie. 
British Ladies Football Club. Nettie stoi druga od lewej, 1895
Tym niemniej klub powstał, lady Florence została prezeską, Nettie kapitanem, i wspólnie zaczęły organizować na Wyspach rozgrywki piłkarskie, do których garnęło się naprawdę dużo dziewczyn. Kobiece drużyny powstawały w każdym większym mieście, na południu kraju zakładała swoją wypędzona ze Szkocji Mrs. Graham, i wszystko wskazywało na to, że w tym sporcie, uznawanym za bastion męskości. odnajdą się także dziewczyny. 
Dziewczyny na treningu, 1895
Po roku przygotowań, w marcu 1895, przyszedł czas na pierwszy występ British Ladies. Drużyna miała zmierzyć się z rywalkami z południowej Anglii. Na stadion znów zeszły się tłumy, aż 10 tys. widzów! Wszyscy wydawali dobrze się bawić, patrząc jak dziewczyny Nettie dają łupnia rywalkom - wygrały 7:1. Ale prasowe opinie po meczu były miażdżące. The Sketch relacjonował z wyższością: "Już pierwsze kilka minut wystarczało, aby pokazać, że kobiecy futbol - jeśli British Ladies wziąć za kryterium - nie wchodzi w ogóle w rachubę. Piłka nożna wymaga szybkości, szybkiej oceny sytuacji, umiejętności i śmiałości. Żadna z tych wartości nie została pokazana w sobotę". 

No, jasne, że nie została pokazana. Przecież grały baby! A im z natury brak bystrości, szybkości, śmiałości. Czy nie to właśnie kryło się pod płaszczykiem sportowej oceny? A była to i tak jedna z bardziej rzeczowych prasowych opinii, bo większość… Ech, większość zabiła tę kobiecą piłkę śmiechem.

Kobiecy futbol na rysunku z 1895 r.
Trochę trudno się temu dziwić, patrząc na nieforemne, kanciaste, okutane w tweedy zawodniczki - na te bufiaste pumpy, spódniczki, obcasiki, kapelusiki. Sto pociech! I właśnie na tych groteskowych strojach się skupiono. Szpalty gazet wypełniały rysunki i karykatury oraz całkiem poważne rozważania, czy nie należałoby zakazać kobietom uprawiania sportów, które wymagają zrzucania halek. No cóż, wkrótce tak się stało.

Co prawda niezrażona „złą prasą” Nettie zdążyła jeszcze wyruszyć ze swoją drużyną w tour po Anglii, który - jeśliby mierzyć go wielkością widowni - okazał się sukcesem. Na mecze pań ściągały tłumy, i to takie, że na większości spotkań policja musiała pilnować porządku. Dziewczyny grały coraz lepiej, ale nie oszukujmy się - nikt tu nie przychodził dla sportu. Jedna z gazet napisała: „Ciekawie jest popatrzeć na kobiety, które robią niekobiece rzeczy. Stąd te kilkutysięczne tłumy widzów, z których niewielu chciałoby widzieć na boisku własne siostry lub córki". No więc szybko im tego oszczędzono. Kobiecy futbol uznano za w najwyższym stopniu nieobyczajny i w 1902 roku Brytyjkom kopać zakazano.

Zadziwiające, jak długo utrzymał się ten zakaz na Wyspach, w ojczyźnie futbolu. Był jeden wyjątek - czasy pierwszej wojny światowej. Ale wtedy wszystko stanęło na głowie, więc i futbolowa drużyna złożona z pracownic fabryki broni w Preston była do przyjęcia. Większość młodych mężczyzn siedziała przecież w okopach. Zespół Dick Kerr Ladies FC powstał spontanicznie, kiedy dziewczyny pokonały w meczu… swoich kolegów z fabryki. Szybko zmieniły się w jedną z najlepszych angielskich drużyn tego czasu, dobrą na tyle, że uznano ją za nieoficjalną kobiecą reprezentację Anglii. To one zmierzyły się z Francuzkami w pierwszym w historii  międzynarodowym meczu kobiecej piłki nożnej. Na ich występy też ściągały tłumy (w Liverpoolu przyszło na stadion 53 tys. ludzi, absolutny rekord!), ale już nie po to, by wyśmiewać niezgrabne majtki, tylko podziwiać grę. No i jak ta piękna historia się skończyła? Nie uwierzycie. Tak, jak poprzednio.
Dick Kerr Ladies FC - z nich nikt już się nie śmiał
W 1921 roku angielski związek piłki nożnej znów zakazał kobietom wychodzić na boiska, a były to już czasy, kiedy tę dyscyplinę swobodnie uprawiała większość Europejek. Razem z prawem głosu dostałyśmy prawo do kopania futbolówki. W Polsce dokładnie tego roku powstał pierwszy kobiecy zespół piłkarski przy Towarzystwie Sportowym Unia Poznań, zdjęcia zawodniczek z dumą prezentowano w lokalnej prasie. A biedne Angielki, od których wszystko się zaczęło, znów usłyszały „nie”. Decyzję tłumaczono zgubnym rzekomo wpływem piłki kopanej na kobiece zdrowie, ale tak naprawdę chodziło o to, że… ukradły panom show. Dziewczyny z fabryki amunicji były tak dobre i tak popularne, że ich widowiskowe mecze odbierały mężczyznom całą widownię. Gdy one grały, wszystkie inne stadiony świeciły pustkami.

Głupi, anachroniczny zakaz obowiązywał przez pięćdziesiąt lat, Angielki mogły oficjalnie wrócić na boiska dopiero w 1971 roku. Szkoda. Tym bardziej, że wiele innych krajów poszło śladem futbolowych autorytetów-Anglików i też wprowadzało krótsze lub dłuższe stadionowe zakazy dla kobiet. To dlatego piłka nożna przeciętnemu kibicowi kojarzy się dziś z kobietami chyba jeszcze mniej niż w czasach Nettie Honeyball. I choć w nogę grają niemal wszystkie dziewczyny na świecie, to żadna damska drużyna nie powtórzyła sukcesu przebojowych i wielbionych panienek z Preston. Powolutku zaczyna się to zmieniać, co pokazała popularność ostatniej, szóstej z kolei edycji kobiecego mundialu w Niemczech 2011. Cały kraj przez trzy tygodnie trwał w takiej samej futbolowej euforii, jaką dziś przeżywają Brazylijczycy.

Och, by the way. Kiedy kończę pisać ten tekst, Anglicy właśnie opuszczają brazylijski mundial z nosami zwieszonymi na kwintę. Wracają do domu na tarczy, z zerowym dorobkiem punktowym. Rozegrali trzy mecze, nie wygrali żadnego.
Jakaś mała zemsta, Nettie?


Zdjęcia: Wikimedia Commons. Na otwarciu rysunek z Harper’s Bazaar z 1869 roku, wyśmiewający amatorki futbolu

wtorek, 27 maja 2014

Matki i córki

Żadna z kobiet, których portrety zobaczycie niżej, nie popatrzy Wam w oczy. Ich spojrzenie skupia się na trzymanym w objęciach dziecku, ale równie często na książce, robótce, fragmencie pejzażu albo szybuje gdzieś w przestrzeń, poza ramy obrazu. Twarzy portretowanych czasem w ogóle nie widać. Kryją się pod kapeluszem, są wtulone w ramię dziecka, odwrócone, schowane. Wygląda to tak, jakby modelka chciała z obrazu uciec albo w ogóle zapomniała, że do niego pozuje i że to ona ma być w centrum. A przecież nie jest. Nie ona. W centrum jej świata jest dziecko i to ono ma być na pierwszym planie. Jego grymasy, jego czułości, ale też jego śniadanie i czyste nogi. Nie ma w tych obrazach wystudiowanej słodyczy, jaka od czasów Rafaela rządzi tematem macierzyństwa w sztuce. Żadnych anielskich uśmiechów ani głębokich spojrzeń posyłanych nam, widzom, przez kobiety upozowane na Madonny z Dzieciątkiem. Tutaj portretowane matki mają nas w nosie. Tutaj nikt się do nas nie czuli. Tu każda scena to trzepot nerwów albo cicha demonstracja siły: oto moje dziecko, a w tle ja, najwierniejsza strażniczka jego świata. Popatrzcie:
Śniadanie w łóżku, 1897

Kąpiel, 1893
Macierzyństwo, 1890
Matka i dziecko, 1897
Matka i dziecko, ok 1889
Pierwsza pieszczota, 1891
Mały Thomas z matką, 1893
Matka i dziecko, 1880
Matka trzymająca dziecko, 1900 
Młoda matka, 1900
Lato, 1894
Augusta czytająca córce, 1910
Rodzina, 1893
Lustro, 1905
Susan pocieszająca dziecko, ok. 1881
Przejażdżka łódką, 1893-94
Pod kasztanowcem, 1898
Dziś te obrazy uznawane są za jedne z najlepszych scen macierzyństwa w historii sztuki, ale niewiele brakowało, a mogły wcale nie powstać. Malowała je bowiem w ostatnich dekadach XIX wieku kobieta, Amerykanka Mary Cassatt. Wszystko działo się w czasach, w których nikt nie miał specjalnej ochoty oglądać narodzin damskich talentów. Zanim więc Mary zabrała się do roboty, musiała sobie najpierw z tą rzeczywistością poradzić. 

Start jest niezły. Mary przychodzi na świat w 1844 roku w zamożnej rodzinie bankiera z Pensylwanii. Dzieciństwo ma sielskie/anielskie. Kochający rodzice, gromadka braci i sióstr, piękny dom w Filadelfii, najlepsi nauczyciele, a w ramach edukacji z historii sztuki - podróże po Europie. Problemy zaczynają się, gdy dziewczynka kończy 15 lat i postanawia wyruszyć w świat samodzielnie. Marzenie ma tylko jedno - chce malować. Ale nie tak, jak panienki i panie z jej sfery, pacykujące akwarelki w ogrodzie. Jej chodzi o sztukę, a nie obrazki do bawialni. O taką sztukę, która da spełnienie i zapisze życie. No i pozwoli na nie zarobić. Wie, że pierwsze, co musi zrobić, to znaleźć się w gronie profesjonalistów. Akademia Sztuk w Pensylwanii to jest to!

Ojciec, usłyszawszy o zamiarach córki, reaguje jak na ówczesnego ojca przystało. „Wolałbym cię widzieć martwą!” - ryczy. Ale ostatecznie zgadza się, by studiowała. Akademia przyjmuje już kobiety, a ukończenie takich kursów nie oznacza jeszcze, że przyzwoita panna spędzi całe życie umazana farbą w jakiejś pracowni na poddaszu. W końcu się ustatkuje, wyjdzie za mąż i czas wywieje jej z głowy durne myśli. No tak. Racja. To najczęstszy scenariusz. Ale akurat nie w tym przypadku. Nie w przypadku perfekcjonistki, której zdaniem sztuka wymaga pełnego poświęcenia. I która jest na nie gotowa.

Mary w czasach paryskiej edukacji
Mary idzie do Akademii i spędza w niej kilka lat. Coraz bardziej sfrustrowana. Denerwuje ją ślimaczy tok studiów, złości protekcjonalny stosunek do kobiet. Niestety, tam też dbają o przyzwoitość. Nieliczna grupka studentek ma osobny program, w którym akty maluje się na podstawie gipsowych odlewów. Studium ludzkiego ciała z natury? Zapomnijcie! Mary wie, że chcąc wyjść ponad tę wyrobniczą przeciętność, musi jechać tam, gdzie bije serce artystycznego świata - do Paryża. 

Wyjeżdża tam dwa razy. Pierwszy kilkuletni pobyt dziewczyny jest kursem rzemiosła. Który musi sama sobie zorganizować. Paryska Szkoła Sztuk Pięknych jest zamknięta dla kobiet, trzeba zabiegać o indywidualne zajęcia. Mary jakoś udaje się zdobyć dojścia do uznanych akademików, Jean-Léon Gérôme przyjmuje ją na lekcje. No i jest Luwr, gdzie razem z tłumem podobnych sobie dziewczyn spędza godziny na kopiowaniu obrazów - to jeden z popularniejszych wówczas treningów zostawionych samym sobie młodych malarek (kursy samokształcenia, powiedzielibyśmy dziś). 

Naprawdę ważny będzie drugi wyjazd trzydziestoletniej już Mary. Bo w Ameryce jakoś jej nie idzie. Maluje obrazy, nawet je wystawiają, nawet chwalą, ale nikt nie kupuje. Filadelfijska prasa traktuje ją lekceważąco, jako „uzdolnioną i interesującą się rysunkami córkę znakomitej miejscowej rodziny”, choć w rzeczywistości jest przecież świetnie przygotowaną profesjonalnie malarką. W końcu przychodzi intratne zlecenie. Arcybiskup Pittsburgha zamawia u niej kopie kilku obrazów Correggia. Honorarium jest spore. Wystarczy - myśli Mary - na podróż do Europy i na pokrycie części pobytu. Postanawia wracać.

I chwała Bogu, że wraca, bo dzięki temu narodzi się Mary Cassatt, jaką dziś znamy. Przełomem jest spotkanie Edgara Degasa, mistrza awangardy, którą wówczas stanowią poczciwi impresjoniści. Mary będzie potem opowiadać o piorunującym wrażeniu, jakie zrobiły na niej ich płótna. Gdy pierwszy raz zobaczyła obrazy Degasa w oknie paryskiej galerii, zamarła na całe godziny z nosem rozpłaszczonym na szybie, chłonąc każdy ich szczegół: „Były tym, co zmieniło moje życie”. Zachwyt Degasa po obejrzeniu jej obrazów nie jest tak entuzjastyczny, ale jednak jest. „Oto ktoś, kto czuje jak ja” - mówi. I serwuje Mary komplement: „Większość kobiet maluje tak, jakby ozdabiała kapelusze. Ty nie”.

Panna Cassatt na portrecie Degasa,
ok. 1876-78
Są podobni. I w sztuce, i w życiu. Dla obojga inspiracją są ludzie i ich codzienność, nie malują tych wszystkich wschodów i zachodów słońca, w ich sztuce prawie nie ma pejzaży. Oboje też pochodzą z tzw. dobrych rodzin, są świetnie wykształceni, czarujący i eleganccy, słyną z inteligencji, dowcipu i niemałego temperamentu. Na kolejne czterdzieści lat połączy ich przyjaźń, choć niektórzy są zdania, że także burzliwy romans. Tego się jednak nie dowiemy, bo Degas nie pisnął o tym słówka, a Mary przed śmiercią spaliła całą ich korespondencję. Oboje jak widać byli także dyskretni. 

Odtąd Mary wystawia swoje obrazy z impresjonistami i wystawia z sukcesem. Jej prace są chwalone przez krytykę, znajdują nabywców. Już nie musi chałturzyć, żeby mieć na czynsz, eksperymentuje z nowymi technikami, tematami, krystalizuje się jej styl. Może i nie maluje - wedle słów Degasa - jak większość kobiet. Za to maluje kobiety. I to w najbardziej kobiecych rolach. 

Matka i dziecko, jej ukochany temat. Modelkami nie są żadne sławne mamy, co częste w przypadku jej koleżanek-portrecistek. Zwykle to anonimowe dla widza osoby - kuzynki, siostry, sąsiadki. Uchwycone w chwili, w której wydają się kompletnie nieświadome, że pozują do jakiegoś obrazu, że ktoś je ogląda. To dlatego tak mało w tych wizerunkach kokieterii, a tak wiele prawdy. 

Dlaczego akurat ten temat? Najłatwiej o proste diagnozy: Mary nigdy nie wyszła za mąż, nie urodziła dziecka, może więc malowanie scen macierzyństwa kompensowało ten brak? Może. Ale nie wiadomo, czy gdyby miała własną rodzinę te piękne obrazy w ogóle by powstały. A co do dzieci… Miała je przecież. Malowała je każdego dnia. 

Piękne wspomnienie o Mary zostawił jej marszand René Gimpel, który odwiedził sędziwą już artystkę w jej domu w Grasse w 1918 roku. Przeżywała wtedy największy dramat swego życia. Po nieudanej operacji zaćmy niemal zupełnie straciła wzrok, całkowicie przestała malować: „Tak bardzo kochała słońce i odnajdowała w jego blasku tyle piękna, a teraz ledwie docierało do niej światło. (…) Brała w dłonie główki moich dzieci i niemal dotykając twarzą, wpatrywała się w nie uważnie, mówiąc: jak bardzo chciałabym je namalować”. 

Dlatego na końcu tego postu będzie dziecko - powstała w 1878 roku „Dziewczynka w niebieskim fotelu”. Bardzo lubię ten obraz, bo taką ładną historię opowiada! Od razu widać, że mała urwała się z jakiejś rodzinnej uroczystości. Jest wystrojona w świąteczne koronki przepasane tartanową szarfą, do której dobrano skarpetki i kokardę we włosach, nosi eleganckie buciki ze srebrnymi klamerkami. Ale ta poza! Kolana rozrzucone, jedna ręka zatknięta za głowę, druga niedbale wsparta o fotel… To jasne, że obok nie ma nikogo z dorosłych, który natychmiast kazałby jej ładnie usiąść, nie siać zgorszenia, a na koniec jeszcze dałby po łapach. Ale w pokoju jest pusto. Są tylko niebieskie kanapy i jeden mały znudzony pies. Dziewczynka może rozłożyć się jak jej najwygodniej i rozhuśtać marzenia. Będzie księżniczką? Artystką? Mamą? Nieważne, tak czy inaczej właśnie zbiera siły. W sposób najlepszy z możliwych - odważnie i po swojemu.
Cytaty zaczerpnęłam z książki „Twórcy” Paula Johnsona, Świat Książki, 2008
Zdjęcia: Wikimedia Commons, Web Gallery of Art

piątek, 2 maja 2014

To mógł być piękny lot

Och, jak by chciała pofrunąć! Polecieć jak ptak, prosto w wełniane chmury, poczuć wiatr we włosach, zobaczyć krańce Ziemi! Wysoko, wysoko! Każdy o tym marzy. To dlatego dzieci wspinają się na drzewa, a dorośli na szczyty gór. Ale przecież można oderwać stopy od ziemi, naprawdę zawirować w przestworzach! Ta tęsknota tkwi w niej, odkąd pamięta. Kiedy miała cztery lata, przerażeni rodzice ściągali ją z balkonu, stojącą z rozłożonymi ramionami, gotową do skoku. Ale teraz, jako piętnastolatka, już wie, jak pofrunąć, obserwuje ten cud każdego dnia.

Gdy tylko lekcje się skończą, wsiada na rower i gna za miasto, na lotnisko, na rogatki Jeleniej Góry. Tam jest sławna szkoła szybowcowa, w której krzątają się grupki młodych mężczyzn zajętych tym, o czym ona śni po nocach. Może godzinami gapić się, jak przygotowują swoje powietrzne statki, podobne do ogromnych białych ptaków, jak startują i ze świstem wzbijają się w powietrze. I ma nadzieję - więcej, jest najzupełniej pewna - że sama też tak poleci.

Nieważne, że jest mała, chuda i pasuje do tych wysportowanych mężczyzn jak pięść do nosa. Nieważne, że wszyscy jej mówią: nie masz szans! Ten sport wymaga odwagi, siły i męstwa, na jakie kobiety nie stać! Słucha ich, kiwa grzecznie głową, ale ani myśli się poddać. Wymarzyła już sobie własne życie i dobrze wie, jak będzie wyglądać – zostanie lekarzem, jak tata, ale latającym lekarzem, w Afryce! Dotrze do tych najbiedniejszych i najbardziej potrzebujących, niosąc im pomoc i ulgę w cierpieniu, niczym skrzydlaty anioł.

Jak myślicie, uda jej się? I tak, i nie.

Początki wyglądają obiecująco. Piętnastolatka dorasta, robi maturę i wierna swemu marzeniu zapisuje się na studia medyczne, ale wcześniej - do szkoły szybowcowej. Jest wśród kursantów jedyną dziewczyną. Patrzą tam na nią, jak na raroga, parskając na boku i wymieniając kpiące uśmieszki. 154 cm wzrostu i 45 kilo wagi. I toto się rwie do pilotowania szybowców? Ale po paru tygodniach uśmiechy gasną, a kpiny zastępują pełne niedowierzania spojrzenia. Bo dziewczyna ma talent! Niezwykły! Skomplikowane manewry chwyta w lot, nic nie stanowi dla niej przeszkody, a nerwy ma jak ze stali. Jest tak dobra, że sam szef szkoły bierze ją na indywidualne lekcje. Po cichu gadają, że trafił im się prawdziwy diament, który po oszlifowaniu będzie brylantem pierwszej wody. Ona ma zadatki na prawdziwego asa! 

Jak myślicie, uda jej się? I tak, i nie.

Co to za biografia, spytacie, złożona z samych niejednoznaczności? Osiągnęła coś w końcu ta panna czy nie? Sęk w tym, że odpowiedź nie jest prosta i zaraz będzie jasne, dlaczego. Czas przedstawić moją bohaterkę. Jest nią Hanna Reitsch, niemiecka pilotka, zaliczana dziś do stu największych postaci światowego lotnictwa. I nazywana ulubioną pilotką Hitlera. 

Aż chciałoby się westchnąć: czemuż ta brzydka historia tak brutalnie tratuje takie piękne dziewczęce marzenia? Niestety, Hanna ma nieszczęście trafić na jeden z jej najgorszych momentów. Przychodzi na świat w 1912 roku w Jeleniej Górze, która wtedy nazywa się Hirschberg. W czasie, gdy siedzi na trawie lotniska, gapiąc się na szybowce i rojąc o lataniu nad Afryką, w jej kraju rwie się do władzy opętany manią wielkości facet, który znalazł genialny patent na kompleksy własne i narodu, liżącego rany po przegranej wojnie. Za chwilę powie Niemcom: jesteście, wyjątkowi, lepsi od innych, jesteście elitą świata, powinniście przewodzić! Już on potrafi porwać ludzi stęsknionych wielkich Niemiec!

Hanna nie jest od swoich rodaków lepsza ani gorsza. Ją też Hitler uwodzi, tak jak tysiące jej rówieśników. Jak wszyscy młodzi tylko czeka zapewnienia, że świat należy do nich i do niej. A Hitler potrafi udzielać takich zapewnień wyjątkowo przekonująco!

No więc już wiemy, że życie Hanny pobiegnie nie tylko według jej, lecz także jego marzeń. Owszem, pasja lotnicza wciąż będzie najważniejsza, ale teraz tak pięknie można ją połączyć ze służbą dla kraju! Dziewczyna już nie myśli o biednej Afryce, jej miejsce zajmują wielkie Niemcy. Po czterech semestrach rzuca studia medyczne, skupia się tylko na lotnictwie, teraz jej talentu potrzebuje ojczyzna!

A ten talent się rozwija. I to jak! Rzeczywistość okazuje się sto razy lepsza niż najdziksze dziecięce marzenia. Czego się nie dotknie, kolejny rekord. Za co się nie weźmie, murowany sukces. Dziś wszystkie jej biografie naładowane są zdaniami, zaczynającymi się od słów: „jako pierwsza…”. Jako pierwsza kobieta przelatuje szybowcem nad Alpami. Jako pierwsza pilotuje helikopter. Jej pierwszej w historii udaje się lot w zamkniętym pomieszczeniu. Jako dwudziestoparolatka zgarnia dla siebie wszystkie szybowcowe rekordy kobiet - długości lotu, wytrzymałości, wysokości. Tych lotniczych rekordów w całym swoim życiu ustanowiła - uwierzycie? - ponad czterdzieści!

W kokpicie helikoptera, 1938

Podczas pokazów lotniczych, 1938
Jej nazwisko szybko staje się marką. Nie może być inaczej w Niemczech lat trzydziestych, szykujących się pod wodzą Hitlera do podboju świata. Przemysł lotniczy rozkwita, w fabrykach rodzą się nowoczesne myśliwce, bombowce, powstają pierwsze modele helikopterów. A Hanna czuje się w tej rzeczywistości tak, jakby ktoś nagle wyprawił jej wspaniałe urodzinowe przyjęcie - postawił na stole najsmakowitsze dania i pozwolił objadać się do woli.

Pracuje jako pilot doświadczalny i oblatywacz, fruwa na tych wszystkich cudownych, nowych maszynach, a jej spostrzeżenia są na wagę złota dla konstruktorów. W przededniu wojny robi dla sił powietrznych III Rzeszy, dla Luftwaffe, więcej, niż setka wykształconych adeptów szkół lotniczych. Błyskawicznie przychodzi uznanie: jako pierwsza kobieta w historii zdobywa tytuł kapitana lotnictwa.

Hitler dekoruje Hannę Krzyżem Żelaznym, 1941
Adolf Hitler jest urzeczony Hanną. Oto, twierdzi, inspiracja dla wszystkich niemieckich dziewcząt! Co prawda, wedle propagandowej ściemy ich życiem powinna rządzić zasada ”Kirche, Kinder, Kuche” (kościół, dzieci, kuchnia), ale to przecież dotyczy tylko szarej masy, a nie jednostek wybitnych. Hanna nie ma męża ani dzieci, kuchni też nie prowadzi, za to jest prawdziwą superstar III Rzeszy. Uśmiecha się z okładek gazet, z kolorowych pocztówek, a Führer gnie się przed nią w ukłonach, za którymi idą najwyższe honory – zostaje pierwszą i jedyną kobietą odznaczoną przez niego dwukrotnie Krzyżem Żelaznym, zarówno pierwszej, jak i drugiej klasy.

Na propagandowych pocztówkach

Hanna Reitsch jest urzeczona wodzem, co najmniej w takim samym stopniu, jak on nią. Dla niego pod koniec wojny zdobędzie się na czyn, który przejdzie do historii jako przykład jej niesamowitych umiejętności i brawury w jednym.

Dzieje się to w ostatnich dniach kwietnia 1945 roku. Hitler tkwi zaszyty w bunkrach oblężonego przez Rosjan Berlina. Szefem Luftwaffe już nie jest Göring, uznany przez Hitlera za zdrajcę. Jego miejsce ma zająć generał Ritter von Greim, przyjaciel Hanny. I właśnie on chce się przedrzeć do uwięzionego w stolicy wodza. Hanna błaga go, by pozwolił sobie towarzyszyć, ale Greim - wiedząc, jak znikoma jest szansa, że w ogóle dolecą - nie chce o tym słyszeć. Wsiada do małej, dwumiejscowej maszyny Fieseler Stroch, ale nie ma pojęcia, że z tyłu ukryła się Hanna. Dolecą dzięki niej. W silnym rosyjskim ogniu zaporowym generał zostaje ranny, stery przejmuje Hanna i bezpiecznie sadza samolot przy Bramie Branderburskiej.
Oboje namawiają Hitlera do ucieczki. Gdy odmawia, deklarują, że zostaną i umrą razem z nim. Opuszczają Kancelarię Rzeszy dopiero na jego wyraźny rozkaz, zaopatrzeni w kapsułki z cyjankiem, w każdej chwili gotowi na śmierć u boku swego Führera. Wtedy Hanna dokonuje kolejnej niemożliwej rzeczy: startuje wśród ognia artylerii przeciwlotniczej i razem z rannym Greimem opuszcza oblężone miasto.

Wyczyn graniczy z samobójstwem, ale to przecież nie pierwszy raz, gdy Hanna gotowa jest oddać za Hitlera życie. Niżej przytaczam fragment „Pamiętników” Leni Riefenstahl, innej utalentowanej Niemki o niemal bliźniaczej biografii - jej świetnie zrobione filmy, gloryfikujące ruch narodowosocjalistyczny, uważane są za jedne z najlepszych propagandówek w dziejach. Leni spotkała Hannę tylko raz, tuż po wojnie, kiedy pilotka przebywała w amerykańskim areszcie. Rozmawiały głównie o… Führerze:
„Opowiadała mi, że złożyła Hitlerowi pewną propozycję w imieniu dużej grupy niemieckich pilotów bojowych. Byli gotowi w locie nurkowym dokonać samobójczego ataku na brytyjskie okręty, aby nie dopuścić do lądowania aliantów w Normandii. Hitler, jak twierdziła, stanowczo odrzucił ten pomysł.  - Każdy, kto stawia życie na szali w walce o swą ojczyznę, musi mieć szansę przetrwania, choćby niewielką. My, Niemcy, nie jesteśmy japońskimi kamikadze - powiedział. Pozostawało to w sprzeczności z obrazem okrucieństw, jakich dokonywano powszechnie podczas wojny. - Naprawdę byś to zrobiła? - spytałam. - Tak - odparła ta mała krucha osóbka. Uściskałyśmy się”.
Z amerykańskiego więzienia Hanna wyszła po piętnastu miesiącach. Nie miała dla Amerykanów większej wartości. Nie brała udziału w walkach, nie była konstruktorem samolotów, ona je tylko testowała. W więzieniu dowiedziała się o straszliwym końcu swojej rodziny. Jej ojciec, zagorzały nazista, w strachu przed nadciągającymi Rosjanami, zastrzelił z karabinu żonę, siostrę Hanny, wnuki, a na końcu siebie. Hanna została całkiem sama, latać też jej zabroniono. Gdy po kilku latach zakaz został cofnięty, natychmiast wróciła za stery. 

Jak myślicie, jaki po wojnie był jej stosunek do własnej przeszłości? Żałowała czegoś? Niestety, nie.

Z ręką uniesioną w hitlerowskim pozdrowieniu wśród mieszkańców
rodzinnego Hirschbergu (Jeleniej Góry), 1941 
Nigdy się nie odcięła od swojego zaangażowania na rzecz hitlerowskich Niemiec. Nie czuła skruchy ani potrzeby ekspiacji. W książkach, jakie napisała, zapewniała: „Zajmowałam się wyłącznie badaniami, z polityką nie miałam nic wspólnego”, „chciałam tylko latać”. Ale zupełnie nie rozumiała, dlaczego nie pozwalają jej nosić Żelaznego Krzyża ze swastyką, z którego do końca była dumna.

Podczas szkolenia młodych szybowników w Ghanie, 1964
Dlatego piękna kariera Hanny Reitsch nigdy nie będzie idealnie piękna. Wspaniałe rekordy zawsze będą się wydawały mniej zachwycające, odwaga mniej imponująca. Bo zza jej pleców wciąż wygląda brzydki Hitler. Nawet entuzjaści Hanny, w euforii piszący o jej lotniczych wyczynach, czują się w obowiązku wyciągnąć bielidło, podretuszować portret, zapewnić, że choć była pilotką hitlerowskich Niemiec, to nigdy nie należała do NSDAP. I że po wojnie bardzo ją ceniono, Kennedy zapraszał ją do Białego Domu, a w kraju czarnoskórego prezydenta Ghany założyła szkołę szybowcową. Jakby chcieli krzyknąć: zgrzeszyła, ale nie tak bardzo! Najwyżej brakiem refleksji! 

Czy to taki wielki grzech? Tak, wielki.

Kiedy teraz o niej piszę, cały czas wraca do mnie obejrzany niedawno film. Opowiada o innej Hannie, też urodzonej w Niemczech, niemal w tym samym czasie co bohaterka tego tekstu, ledwie kilka lat wcześniej. Ta druga Hanna też zapisała się w historii jako postać wybitna, intelektualistka, autorka jednej z najbardziej przenikliwych definicji źródeł zła. Mówiła o jego porażającej banalności, o tym, że wcale nie trzeba być potworem, by dopuszczać się najpotworniejszych czynów. Wystarczy wyłączyć myślenie, zdać się na innych, zostać wykonawcą rozkazów. Bez cienia osobistej refleksji nad ich sensem. Mówię o Hannah Arendt, niemieckiej Żydówce, której przenikliwość pomogła zrozumieć ten niezrozumiały wybryk historii, jakim była Zagłada, i udział w niej tysięcy ludzi. Zwyczajnych, banalnych, nie różniących się od nas. Grzeszących tylko i aż tym, że na ten straszny czas ludźmi być przestali, bo nie zadawali sobie pytań o sens świata wokół nich. Film „Hannah Arendt”, nakręcony w 2012 roku przez Margarethe von Trotta, nie był u nas specjalnie popularny, ale jeszcze gdzieniegdzie kołacze się w kinach. Jeśli go znajdziecie, idźcie obejrzeć. Pomaga zrozumieć, jak niebezpiecznie blisko tego, co najgorsze, może być każdy z nas.


Zdjęcia: Wikimedia Commons, Bundesarchiv

czwartek, 20 marca 2014

Czarownica

Sydonia zna swoją wartość. Najpiękniejsza na Pomorzu. Tak o niej mówią. Wyjątkowa. Nie tylko urodziwa, ale i mądra. Zasługująca, by dostać od życia to, co najlepsze. Tak zawsze mówił ojciec, który podobnych pochwał skąpił jej siostrze i bratu. To ona, najmłodsza, była „córeczką tatusia”, to jej poświęcał najwięcej uwagi, co zresztą było naturalne, rosła przecież bez matki, która zmarła, gdy Sydonia miała ledwie kilka lat. No, a teraz ojciec wysyła ją w miejsce, w którym dziewczyna znajdzie swoje szczęście. Tam wszystko, co najlepsze, będzie na wyciągnięcie ręki. 

Tak sobie myśli Sydonia, gdy kareta wiezie ją do Wołogoszczy, na zamek księcia pomorskiego Filipa I. Na książęcy dwór! Tata trochę się namęczył, by wyjednać dla niej miejsce we fraucymerze księżnej Amalii. Ale Sydonia go nie zawiedzie. Jest pewna, że jej przyszłość będzie spełnieniem snów ojca i jej własnych, dziewczęcych. Przecież jest wyjątkowa, a teraz cały wielki świat zobaczy to i doceni. Książę Filip ma kilku synów, jednego w jej wieku, podobno pięknego. Jak ona. Dlaczego nie miałaby poślubić młodego księcia? Jeśli nie ona, najpiękniejsza w kraju, to kto? Nie jest księżniczką krwi, ale wywodzi się z jednego z najświetniejszych i najstarszych pomorskich rodów. Mamy wiek XVI, a jej dziadowie żyli na Pomorzu Zachodnim już od X stulecia, tak samo długo jak rządzący nim dziś książęta, Gryfici. Jej ojciec, hrabia von Borck, nie ustępuje księciom! 

Nieistniejący dziś zamek w Wołogoszczy (Wolgast) na Wielkiej Mapie Księstwa Pomorskiego z początku XVII wieku - to budowla po prawej stronie oznaczona literą B

Wyposażona w swoją wielką urodę i równie wielką dumę, Sydonia przybywa na wołogoski dwór. Na którym dalsze wypadki toczą się tak, jak toczyć się powinny. Wszyscy są oczarowani prześliczną panną. I książę Filip, i jego matka Amalia i - co najważniejsze - książęcy syn, Ernest Ludwik. Faktycznie, jest ładny. Nawet uderzająco ładny, smagły i ciemnowłosy, o marzycielskim usposobieniu i melodyjnym głosie. Dostanie potem od swoich współczesnych przydomek Piękny. 


Serce dziewczyny bije mocniej dla młodzieńca, jest pewna, że lada moment szczęśliwy los się dopełni. Na książęcym dworze czuje się, jak ryba w wodzie, rozkwita. Jej dowcip, gracja, czar znajdują wreszcie odpowiednią publiczność. Znakomici zalotnicy ustawiają się w kolejce, ale ona czeka na księcia. Niespecjalnie długo czeka - oszołomiony urodą dziewczyny Ernest Ludwik składa jej propozycję małżeństwa.

Ernest Ludwik, zwany Pięknym, XVI w., autor nieznany
I tu następuje dramatyczny zwrot w tej historii. Bo rodzina młodego człowieka mówi stanowcze: nie. Ernest jest co prawda dopiero czwartym synem, może nigdy nie dochrapie się wielkiej władzy, ale przecież pochodzenie zobowiązuje. Książę krwi musi poślubić księżniczkę krwi, równą sobie. Takie lokalne piękności, jak Sydonia, nadają się na nałożnicę, a nie na żonę. Nie jest dość dobra.

Ernest kładzie uszy po sobie i cofa oświadczyny. A ona, co robi ona? Ona nie wie, co się dzieje. Jak to: nie dość dobra? Ona nie jest dla nich dość dobra?! Przecież nie ma lepszej! Świat wali jej się w gruzy. Puszczają wszystkie hamulce, które jeśli kiedykolwiek istniały, to i tak nie miały szansy się ujawnić, bo przecież żyła dotąd jak pączek w maśle, wychwalana i adorowana przez wszystkich.
- Niech was piekło pochłonie! - krzyczy, upokorzona do szpiku kości. I w jakimś paroksyzmie wściekłości wyrzuca z siebie zdanie-złorzeczenie, które wszyscy zapamiętają: - Nie minie pięćdziesiąt lat, a cały wasz ród wyginie!

Czy gdyby wiedziała, jak prorocze okażą się te słowa, zapanowałaby nad językiem? Czy siedziałaby cicho, gdyby ktoś jej powiedział, że to rzucone w złości przekleństwo się spełni, a jej przyniesie śmierć? Nie sądzę. Popędliwa i dumna Sydonia, przywykła do uwielbienia i hołdów, nie liczyła zysków i strat, kiedy ktoś wgniatał ją w ziemię. 

Wraca do domu. Do taty, do jedynego mężczyzny, który widział w niej skończoną doskonałość. Ale w domu nie znajdzie ukojenia. Niedługo po jej powrocie ojciec umiera. Te dwa ciosy, jeden po drugim - pierwszy wymierzony w jej dumę, drugi w serce - zmienią ją na zawsze. To będzie jak przebudzenie ze słodkiego snu, w którym świat na jedno skinienie dopasowywał się do naszych kaprysów i pragnień. Teraz trzeba będzie z nim walczyć. 

Sydonia von Borck na obrazie Edwarda Burne-Jonesa z 1860 r.
To sławne prerafaelickie płótno powstało na fali popularności
pięknej Pomorzanki, jaką w XIX w. wywołała oparta na jej losach
gotycka powieść Johanna Wilhelma Meinholda
Szczęśliwe życie Sydonii sypie się, jak domek z kart, bo jej brat, Ulrich, zamierza w pełni skorzystać ze swojej świeżo nabytej władzy. Ani myśli się dzielić odziedziczoną, piękną fortuną. Tatuś zapisał coś siostrom? Nie szkodzi, wystarczy parę zabiegów, podsuniętych przez zręcznych kauzyperdów, by panny przestały być ciężarem. Wymusza na siostrach zrzeczenie się zapisanych im wiosek w zamian za roczną rentę, jaką im będzie wpłacał. Ale niewielka jest chęć Ulricha, by postanowienia dotrzymać, ociąga się z wypełnianiem zobowiązań. Działa wedle świętej zasady chciwców: jak najmniej i jak najpóźniej.

Sydonia wpada we wściekłość. Los najwyraźniej uwziął się, by rzucać jej pod nogi wszystkie kłody naraz, hurtowo. Ale ona się nie podda. Brat łamie prawo? To pójdzie z bratem do sądu! Nie pozwoli, by ogołocił ją z majątku, tym bardziej, że już pozbawił rodzinnego domu. Przestał nim być dla dziewczyny rodzinny zamek w Strzmielach, odkąd Ulrich wziął sobie żonę. Sydonii trudno patrzeć na nową panią zamku, grać drugie skrzypce, więc urażona i zła, zabiera siostrę Dorotę i wynosi się z domu.

Urażona i zła. Taka teraz będzie. Kiedy czytam, jak wyglądała druga połowa życia Sydonii, mam wrażenie, że to opowieść o dwóch różnych osobach. W jednej chwili znika atrakcyjna panna, owijająca sobie wszystkich wokół paluszka. W jej miejsce pojawia się kłótliwa baba, złośliwa i krzykliwa awanturnica, mająca wszystko i wszystkim za złe. Kolejne czterdzieści lat jej życia wypełniają procesy o majątek i wieczna tułaczka: od domu jednego krewnego do drugiego, od klasztoru do klasztoru. Nigdzie długo miejsca nie zagrzeje, zewsząd odchodzi skłócona, żegnana złym słowem. Dziwna przemiana? E, tam, Dziś żaden psycholog nie miałby problemu z diagnozą. Wynikiem głębokiego poczucia krzywdy - a to ono napisało Sydonii drugą połowę życia - bywają zaburzenia osobowości. I stąd to jej nowe ja, nowa natura - „paranoidalna, cechująca się nadmierną podejrzliwością, brakiem tolerancji na krytykę, zawziętością, skłonnością do interpretowania neutralnych zachowań otoczenia jako wrogich oraz małą tolerancją na niepowodzenia”.

No, ale jak wiadomo Sydonia na psychologa nie ma szans. Zamiast tego puchną plotki, że coś ją musiało opętać, skoro z normalnej kobiety zrobiła się jędza, że ani chybi „złe” ma w tym swój udział. Zachłanny braciszek Ulrich umie takie plotki wykorzystać. Rozpuszcza kolejne, judzi: Widzicie, co ona robi? Zbiera zioła, warzy jakieś mikstury, kuma się z zielarkami, znachorkami, babami z lasu. A na koniec wytacza najcięższe działo: Pamiętacie przekleństwo, jakie rzuciła wypędzona z wołogoskiego dworu? Książęcy ród miał wyginąć bezpotomnie i to się dzieje, to się dzieje!

To się naprawdę dzieje. Gdy Sydonia wadzi się w sądach, książęta pomorscy z dynastii Gryfitów umierają jeden po drugim, jakby poddając się straszliwej przepowiedni. Wszyscy przedwcześnie, wszyscy na tajemnicze choroby, wszyscy najczęściej bezpotomnie. Jej ukochany Ernest Ludwik, który poślubia brunszwicką księżniczkę i tworzy z nią dość nieszczęśliwe małżeństwo, też schodzi z tego świata przed pięćdziesiątką. Czary? A cóż by innego!

Plotki szybko zmieniają się w formalne oskarżenia. Pół biedy, gdyby niecne sprawki wiedźmy ograniczały się do rzucania uroków na kumy zza miedzy. Ale tu o władców idzie! O zamiar zniszczenia panującego rodu! Toż to najcięższe przestępstwo polityczne! Pod sąd z nią!
Podwójny portret Sydonii jako młodej i starej kobiety, który możemy oglądać
w Muzeum Narodowym w Szczecinie (autor nieznany)
Sydonia jest już starą kobietą. Dźwiga siódmy krzyżyk na karku, a jej twarz - niegdyś gładką i piękną - ostro poznaczyły czas i gorzkie życie. Tak łatwo w tej starej, szpetnej kobiecie o wyschłym ciele zobaczyć wiedźmę, poczuć lęk przed jej pamięcią przeszłości, uwierzyć, że posiada tajemną wiedzę, która daje nadludzką moc. Łatwo zwłaszcza wówczas, w tej Europie początku XVII wieku, którą - jak nigdy wcześniej ani później - znaczą stosy „czarownic”. Rozpalono ich ponad milion - nigdy przedtem w historii Zachodu nie notowano tak długotrwałej i tak morderczej histerii. Która w dodatku, co też niespotykane, nie dotyczy jakiejś mniejszości religijnej czy etnicznej, lecz ludzi z bliskiego otoczenia, zza płotu, czasem z własnego domu. Bo jej ofiarami padają kobiety - bezlitośnie torturowane, a potem palone żywcem, czemu nie przeciwstawiają się nawet najbliżsi im mężczyźni, nawet mężowie, nawet ci, którzy je kochają.

Tak będzie i tym razem, choć - na nieszczęście dla Sydonii - jej gehenna potrwa jeszcze prawie dziesięć lat. Z pierwszego procesu, wytoczonego w 1612 r., jakoś się wywinie, ale przecież wiadomo, że jest to tylko odroczenie. W 1619 r. zaczyna się drugi proces i Sydonia wie, że ten drugi będzie jej końcem.

Zarzuty są bardzo precyzyjne, jest ich 74. Od stosunkowo łagodnych, jak dokuczanie sąsiadom i czytanie tajemnych ksiąg, po ten najcięższy - zamiar zniszczenia panującego na Pomorzu rodu Gryfitów. Sydonia broni się dzielnie, w protokołach sądowych zachowały się jej rozsądne odpowiedzi. Ale przecież wiadomo, że w tym procesie, będącym zaprzeczeniem rozsądku, żadne wyjaśnienie nie ma znaczenia. Dopuszczalne jest tylko pełne pokajanie. I są sposoby, by było ono szybkie.

Ściągają z niej suknię, zdejmują z szyi krzyżyk, zawiązują oczy, ręce krępują na plecach. Rozciągają na drabinie i zadają cierpienia. Żelazne hiszpańskie buty miażdżą powoli stopy, rozżarzone cęgi szarpią ciało, śruby wybijają kości ze stawów i ściskają czaszkę. Wyjąca z bólu Sydonia przyznaje się do wszystkiego - i do obcowania z diabłem, i do klątwy.

Gdy przychodzi do siebie, odwołuje zeznania, na co odpowiedzią są kolejne tortury. Po trzech tygodniach uznaje, że walka nie ma sensu. Jest już straszliwie zmęczona, chce tylko jednego - żeby ta męka wreszcie się skończyła. Zachowały się jej przejmujące ostatnie słowa:

"Widzicie przed sobą starą kobietę, oszukaną przez bliźnich, krewnych i przez nich oskarżoną o władzę nieziemską. Mnie nawet ludzkiej mocy brakowało, by przeciwko niesprawiedliwościom krewnych moich na majątek dybiących stanąć (...). Sędziowie, co książę odchodzący bezpotomnie chce usłyszeć od swojego doradcy, jaką pociechę? Że nie jego niemoc spowoduje wygaśnięcie rodu Gryfitów, lecz czary Sydonii, która ród przeklęła, bo Gryfita nie wziął jej za żonę? (…) Sędziowie, a teraz dajcie mi umrzeć. Jestem stara, zmęczona. Moje życie nie było mniej godziwe od innych, a o tyle gorsze, że dłuższe i dłuższa w nim była samotność moja, bezsilność wobec tych, którym uprzykrzyło się patrzeć na mnie. Pozwólcie mi już umrzeć".

Umiera 19 sierpnia 1620 roku. Jest szlachcianką, więc nie palą jej żywcem. Za murami Szczecina, przy Bramie Młyńskiej, kat ścina głowę Sydonii von Borck. Szczątki wrzuca do ognia, a prochy rozsypuje po polach. 

Ruiny wołogoskiego zamku
na rysunku Caspara Davida Friedricha z 1813 r. 
Dopełnia się kara za przekleństwo rzucone na królów, którzy wciąż umierają. Siedemnaście lat później, w 1637 roku, odchodzi ostatni z rodu Gryfitów - Bogusław XIV, wnuk księcia Filipa, na którego wspaniałym dworze Sydonia miała zacząć swoje wyśnione życie. I z którego uciekła, krzycząc, że nie minie pięćdziesiąt lat, a będzie on tylko kartką historii. Miała rację. Po śmierci ostatniego księcia ginie liczące ponad pięć wieków państwo, a jego terytorium - od Rugii po Lębork - dzieli między sobą Szwecja i Brandenburgia.

Więc jednak klątwa? Tak myślicie? I pewno zaraz się uśmiechacie, zadziwieni tą niesamowitą koincydencją, tym zupełnie niebywałym zbiegiem okoliczności, w którym osobista krzywda Sydonii tak nieprawdopodobnie splotła się z nieszczęściami wielkich tego świata. Ale kiedyś nie wywoływało to uśmiechu, tylko stos. Kiedyś, w tych strasznie długich czasach, w których pogarda dla kobiet mieszała się z poczuciem winy wobec nich, trudno było dojrzeć w tym zwykły przypadek. Łatwiej było uznać, że wystarczy gniew jednej wzgardzonej kobiety, by ginęły dynastie.



Piosenka „Sydonia Bork", nagrana w 2010 r. przez polski zespół heavymetalowy Crystal Viper.

Źródła m.in.: Janina Kochanowska, Tajemnice Pomorza, Szczecin 2004,
Bogdan Frankiewicz, Sydonia, 1968;
Zygmunt Boras, Książęta Pomorza Zachodniego, Poznań 1996;
http://biblioteka-lobez.pl/strona/www/index.php/sydonia-von-brocke
Opowiadając tę historię oparłam się na jej najpopularniejszej, „kanonicznej” wersji. W historycznych publikacjach funkcjonują różne daty urodzin Sydonii, choć najczęściej pojawia się rok 1545. Ci, którzy są zdania, że urodziła się wcześniej, twierdzą, że miłosna afera na wołogoskim dworze dotyczyła jej i Filipa, a nie jego syna.
Zdjęcia: Wikimedia Commons