piątek, 14 sierpnia 2015

Bajki, które zdarzyły się naprawdę

Niezmiernie mi miło, że mogę wreszcie przedstawić moją - choć właściwie należałoby powiedzieć naszą wspólną - książkę. To efekt zarówno mojego tu pisania, jak i Waszego zainteresowania blogiem „Kobiety i Historia”: 


Napisałam ją tak, jak sama chciałabym słuchać opowieści z historii. Żadnych wojen, żadnych kłótni królów i papieży, za to królewna na każdej stronie. Bajkowa okładka z dziewczyną zaglądającą w lusterko zapowiada styl opowieści - to będą bajki. Spróbowałam przeczytać kobiece biografie tak, jak prawdopodobnie zrobiliby to bajkopisarze - wpisałam je w scenariusze ulubionych baśni naszego dzieciństwa. Książka składa się z pięciu części zatytułowanych: Kopciuszek, Śpiąca Królewna, Księżniczka na ziarnku grochu, Piękna i Bestia, Królewna Śnieżka. W każdej pomieściłam portrety kobiet, których dzieje często znamy, a jednak ciągle chcemy o nich czytać, tak jak w dzieciństwie lubiliśmy słuchać wciąż tych samych bajek. Będzie wśród nich kilka opowieści, które znacie z bloga, ale w większości to rzeczy zupełnie nowe.

Mam nadzieję, że Bajki „będą się czytać”, nawet przez tych, którzy historii nie cierpią, bo tak jak mnie drażni ich i odstręcza dominujący styl opowieści o przeszłości, pełen wypranych z emocji banałów, któremu towarzyszy kompletnie niezrozumiałe (w tym kontekście) poczucie wyższości. Mój znajomy historyk stwierdził co prawda, że całość wygląda tak, jakby to Bridget Jones zabrała się za pisanie książki historycznej, ale - dodał na koniec - jemu też się dobrze czytało. I choć po lekturze rzucił się do weryfikowania błędów merytorycznych, to jakoś ich nie wytropił.

Książka, która lada dzień ukaże się w wydawnictwie Znak, trafi do księgarń 24 sierpnia, a już od 17 sierpnia dostępna jest w zakupach online (szczegółowe informacje znajdziecie w ramce obok po kliknięciu w okładkę).

Razem z tą publikacją zmuszona jestem rozstać się z miłą anonimowością blogera, ale nie rezygnuję ani ze swego wydumanego nicka, ani z bloga. Kolejne opowieści wciąż będą się tu pojawiać, choć pewnie mniej regularnie niżbym chciała. W planach już następna książka…

piątek, 7 sierpnia 2015

Złota Adela i żelazna Maria


Kobieta na obrazie ma rozchylone usta i wielkie senne oczy o ciężkich powiekach. Jej głowa z falą ciemnych włosów rozkwita nad wiotką szyją, ujętą w srebrzystą klamrę kolii, tak jakby potrzebowała wsparcia. Białoróżowa skóra twarzy, dekoltu i splecionych dłoni wydaje się jeszcze delikatniejsza w zderzeniu z szalejącą w tle złocistą burzą. Tworzy ją bajeczna mozaika rozedrganych ornamentów i symboli – wszystko tam płonie i błyszczy, a miodowa suknia modelki roztapia się w roziskrzonej kąpieli tła, które artysta skleił z płatków złota.

Ten królewski portret towarzyszył małej Marii przez całe dzieciństwo i wczesną młodość. Wisiał w wiedeńskim domu jej wuja. Maria wiedziała, że kobietą na obrazie jest jej ciotka Adela Bloch-Bauer, ale łatwo było o tym zapomnieć, gdy godzinami się na niego gapiła, snując w wyobraźni bajki o egzotycznej księżniczce uwięzionej w bursztynowym zamku.

Nie tylko jej złociste malowidło zapierało dech w piersiach. Do domu wujostwa ściągały całe tłumy, żeby napatrzeć się na „Złotą Adelę”, jak nazywano portret namalowany w 1907 roku przez mistrza numer jeden wiedeńskiej secesji Gustava Klimta. Obraz uchodził za jedno z jego najlepszych dzieł, no i w dodatku można było skonfrontować wizję artysty z oryginałem, bo modelka siedziała tuż obok. 


Adela Bloch-Bauer
Na ogół rozczarowania nie było. Adela Bloch-Bauer stanowiła idealne uosobienie muzy artystów epoki wiedeńskiego fin de siècle’u (a myślę, że w każdej innej byłoby tak samo). Smukła i krucha, o wąskiej twarzy bez uśmiechu, czytująca klasyków w oryginale i upozowana wśród pięknych przedmiotów swego luksusowego domu przy wiedeńskiej Elisabethstrasse, sprawiała wrażenie cierpiącej i chorej. Ale mała Maria zapamiętała też, że umiała się zapalić i spowita w swoją poetycką czerń dryfowała po salonie z cygarniczką w smukłych palcach, kopcąc jak komin i gorąco dyskutując z zaproszonymi gośćmi. A w jej salonie gromadziły się wszystkie tuzy artystycznego światka Wiednia. Bywali tam kompozytorzy Gustav Mahler i Richard Strauss, pisarze Stefan Zweig i Jakob Wassermann, aktorzy z Burgtheater i artyści z kręgu Gustawa Klimta. Oraz oczywiście sam Klimt, dzięki któremu Adela przeszła do historii, bo uwiecznił ją na jednym ze swoich najlepszych obrazów.

O tym obrazie, nazywanym dziś „austriacką Moną Lisą” – do niedawna magnetycznym cacku narodowej galerii w Wiedniu, ściągającym doń tłumy ze wszystkich zakątków globu – od kilku lat aż huczy w światowych mediach. Stał się on bowiem powodem niezwykłej sądowej batalii. Oto pewna starowinka z Ameryki uznała, że austriacka galeria to dla „Złotej Adeli” miejsce najgorsze z możliwych. Że wisi tam tylko przez pomyłkę. Przez nierychliwość sądów historii, które zawsze się ociągają z wydawaniem sprawiedliwych wyroków. Pozwała więc austriackie państwo do sądu i – choć wszyscy byli pewni, że jej fantastyczna batalia skończy się fiaskiem – postawiła na swoim. Zabrała obraz do siebie.

Maria Altmann w życiu i w filmie. W "Złotej damie" zagrała ją Helen Mirren
Ową starowinką, jak się już pewno domyślacie, była Maria, która w dzieciństwie tkwiła zafascynowana przed złotym portretem swojej ciotki. I której historię możemy teraz oglądać w filmie „Złota dama” (2015). Dodajmy od razu – Maria nie była żadną wybitną osobą obdarzoną niezwykłym talentem, nikim, komu pisarze chcieliby poświęcać na wyścigi sążniste biografie, a filmowcy swoje dzieła. Była zwykłą kobietą, jak większość z nas. Ale pod koniec życia zdobyła się na czyn, który zapewnił jej miejsce w podręcznikach historii, tak jak wcześniej jej ciotce, sławnej dzięki arcydziełom Klimta.

Maria młodość miała szczęśliwą i wartą pięknych wspomnień. Urodziła się w 1916 r. w zamożnej rodzinie prawnika z Wiednia, w której oprócz robienia pieniędzy ceniło się sztukę. Wspominała potem, że co wieczór mieli w domu koncert muzyki kameralnej z występami jej ojca, grającego Mozarta na swojej ukochanej wiolonczeli z pracowni Stradivariusa. Z kolei wuj Marii, bogaty właściciel rafinerii cukru Ferdynand Bloch-Bauer, słynął z posiadania niewielkiej kolekcji dzieł Klimta, w tym wspaniałych portretów swojej żony Adeli. 

Plotkowano, że smutną Adelę połączyło z Klimtem coś dużo więcej niż chwile przy sztalugach. W końcu była jedyną spośród jego modelek, którą namalował więcej niż raz (aż trzy razy), a praca nad najsławniejszym złocistym portretem zajęła mu niezwyczajnie dużo czasu, bo cztery lata. Zaciekawiona Maria próbowała dopytywać matkę o szczegóły rzekomego romansu ciotki, ale oczywiście została ofuknięta i usłyszała, że wszystko to bzdury. 

Drugi portret Adeli namalowany przez Klimta w 1912 roku

Judyta z głową Holofernesa (1901),
 trzecie arcydzieło Klimta z twarzą Adeli
Wujostwo nie mieli własnych dzieci, więc Maria i jej rodzeństwo byli im szczególnie bliscy. Hojność wuja dziewczyna odczuła najmocniej, gdy się zakochała i zdecydowała poślubić młodego śpiewaka operowego Fritza Altmanna. Wuj w prezencie ślubnym podarował jej wówczas diamentową kolię – tę samą, która otacza szyję jej ciotki na złocistym portrecie. Był rok 1937, krucha i chorowita Adela nie żyła już od ponad dekady i Maria poczuła się tak, jakby teraz ona stała się bohaterką tej czarodziejskiej bajki o złotej królewnie, która pisała jej dzieciństwo.

Ale bajkowego zakończenia nie było w planach. Bo rok po ślubie Marii nastąpiło coś, co w książkach do historii zapisane jest jako Anschluss, aneksja Austrii. Do Wiednia wkroczyli hitlerowcy. Maria te dni zapamiętała tak: Austriacy wiwatowali, Żydzi płakali. Bo nagle się okazało, że to ten podział będzie teraz wyznaczać losy ludzi i decydować o ich być albo nie być. A Maria była z żydowskiej rodziny, dla niej zaczynał się czas na łzy.

Wszystko potoczyło się piorunująco szybko. W jedną noc aresztowano w Wiedniu ponad 6 tysięcy Żydów, większość wysyłając do obozu koncentracyjnego w Dachau. Trafił tam również Fritz Altmann, mąż Marii. Wiedeńskie synagogi stanęły w ogniu, a żydowskie sklepy i domy padły łupem ludzi w czarnych mundurach. Z domów Bloch-Bauerów esesmani wynieśli wszystkie cenne przedmioty – wiolonczelę ojca Marii, porcelanę, obrazy Klimta, rodzinne klejnoty. Diamentową kolię Adeli i Marii miała teraz nosić Emma, żona Hermanna Göringa. Świat Marii zniknął w jednej chwili. Na szczęście udało jej się ocalić najważniejsze – własne życie.

Razem z Fritzem – którego brat wyciągnął z Dachau, płacąc za niego wielki okup – uciekli do Liverpoolu, a potem do Ameryki, do Los Angeles. Byli młodzi, jakoś ułożyli sobie życie. Fritz dostał pracę w spółce lotniczej, Maria otworzyła sklep z kaszmirowymi tkaninami. Jak wielu ocalałych z Zagłady starała się stłumić wspomnienia strasznych dni, jak najmniej myśleć o tym kogo i co straciła. Zmieniło się to dopiero, gdy była już starszą panią, po osiemdziesiątce. Pod koniec życia częściej wspomina się jego początek, wtedy zawsze dzieciństwo i młodość stają się bliższe i droższe. Maria też coraz częściej wracała do sielskich dni młodości w Wiedniu, a w centrum tych wspomnień – niczym symbol utraconego świata – zawsze był złocisty portret ciotki Adeli.

Wiedziała, że obraz jest główną ozdobą wiedeńskiej galerii Belvedere, ale jakoś nigdy nie przyszło jej do głowy, by domagać się zwrotu. Tak, jakby arcydzieła miały prawo do własnego życia, w którym nieistotna jest jakaś forma własności. W ten sposób Maria myślała o złotej Adeli przez całe swoje amerykańskie życie. Ale teraz miało się to zmienić.

W Austrii lat 90. zaczął się czas rozliczeń z wojenną przeszłością kraju, wychodziły na jaw coraz bardziej zawstydzające fakty, w tym brzydka, nazistowska przeszłość prominentnych polityków (z prezydentem Kurtem Waldheimem włącznie). Pisano też wiele o zrabowanym majątku Żydów i o tym, że setki wspaniałych dzieł sztuki wystawianych w austriackich muzeach – rzeźb, grafik, obrazów, porcelany, biżuterii – to efekt zwykłej grabieży. Cała ta debata doprowadziła do uchwalenia ustawy o restytucji dzieł sztuki, która ofiarom Anschlussu i ich spadkobiercom otwierała drogę do walki o odzyskanie zagrabionych majątków. Dopiero wtedy osiemdziesięciolatka z Los Angeles zrozumiała, że „Złota Adela”, w której plakat zawieszony ścianie wpatrywała się przez lata, naprawdę należy do niej. I że jej odzyskanie to żaden kaprys, ale zwykła sprawiedliwość.

No więc stara Maria Atlmann poszła na wojnę. Z pomocą młodego prawnika dotarła do testamentu wuja Ferdynanda, w którym stało jasno: cały swój majątek zapisał Marii i jej rodzeństwu. Co prawda, ciotka Adela na dwa lata przed śmiercią naskrobała w liście do męża, żeby jej złocisty portret oddać galerii Belvedere, ale czy mogła przewidzieć, jak brzydko historia stanie jej w poprzek? Miała to szczęście, że umarła na długo przedtem, nim Austria padła łupem III Rzeszy, nie widziała, jak współmieszkańcy jej ukochanego miasta fetują nadejście bandytów w czarnych mundurach. Jej mąż, ograbiony przez rodaków z całego majątku, prośby żony nie uwzględnił w testamencie. Zanim zmarł w 1945 roku w Szwajcarii, zapisał wszystko swoim młodym krewnym. I tak, kierując się jego ostatnią wolą, Maria zażądała od austriackiego państwa, by zwróciło jej to, co z tego majątku zostało – pięć obrazów Klimta zdobiących wiedeńskie muzea.


Osiem lat – tyle trwała wojna sędziwej Marii, prowadzona w sądowych salach. I zakończyła się sukcesem tak niebywałym, że okrzyknięto go światowym precedensem. W roku 2006 austriackie państwo oddało Marii portret jej ciotki i pozostałe obrazy Klimta, bo zwyczajnie nie zdołało zebrać pieniędzy na ich odkupienie. Wartość obrazów oszacowano na 150 milionów dolarów i była to w Austrii najwyższa suma, na jaką wyceniono dzieła sztuki zwracane w ramach ustawy o restytucji. 



Maria Altmann przez cały czas tej batalii powtarzała, że chodziło jej o sprawiedliwość, ale i tak na koniec wytknięto jej, że o kasę. Bo kiedy już odzyskała „Złotą Adelę”, nie zatrzymała jej w domu, ale sprzedała za gigantyczną sumę 135 mln dolarów spadkobiercy imperium kosmetycznego Estée Lauder. Postawiła Lauderowi tylko jeden warunek – by obraz stale był wystawiony w jego nowojorskiej galerii i dostępny publiczności. Zniesmaczony krytyk sztuki „New York Timesa” napisał po tej transakcji, że na Holokauście można nieźle zarobić i że w obliczu takiej kasy sprawiedliwej wojnie Marii mocno ubyło szlachetności. W odpowiedzi przyjaciele Marii prześcigali się w tłumaczeniach, że „Złota Adela” nie należała tylko do niej, że wpływy trzeba było podzielić między wszystkich spadkobierców Ferdynanda, że żadnego z nich nie byłoby stać na ubezpieczenie arcydzieła, gdyby chcieli je zatrzymać. Zapewniali też, że duża część pieniędzy poszła na cele charytatywne, a sędziwa Maria do końca żyła w swoim skromnym domu w Los Angeles (zmarła w 2011 roku, w wieku 94 lat) i cieszyła się z tego, że może sobie pozwolić na opiekę domową i nową zmywarkę do naczyń.

Cóż, wcale nie miałabym jej za złe, gdyby na stare lata zamieszkała w pałacu i jeździła rolls-roycem z kierowcą. W końcu to były dobra jej rodziny, a świętym prawem dzieci jest decydowanie o majątku swoich przodków. Niczego tu nie zmienia fakt, że na chwilę zagarnęli go bandyci w czarnych mundurach. Historia ich osądziła i wydała najsurowszy wyrok, jakim więc cudem nadal mieliby dyktować warunki tym, których skrzywdzili?

A poza wszystkim hałas, jaki zrobiła Maria swoją batalią, opłacił się z innego powodu – głośno przypomniał ludziom o majątku zagrabionym przez Niemców z okupowanych krajów. I o tym, że nic tu nie jest skończone, że rachunki są wciąż niewyrównane. 

Niemcy grabią dzieła sztuki z warszawskiej Zachęty, lato 1944
Już my w Polsce najlepiej wiemy, jakie to ważne. Z naszych muzeów w czasie II wojny światowej Niemcy ciężarówkami wywozili arcydzieła. Część z nich udało się odzyskać, ale lista zaginionych jest o niebo dłuższa, los wielu wciąż jest nieznany (w tym najsławniejszego z nich, „Portretu młodzieńca” Rafaela z kolekcji Czartoryskich). To jednak wcale nie znaczy, że tak już zostanie. Przecież obrazy ciągle wracają. Pamiętamy historię sprzed pięciu zaledwie lat ze słynną „Pomarańczarką” Gierymskiego. Zrabowana z Muzeum Narodowego po upadku Powstania Warszawskiego i uznana za zaginioną, nagle w 2010 roku pojawiła się na aukcji w jakiejś mieścinie pod Hamburgiem. Po interwencji naszego ministerstwa kultury i długich negocjacjach znów można zajrzeć jej w oczy w warszawskim muzeum. Wróciła do domu po blisko 70 latach. Tak jak Adela do Marii. To właśnie dzięki temu, że takie historie stają się nośne i głośne, wciąż mamy nadzieję choćby na drobne odkupienie zła tamtych czasów.

Aleksander Gierymski, Pomarańczarka albo Żydówka z pomarańczami, 1880-81
Zdjęcia: Wikimedia Commons, Filmweb.pl

sobota, 18 kwietnia 2015

Mezalians

Mezalianse zwykle są wynikiem gorącej miłości dwojga ludzi nierównego stanu, którzy znajdują w sobie dość siły, by się pobrać mimo niechęci otoczenia. Ten jednak był zupełnie inny. Tutaj młodzi nawet się nie znali, a decyzja o ich małżeństwie zapadła w politycznych gabinetach, a nie podczas romantycznych schadzek. Dziwne? W istocie, dziwne, decyzja ta wprawiła w osłupienie całą osiemnastowieczną Europę, a najbardziej zbulwersowani byli Francuzi, bo dotyczyła ich wspaniałego kraju i równie wspaniałego monarchy – młodziutkiego Ludwika XV, któremu wyswatano na żonę jakąś zupełnie nijaką Polkę.

„Małżeństwo to zadziwia wszystkich, ponieważ w gruncie rzeczy w żaden sposób nie przystoi królowi Francji” – zanotował w pamiętniku zniesmaczony paryski adwokat Edmond-Jean- François Barbier i taka opinia dominowała wśród jego rodaków. Francuzom trudno było pojąć, że ich piętnastoletniemu królowi, który zapowiadał się na wyjątkowego władcę i bardzo atrakcyjnego mężczyznę, wybrano taką żonę – niepiękną, blisko siedem lat starszą Marię Leszczyńską, pannę z miernego rodu, w dodatku biedną jak mysz kościelna. Ojciec Marii, Stanisław Leszczyński, nigdy nie należał do wielkich arystokratów – został co prawda wybrany polskim królem, ale ledwo pięć lat posiedział na tronie, a teraz żył na wygnaniu, coraz bardziej zapomniany. Wiadomość z Paryża była dla niego niczym gwiazdka z nieba. Gdy ją dostał, wparował do salonu, gdzie żona z córką siedziały pochylone nad haftem i wykrzyknął:
- Córko, padnijmy na kolana i podziękujmy Bogu!
- Cóż takiego, ojcze, czy wzywają cię może z powrotem na tron?
- Niebo zsyła nam o wiele więcej: jesteś królową Francji! 


Ten niespodziewany dar losu Leszczyńscy zawdzięczali skomplikowanym łamigłówkom politycznym, które pochłaniały doradców małoletniego króla. Chcieli oni, by Ludwik jak najszybciej się ożenił i spłodził następców, ślęczeli więc nad opasłym spisem europejskich księżniczek, szukając mu (czy raczej państwu) żony idealnej. Mieli ich prawie sto na liście, ale koniec końców wyszło im, że nadaje się tylko ta jedna – „Marie Leczinska”, jak mówiono, bo tylko ona jest właściwego wyznania, opcji politycznej, no i ma dokładnie tyle lat, ile trzeba, żeby szybko zapełnić stadkiem dzieci wersalskie komnaty. Czekano więc na polską królewnę. 

Zameldowała się na miejscu 4 września 1725 roku już jako żona, bo ślub per procura został zawarty kilka miesięcy wcześniej. Ale tego wrześniowego poranka pod Fontainebleau młoda para miała spotkać się po raz pierwszy. 

Paryżanie mieli jak najgorsze przeczucia. „Wszyscy są ciekawi – notował Barbier – w jaki sposób przyjmie ją król, który jest oziębły, jest jeszcze dzieckiem i nie wykazuje żadnego zainteresowania kobietami. A Maria nie jest piękna ani nawet ładna, a przy tym nieśmiała. Można się zastanawiać, czy małżeństwo to zostanie skonsumowane czy nie” – zakończył Barbier, który już niebawem musiał poczuć się nieźle zaskoczony. 

Bo to pierwsze spotkanie wbrew wszelkim przewidywaniom pobiegło doskonale, od samego początku. Gdy tylko Maria wysiadła z karety, spróbowała pacnąć na kolana przed najjaśniejszym majestatem Francji, na co ów majestat zareagował jak należy, unosząc ją natychmiast i całując w oba policzki. Ludwik, zazwyczaj skryty i pełen rezerwy, zaskoczył wszystkich ożywieniem, „jakiego nigdy wcześniej u niego nie widziano”. Ani na krok nie odstępował żony, wpatrzony w nią jak w obrazek, a noc poślubna rozwiała ostatecznie wszelkie wątpliwości co do ich dopasowania. Para nie wychodziła z łóżka przez z górą dziesięć godzin, podczas których – jak usłużnie doniesiono Leszczyńskiemu – młodziutki król obdarzył jego córkę „siedmioma [!] dowodami swojej czułości”. 

Natura zrobiła swoje, a Barbier mógł na koniec tylko pomarudzić, „jak ogromne szczęście spotkało tę księżniczkę, która w ciągu kilku miesięcy przeszła od położenia najbardziej smutnego i rozpaczliwego do najwspanialszego. Wstąpiła ona na przekór wszelkiemu prawdopodobieństwu na pierwszy tron w świecie, a za męża dostała najprzystojniejszego i najlepiej zbudowanego księcia na dworze, mając przy tym jeszcze i to szczęście, że mu się podoba”. 
Dwudziestosiedmioletnia Maria,
od pięciu lat królowa Francji

Właściwie nie było powodu, żeby się nie podobała – wbrew temu, co pisano, była pociągająca. Miała ten typ urody, który bywa nazywany pospolitym, ale jest całkiem miły dla oka, i to na tyle, że potrafi uwodzić tłumy. Spójrzcie tylko na hollywoodzkie gwiazdy w typie Kirsten Dunst. Maria była podobna, miała szeroką, pozbawioną subtelności twarz słowiańskiej blondynki, ale do tego ujmujący, promienny uśmiech i zgrabną figurę – w sumie atutów aż nadto, by każdy piętnastolatek stracił głowę. 

Mogło być dobrze. Mały król Ludwik mógł mieć w żonie nie tylko kochankę, ale i najlepszą przyjaciółkę. Wrażliwy dzieciak bardzo potrzebował takiej bliskości, straszliwie osamotniony na swoim wspaniałym dworze. Wbrew pozorom życie miał dotąd dość ponure – osierocony w wieku dwóch lat, jako pięciolatek zasiadł na tronie po śmierci ostatniej bliskiej mu osoby, wielkiego Króla Słońce i ukochanego pradziadka w jednym. Wyrwany z ramion czułych nianiek i opiekunek, trafił do męskiego świata, stając się jego centrum. Z jednej strony składano mu hołdy, schlebiano, rozwijano poczucie wyższości; z drugiej zaś obarczano tysiącem obowiązków i ekspresowo wdrażano do roli władcy. Malec radził sobie z tym tak, jak każde samotne dziecko – zamykał się w sobie, miał napady melancholii i nienajlepsze zdanie o sobie, a dworskiego życia nienawidził i bardzo się go bał. Gdy Maria stanęła na jego drodze, był skrytym, ponurym odludkiem, zagubionym nastolatkiem nie radzącym sobie z własnymi emocjami. Kobieta taka, jak ona – miła i wrażliwa, prostolinijna i zważająca na uczucia innych – miała szansę to zmienić. Mogło być dobrze.

A jednak nie było. Marii zwyczajnie zabrakło odwagi, tej odwagi, którą później znajdą wszystkie liczne kochanki Ludwika. Mogła przecież niedojrzałego króla ulepić po swojemu, „mając to szczęście, że mu się podoba”. Ale nawet nie przyszło jej to do głowy. Z natury nieśmiała i delikatna, była teraz dodatkowo spętana tym powszechnym poczuciem, że nie jest dość dobra dla władcy najwspanialszego domu Europy. Wytworny wersalski dwór, pełen misternie tkanych intryg, był dla niej jeszcze bardziej przerażający niż dla jej nastoletniego męża. Nie miała ani ambicji, ani talentów, by układać go na swój sposób. Szybko to zauważono. „Królowa – notował jeden z wersalskich dworzan – nie zna sztuki przywiązywania do siebie osób z własnego dworu. Ani jej nie nienawidzą, ani jej nie kochają. Przyciąga, okazując swoje względy, odpycha, czyniąc swoją przyjaźń zbyt banalną. Jej sercu brak inteligencji”.

Poczciwa Maria nie pasowała do wyrafinowanego Wersalu. A wkrótce się okazało, że do Ludwika także nie będzie pasować. Historycy piszą, że ich związek był na początku udany. Owszem, jeśli ocenę ograniczymy wyłącznie do sypialni. Rok po roku pojawiał się świecie dowód tej alkowianej harmonii – kolejne dziecko (w ciągu dziesięciu lat Maria urodziła osiem córek i dwóch synów). Ale to by było na tyle. Poza wspólnymi nocami małżonków praktycznie nic nie łączyło. Maria – wedle jej sławnej skargi – była przecież „wiecznie w łóżku, wiecznie w ciąży, wiecznie w połogu”, jej codzienność biegła zupełnie innym torem niż życie dworu, pełne imprez, bali, polowań, nieustannych rajdów po licznych monarszych rezydencjach. Nic dziwnego, że młody król po siedmiu latach małżeńskiego życia zaczął się z żoną nudzić. Dorósł, nabrał pewności siebie, uwierzył w końcu, że jest centrum wersalskiego światka i że to jego osoba wprawia go w ruch. Spojrzał na swoje małżeństwo oczami własnych dworzan – i tak jak oni skłonny był uznać je za zawstydzający mezalians.


Ludwik XV na portrecie z 1748 roku
Właściwie każdy przyznałby mu rację, wystarczyło na nich spojrzeć. On dorósł, ona przedwcześnie się zestarzała. On zmienił się w urzekającego mężczyznę, ona – w otoczoną pęczniejącym wianuszkiem dzieci matronę, wyglądającą na jego matkę. Ten kontrast złośliwie punktował sławny wenecki awanturnik i uwodziciel Giacomo Casanova, który pojawił się na wersalskim dworze. Piał z zachwytu nad królem: „Ludwik XV miał wspaniały wygląd… Nigdy nie pojawił się malarz tak zręczny, aby właściwie przedstawić ten ruch głową, jaki czynił, kiedy odwracał się, żeby na kogoś spojrzeć…”. O Marii, która zaprosiła go na kolację, wyprodukował taki kawałek: „Widzę królową Francji bez barwiczki, w obszernym czepku, wyglądającą jak stara dewotka i dziękującą dwóm mniszkom, które postawiły na stole talerz z twarożkiem (…) Królowa zaczęła jeść, nie zerkając na nikogo i wpatrując się w talerz”. 


Różnicę wieku królewskiej pary dobrze było widać w filmie
 "Markiza de Pompadour, królewska faworyta" (2006) 
Stara, nudna dewotka nad talerzem twarożku i adonis, którego wspaniałości nie odda najlepszy malarz – no i jak im mogło być po drodze? Po siedmiu latach prób pogodzenia tej wody z ogniem drogi Marii i Ludwika rozeszły się nieodwołalnie i ostatecznie. On trafił w ręce przebojowych i zręcznych kochanek, które wiedziały, jak należy króla zabawić, w czym go wyręczyć i w jaki sposób do siebie przywiązać. W przeciwieństwie do Marii nie miały najmniejszych oporów, by lepić go po swojemu. To kochanki Ludwika – w tym najsławniejsza z nich Madame de Pompadour – zaczęły nadawać ton na francuskim dworze, odciskając piętno na stylu całej epoki, tak w dobrym, jak i złym znaczeniu. 

Maria usunęła się na ubocze. Z początku, informowana o zdradach męża, próbowała o niego walczyć – wpadała w rozpacz, płakała, prosiła, ale w końcu pogodziła się z losem. Stworzyła sobie świat równoległy do pełnego blichtru, roziskrzonego Wersalu. Wiodła spokojne, domowe życie, bez przymusów etykiety, otoczona kochającymi ją dziećmi i garstką przyjaciół.

To był ulubiony portret królowej, namalowany przez Jean-Marca Nattiera w 1748 r.
Maria w czerwonej sukni wygląda zwyczajnie, bez jaśniepańskiego blichtru.
Niewiele królowych chciało sobie pozwolić na taki wizerunek,
pozbawiony atrybutów władzy, z książką zamiast korony 
Ludwikowi trzeba przyznać jedno – nękany zapewne poczuciem winy, pozostawił żonie swobodę, jakiej królowe Francji nigdy wcześniej nie miały. Zmuszano je do całkowitego zerwania wszelkich więzów z przeszłością, Maria była wyjątkiem. Nadal utrzymywała kontakty z rodzicami, mogła ich nawet odwiedzać. W 1765 roku pojechała z wizytą do swego ojca, do Lunéville, obejrzeć kraj, w którym teraz panował. Stanisław Leszczyński miał za sobą drugą batalię o polski tron, która skończyła się tak, jak pierwsza – jeszcze szybszą detronizacją. Koronę Rzeczpospolitej przehandlował za Lotaryngię, którą miał dożywotnio władać. Przyobiecał przy tym zięciowi, że po śmierci zostawi mu swoje bogate księstwo, jako zaległe wiano Marii. Dwa tylko Francji zdarzyły się takie wspaniałe posagi – pierwszy Anny Bretońskiej, który pod koniec XV wieku pozwolił przyłączyć do korony jej znakomity region. Drugim była Lotaryngia naszej królewny. 

Oprócz tego wyjątkowego wiana Maria zapisze się w pamięci swoich poddanych jako „dobra królowa”, może trochę nudna, trochę naiwna, ale godna miłości i szacunku patronka starego porządku. Zupełnie inaczej niż jej wspaniały małżonek. Na początku swojej drogi nazywany „ukochanym”, zacznie budzić coraz większą niechęć, a z czasem nienawiść. Jego bulwersujące obyczaje, rozwiązłość, przyzwolenie na obecność metres w życiu publicznym, wszystkie postępki niszczące prestiż monarchii przyczynią się do jej końca, sprowokują gniew ludu, który cały ten wyrafinowany wersalski świat zmiecie jednym ruchem za sprawą Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Pamiętajmy, że wybuchnie ona zaledwie piętnaście lat po śmierci Ludwika XV. 

Całkiem inaczej wygląda małżeństwo Marii i Ludwika, jeśli przyłożyć do niego historyczną miarę. Zawstydzający mezalians? Zgoda, tylko dla kogo?

Źródła m.in.:  Jacques Levron, Maria Leszczyńska. Polska królowa Francji, 2007; Benedetta Craveri, Kochanki i królowe. Władza kobiet, 2008

piątek, 1 sierpnia 2014

Dyskobolka

70. rocznica Powstania Warszawskiego. Czas opowieści o dziewczynach idących na czołgi z butelkami benzyny, o bohaterskich łączniczkach i sanitariuszkach, o powstańczych miłościach, ślubach i śmierciach. A ja Wam opowiem o żołnierzu. O kobiecie, która nie pasuje do powstańczych piosenek, choć w powstaniu brała udział. Która nie była nastoletnią romantyczką. Która walczyła, choć widziała też bezsens tej walki i zdawała sobie sprawę, jaką krwawą jatką się zakończy. I która zrobiła co się da, by ocalić swoje dziewczyny przed bezsensowną śmiercią. 

Przewodziła batalionowi Dysk - był to jedyny powstańczy oddział złożony z samych kobiet. Nie słyszałyście? Ja do niedawna też nie, w szkole nie uczyli. Bataliony Zośka, Parasol, zgrupowania Radosław, Żywiciel, Chrobry - te nazwy znamy jak pacierz, wymieniamy na jednym oddechu. O Dysku mają pojęcie tylko ci, którzy trochę głębiej siedzą w temacie, czyli mniejszość. Powołano go w Armii Krajowej już w 1942 r. jako oddział dywersji i sabotażu kobiet (stąd nazwa). A to dlatego, że było strasznie dużo dziewczyn, które nie miały ochoty być wiecznie spychane do formacji pomocniczych, ale robić to, co chłopaki - strzelać, wysadzać mosty, zdobywać broń. Chciały mieć własny oddział, a w dodatku mogły liczyć - nie zgadniecie - na całkiem profesjonalną kobiecą kadrę.

Szefową Dysku została Wanda Gertz (ps. Lena), żadna tam młódka, jak większość jej oddziału, tylko kobieta grubo po czterdziestce i z życiorysem prawdziwego żołnierza. Historyczka Anna Nowakowska, która kilka lat temu napisała o niej książkę, twierdzi, że Wanda po prostu urodziła się żołnierzem. Ale co się dziwić. Przyszła na świat w domu powstańca styczniowego, wyrosła w kręgu tych wszystkich zaraźliwych opowieści o zrywach, wojnach i powstaniach, gdzie o wartości człowieka przesądza szabla w dłoni i gotowość do bitwy o swój kraj. Nie trzeba mieć dużo lat, żeby dać się uwieść. Mała Wandzia bawiła się żołnierzykami, których miała w pudełkach sto razy więcej niż lalek i marzyła, by w przyszłości jak oni siedzieć na koniu i nosić taką samą piękną, kolorową czapeczkę.

Wanda w rogatywce - wymarzonej
od dzieciństwa pięknej czapeczce 
Wcale się na tych dziecięcych marzeniach nie skończyło. Jej czas dojrzewania przypadł na lata przed pierwszą wojną światową, której wybuch dał Polakom nadzieję na niepodległość. A Wanda chciała, więcej, ona MUSIAŁA być wśród tych, co się o nią biją! Przełożona ze szkolnej drużyny harcerskiej skontaktowała ją z podoficerami rekrutującymi do I Brygady Legionów Polskich. Mieli oni co prawda kategoryczny zakaz zabierania na front kobiet, ale czy dla jakiejkolwiek dziewczyny, pragnącej czegoś nad życie, taki zakaz mógł być przeszkodą? Dziewiętnastoletnia Wanda stanęła na komisji poborowej. Z obciętymi włosami, w męskich ciuchach i z fałszywymi papierami. Jako Kazimierz Żuchowicz. Dodajmy od razu - komisja nie dała się zwieść. Sporo miała takich przypadków. Młodziutki rekrut z rumieńcem na gładkiej buzi, kategorycznie odmawiający oględzin przed komisją lekarską, od razu naprowadzał na właściwy trop. „Obecny przy tej rozmowie pisarz, wyraził przypuszczenie, iż jestem przebraną niewiastą - wspominała Wanda po latach. - Trudno mi było zaprzeczyć. Trzeba było tylko prosić, aby nie odesłano mnie do domu”.

Nie odesłano. I miedzy innymi z tych powodów lubię to młode wojsko Piłsudskiego - dobrze wiedzieli, że zgłaszają się do nich dziewczyny, szurnięte patriotki, a mimo to nie wyrzucali ich za drzwi. Jasne, mieli zakaz zabierania kobiet na front, ale… eee… takiego Żuchowicza i paru innych -iczów chyba to nie dotyczy? Bardzo często wszystko kończyło się tak, jak w przypadku Wandy: wiemy, co i jak, ale postaramy się znaleźć „morowego oficera”, który zabierze cię na front.

No i znaleźli. No i ją zabrał. No i poszła bić się o Polskę, no i ją wywalczyła. Wcale nie tkwiąc, jak zazwyczaj kobiety, w szpitalach czy obozowych kuchniach. Biła się w 2 baterii haubic, siedziała w ziemiankach, przeżywała takie samo frontowe piekło, jak mężczyźni. Głupio to brzmi, ale było tak, jak w marzeniach.

Już w wolnej Polsce ppor. Wanda Gertz została komendantką II Ochotniczej Legii Kobiet w Wilnie. Była to kolejna formacja pomocnicza (aprowizacja, sanitarka, te rzeczy), ale podczas wojny z bolszewikami, w czasie walk o Wilno, dziewczyny poszły z karabinami na front. O tych 250 kobietach broniących miasta opowiedział wtedy całemu światu reporter „The Times”. „Dowódca - pisał - kobieta oficer, nazwiskiem Goersz, lat 25, miała romantyczną karierę. W 1914-1915 spędziła 8 miesięcy walcząc u Piłsudskiego na froncie galicyjskim w regimencie artylerii przebrana za chłopca. Przystojna i bystra w zachowaniu”. Teraz już nie musiała przebierać się za chłopca, nosiła mundur kobiecego batalionu - kurtkę khaki, niebieską spódnicę i wysokie buty. Za udział w tej wojnie dostała Krzyż Virtuti Militari. I awans na porucznika. We wniosku o odznaczenie napisano: „Porucznik Gertzowa sama jedna konno patrolowała dniem i nocą okolicę, wielokrotnie ostrzeliwana przez ukrytego w lasach nieprzyjaciela” i to dzięki „jej energii dowództwo odcinka było zawsze dokładnie poinformowane o sytuacji ".

Po wojnie Legię rozwiązano, kobiety z wojska wyrzucono, ale Wanda i jej frontowe koleżanki nie zamierzały się poddawać. Może jeszcze nie było w armii miejsca dla dziewczyn, ale kto powiedział, że tak będzie zawsze? W miejsce zlikwidowanej OLK-i powołały Przysposobienie Wojskowe Kobiet, paramilitarną organizację, która miała kształcić im kadry. To był wielki ruch - miał w swoich szeregach ponad 47 tysięcy członkiń. Czy mogły się spodziewać, jak szybko ich umiejętności po raz kolejny zweryfikuje historia?

Wraz z wybuchem II wojny światowej karny żołnierz Wanda Gertz staje do obrony Warszawy, a potem stawia się jako „Lena” w ZWZ-AK. I tam właśnie od 1942 r. zaczyna dowodzić kobiecym oddziałem dywersji i sabotażu. Dziewczyny z Dysku kończą kurs podchorążówki i do roboty. Zaczynają od gazowania kin, rzucają zapalniki na wagony transportu wojskowego, wysadzają tory i mosty. Robią to, co koledzy. Rozpracowywanie i wyroki na gestapowców to też ich zadania. Mają swój udział także w tej najsłynniejszej akcji - likwidacji kata stolicy, szefa warszawskiego dystryktu SS Franza Kutschery.

W Powstaniu Warszawskim Dysk walczy w zgrupowaniu Radosław. Wanda sceptycznie patrzy na ten młodzieńczy zryw - za dużo już widziała na kolejnych frontach, by nie przewidzieć, jak krwawy będzie finał. Bo jest jak w powstańczej piosence - „walczyć nie ma czym”. W godzinie „W” czterdzieści dwie podkomendne Wandy Gertz mają 14 pistoletów i jeden ręczny karabin maszynowy. No prawda, są jeszcze butelki z benzyną. Ale z tym na czołgi?  Wanda wie, że jej główne zadanie to uchronić dziewczyny przed łatwą śmiercią. Wydaje im tysiące zakazów i obostrzeń, niektóre tego nie wytrzymują, uciekają do męskich oddziałów, gdzie nikt nie będzie tak się o nie trząsł.

Dysk w czasie powstania przechodzi szlak bojowy od Woli po Stare Miasto i Czerniaków. Ginie jedenaście dziewczyn, dziewięć zostaje rannych. Zważywszy na gigantyczne procentowo straty powstańczych oddziałów, chyba się Wandzie udało wykonać zadanie. 




Po upadku powstania kobiety po raz pierwszy w historii zostają uznane za jeńców wojennych. Wanda Gertz - od 23 września 1944 major Wojska Polskiego - dostaje nowe zadanie. Ma zająć się organizacją stalagów, oflagów i obroną praw przetrzymywanych tam kobiet. Przechodzi kolejno przez obozy w Ożarowie, Lamsdorf, Muhlberg, Molsdorf, Blankheim. I znów wywiązuje się z zadania - współwięźniarki mają w niej najlepszą opiekunkę, skoro zapamiętują głównie z niezliczonych skarg i zażaleń, jakimi bez przerwy nękała niemiecką komendanturę. 

Mjr Wanda Gertz
Po wojnie zostaje w Londynie. Twierdzi, że "w kraju nie odbywa się odbudowa, a przebudowa na rosyjską przybudówkę". Ale marzy o Polsce, jak może nie marzyć, jest przecież jej żołnierzem. Przychodzą najgorsze lata. Tęskniąc za Warszawą, umiera w nędzy na raka wśród kłócącej się wciąż emigracji. Pomimo ciężkiej choroby nie chce zapomogi - pracuje fizycznie w kolejowej kuchni. Niedługo przed śmiercią mówi żartem do przyjaciół-emigrantów: „Będę jeszcze przed wami w Polsce”. Ma rację. Umiera w 1958 roku, a dwa lata później staraniem towarzyszy broni jej prochy zostają sprowadzone do Warszawy i złożone na Powązkach, w kwaterze Parasola.

*

Nadałam temu postowi tytuł „Dyskobolka”. Myślałam nie tylko o powstańczym oddziale kobiet, ale także o sławnej rzeźbie Myrona. Wanda była trochę jak ten atleta z greckiego posągu, którego siłę i moc najlepiej obrazuje totalny spokój i koncentracja tuż przed rzutem. Prawdziwa moc - w czymkolwiek: sporcie, pracy, walce - nie potrzebuje widowiskowych gestów.

A my - słabeusze - dziś, jak co roku, zatrzymamy się na ulicach o 17.00 w hołdzie dla bohaterów płonącego miasta. Pamiętajmy wtedy o nich wszystkich - i o dziewczynach biegnących z butelkami pod czołgi, i o żołnierkach, których życie wymyka się łatwym romantycznym legendom.



Źródła: Anna Nowakowska, Wanda Gertz. Opowieść o kobiecie żołnierzu, Kraków 2009
Fotografie ze zbiorów Muzeum Postania Warszawskiego

środa, 25 czerwca 2014

Proszę łaskawie nie kopać, Mrs. Honeyball

Jest pogodny majowy dzień 1881 roku. Tłum na boisku w Edynburgu coraz bardziej gęstnieje, ludzie wdrapują się na drzewa, oblepiają słupki ogrodzeń. Każdy chce mieć jak najlepszy widok, bo zapowiada się historyczne wydarzenie: pierwszy oficjalny mecz piłki nożnej rozgrywany przez… kobiety! Już za chwilę wybiegną na murawę Szkotki i Angielki, i to w samych majtkach! O, właśnie się pojawiły. Szkotki prowadzi do boju 23-letnia Helen Matthews, występująca pod pseudonimem Mrs. Graham - bramkarka i spiritus movens całego przedsięwzięcia. To ona jest organizatorką drużyny rwących się do futbolu dziewczyn. I to jej zespół wygrywa! W pierwszej połowie Szkotki strzelają jedną bramkę, w drugiej jeszcze dwie. 

Rywalki oczywiście natychmiast żądają rewanżu. Odbywa się on dwa tygodnie później, tym razem w Glasgow. Angielkom przewodzi Mary Hutson, grająca pod pseudonimem Nettie Honeyball. Sufrażystka, emancypantka i amatorka piłki kopanej w jednym, co stanowi zestaw idealny, bo każda z tych pasji wyłącza ją z grona tzw. przyzwoitych kobiet. Zainteresowanie meczem w Glasgow jest jeszcze większe, schodzi się pięć tysięcy luda, to się nigdy nie zdarza na spotkaniach mężczyzn! Niestety, finał też jest niecodzienny. 

Wygląda to tak, jakby wiktoriańska publika tylko czekała na pretekst, który pomoże jej poradzić sobie z całym tym niezwykłym widowiskiem, Mniejsza, kto wygrywa, kto przegrywa, kto strzela, kto fauluje. Nieważne, my czy oni. Przecież po jednej i po drugiej stronie są te dziwaczne baby w cudacznych strojach i rolach - bez gorsetów, w majtkach zamiast spódnic, ganiające z wywieszonym ozorem za piłką. Trudno to strawić i przyswoić, a w takiej sytuacji wystarczy iskra, by doszło do wybuchu.

No i dochodzi. Gdy pod koniec pierwszej połowy Szkotki nieprzepisowo przejmują piłkę, z miejsc zrywają się rozjuszeni angielscy kibice i wszystko kończy się jak Pan Bóg przykazał - wielką bijatyką. Dziewczyny pierzchają z boiska, a ich miejsce zajmują panowie okładający się pięściami oraz policjanci okładający ich pałkami. Każdy walczy z każdym, nie bardzo wiedząc, o co i po co, byle tylko się wyładować.

Po tym spotkaniu mecze pań w Szkocji zostają oficjalnie zakazane. Jako nieprzystojne, nieobyczajne i wzniecające rozruchy. Jeśli Hellen Matthew miałaby ochotę organizować jeszcze jakieś kobiece rozgrywki, to niech zmiata ze Szkocji. Tu dla niej miejsca nie ma. 
Pionierki: Nettie Honeyball i Helen Graham Matthews

Te historie z początków kobiecego futbolu przywołuje Tim Tate w wydanej w ubiegłym roku książce „Girls with Balls: The Secret History of Women's Football”. Jak cała nowoczesna piłka nożna, tak i jej kobieca wersja narodziła się w XIX wieku na Wyspach Brytyjskich. Helen i Nettie to dwie najbardziej wyraziste postaci tamtych czasów, choć za wiele o nich nie wiemy. Dezaprobata wobec kobiet, które brały się za męskie zajęcia czy rozrywki, była wówczas tak powszechna, że większość z nich starała się maksymalnie chronić swoją prywatność. Niechętnie opowiadały o sobie, a na boisku kryły się pod pseudonimami, czasem męskimi, stąd o niektórych opowiadano fantastyczne historie. Na przykład świetnie grająca dziewczyna, występująca z ksywką „Tommy”, była w powszechnym mniemaniu chłopakiem, którego Angielki skaptowały do swojej drużyny.

Stosunkowo sporo wiemy o Nettie Honeyball, bo też jej najwięcej udało się osiągnąć. Pewnie dlatego, że miała ustosunkowaną protektorkę. Była nią lady Florence Dixie, arystokratka o dość burzliwym życiu, dziennikarka, jedna z ikon brytyjskiej emancypacji. Ona to wspólnie z Nettie założyła w 1894 roku British Ladies Football Club, pierwszą oficjalną angielską drużynę kopiących pań. Nie tylko o sport im szło. Nettie wyrąbała to wprost w wywiadzie dla pisma The Sketch: "Założyłam ten związek z postanowieniem pokazania światu, że kobiety nie są ozdobnymi i bezużytecznymi istotami, na jakie kreują je mężczyźni". A na koniec dodała, że po boisku prędko przyjdzie kolej na prawa wyborcze i parlament. Fantastka, prawda? Bo okazało się, że tak łatwo to nie będzie. 
British Ladies Football Club. Nettie stoi druga od lewej, 1895
Tym niemniej klub powstał, lady Florence została prezeską, Nettie kapitanem, i wspólnie zaczęły organizować na Wyspach rozgrywki piłkarskie, do których garnęło się naprawdę dużo dziewczyn. Kobiece drużyny powstawały w każdym większym mieście, na południu kraju zakładała swoją wypędzona ze Szkocji Mrs. Graham, i wszystko wskazywało na to, że w tym sporcie, uznawanym za bastion męskości. odnajdą się także dziewczyny. 
Dziewczyny na treningu, 1895
Po roku przygotowań, w marcu 1895, przyszedł czas na pierwszy występ British Ladies. Drużyna miała zmierzyć się z rywalkami z południowej Anglii. Na stadion znów zeszły się tłumy, aż 10 tys. widzów! Wszyscy wydawali dobrze się bawić, patrząc jak dziewczyny Nettie dają łupnia rywalkom - wygrały 7:1. Ale prasowe opinie po meczu były miażdżące. The Sketch relacjonował z wyższością: "Już pierwsze kilka minut wystarczało, aby pokazać, że kobiecy futbol - jeśli British Ladies wziąć za kryterium - nie wchodzi w ogóle w rachubę. Piłka nożna wymaga szybkości, szybkiej oceny sytuacji, umiejętności i śmiałości. Żadna z tych wartości nie została pokazana w sobotę". 

No, jasne, że nie została pokazana. Przecież grały baby! A im z natury brak bystrości, szybkości, śmiałości. Czy nie to właśnie kryło się pod płaszczykiem sportowej oceny? A była to i tak jedna z bardziej rzeczowych prasowych opinii, bo większość… Ech, większość zabiła tę kobiecą piłkę śmiechem.

Kobiecy futbol na rysunku z 1895 r.
Trochę trudno się temu dziwić, patrząc na nieforemne, kanciaste, okutane w tweedy zawodniczki - na te bufiaste pumpy, spódniczki, obcasiki, kapelusiki. Sto pociech! I właśnie na tych groteskowych strojach się skupiono. Szpalty gazet wypełniały rysunki i karykatury oraz całkiem poważne rozważania, czy nie należałoby zakazać kobietom uprawiania sportów, które wymagają zrzucania halek. No cóż, wkrótce tak się stało.

Co prawda niezrażona „złą prasą” Nettie zdążyła jeszcze wyruszyć ze swoją drużyną w tour po Anglii, który - jeśliby mierzyć go wielkością widowni - okazał się sukcesem. Na mecze pań ściągały tłumy, i to takie, że na większości spotkań policja musiała pilnować porządku. Dziewczyny grały coraz lepiej, ale nie oszukujmy się - nikt tu nie przychodził dla sportu. Jedna z gazet napisała: „Ciekawie jest popatrzeć na kobiety, które robią niekobiece rzeczy. Stąd te kilkutysięczne tłumy widzów, z których niewielu chciałoby widzieć na boisku własne siostry lub córki". No więc szybko im tego oszczędzono. Kobiecy futbol uznano za w najwyższym stopniu nieobyczajny i w 1902 roku Brytyjkom kopać zakazano.

Zadziwiające, jak długo utrzymał się ten zakaz na Wyspach, w ojczyźnie futbolu. Był jeden wyjątek - czasy pierwszej wojny światowej. Ale wtedy wszystko stanęło na głowie, więc i futbolowa drużyna złożona z pracownic fabryki broni w Preston była do przyjęcia. Większość młodych mężczyzn siedziała przecież w okopach. Zespół Dick Kerr Ladies FC powstał spontanicznie, kiedy dziewczyny pokonały w meczu… swoich kolegów z fabryki. Szybko zmieniły się w jedną z najlepszych angielskich drużyn tego czasu, dobrą na tyle, że uznano ją za nieoficjalną kobiecą reprezentację Anglii. To one zmierzyły się z Francuzkami w pierwszym w historii  międzynarodowym meczu kobiecej piłki nożnej. Na ich występy też ściągały tłumy (w Liverpoolu przyszło na stadion 53 tys. ludzi, absolutny rekord!), ale już nie po to, by wyśmiewać niezgrabne majtki, tylko podziwiać grę. No i jak ta piękna historia się skończyła? Nie uwierzycie. Tak, jak poprzednio.
Dick Kerr Ladies FC - z nich nikt już się nie śmiał
W 1921 roku angielski związek piłki nożnej znów zakazał kobietom wychodzić na boiska, a były to już czasy, kiedy tę dyscyplinę swobodnie uprawiała większość Europejek. Razem z prawem głosu dostałyśmy prawo do kopania futbolówki. W Polsce dokładnie tego roku powstał pierwszy kobiecy zespół piłkarski przy Towarzystwie Sportowym Unia Poznań, zdjęcia zawodniczek z dumą prezentowano w lokalnej prasie. A biedne Angielki, od których wszystko się zaczęło, znów usłyszały „nie”. Decyzję tłumaczono zgubnym rzekomo wpływem piłki kopanej na kobiece zdrowie, ale tak naprawdę chodziło o to, że… ukradły panom show. Dziewczyny z fabryki amunicji były tak dobre i tak popularne, że ich widowiskowe mecze odbierały mężczyznom całą widownię. Gdy one grały, wszystkie inne stadiony świeciły pustkami.

Głupi, anachroniczny zakaz obowiązywał przez pięćdziesiąt lat, Angielki mogły oficjalnie wrócić na boiska dopiero w 1971 roku. Szkoda. Tym bardziej, że wiele innych krajów poszło śladem futbolowych autorytetów-Anglików i też wprowadzało krótsze lub dłuższe stadionowe zakazy dla kobiet. To dlatego piłka nożna przeciętnemu kibicowi kojarzy się dziś z kobietami chyba jeszcze mniej niż w czasach Nettie Honeyball. I choć w nogę grają niemal wszystkie dziewczyny na świecie, to żadna damska drużyna nie powtórzyła sukcesu przebojowych i wielbionych panienek z Preston. Powolutku zaczyna się to zmieniać, co pokazała popularność ostatniej, szóstej z kolei edycji kobiecego mundialu w Niemczech 2011. Cały kraj przez trzy tygodnie trwał w takiej samej futbolowej euforii, jaką dziś przeżywają Brazylijczycy.

Och, by the way. Kiedy kończę pisać ten tekst, Anglicy właśnie opuszczają brazylijski mundial z nosami zwieszonymi na kwintę. Wracają do domu na tarczy, z zerowym dorobkiem punktowym. Rozegrali trzy mecze, nie wygrali żadnego.
Jakaś mała zemsta, Nettie?


Zdjęcia: Wikimedia Commons. Na otwarciu rysunek z Harper’s Bazaar z 1869 roku, wyśmiewający amatorki futbolu