czwartek, 20 marca 2014

Czarownica

Sydonia zna swoją wartość. Najpiękniejsza na Pomorzu. Tak o niej mówią. Wyjątkowa. Nie tylko urodziwa, ale i mądra. Zasługująca, by dostać od życia to, co najlepsze. Tak zawsze mówił ojciec, który podobnych pochwał skąpił jej siostrze i bratu. To ona, najmłodsza, była „córeczką tatusia”, to jej poświęcał najwięcej uwagi, co zresztą było naturalne, rosła przecież bez matki, która zmarła, gdy Sydonia miała ledwie kilka lat. No, a teraz ojciec wysyła ją w miejsce, w którym dziewczyna znajdzie swoje szczęście. Tam wszystko, co najlepsze, będzie na wyciągnięcie ręki. 

Tak sobie myśli Sydonia, gdy kareta wiezie ją do Wołogoszczy, na zamek księcia pomorskiego Filipa I. Na książęcy dwór! Tata trochę się namęczył, by wyjednać dla niej miejsce we fraucymerze księżnej Amalii. Ale Sydonia go nie zawiedzie. Jest pewna, że jej przyszłość będzie spełnieniem snów ojca i jej własnych, dziewczęcych. Przecież jest wyjątkowa, a teraz cały wielki świat zobaczy to i doceni. Książę Filip ma kilku synów, jednego w jej wieku, podobno pięknego. Jak ona. Dlaczego nie miałaby poślubić młodego księcia? Jeśli nie ona, najpiękniejsza w kraju, to kto? Nie jest księżniczką krwi, ale wywodzi się z jednego z najświetniejszych i najstarszych pomorskich rodów. Mamy wiek XVI, a jej dziadowie żyli na Pomorzu Zachodnim już od X stulecia, tak samo długo jak rządzący nim dziś książęta, Gryfici. Jej ojciec, hrabia von Borck, nie ustępuje księciom! 

Nieistniejący dziś zamek w Wołogoszczy (Wolgast) na Wielkiej Mapie Księstwa Pomorskiego z początku XVII wieku - to budowla po prawej stronie oznaczona literą B

Wyposażona w swoją wielką urodę i równie wielką dumę, Sydonia przybywa na wołogoski dwór. Na którym dalsze wypadki toczą się tak, jak toczyć się powinny. Wszyscy są oczarowani prześliczną panną. I książę Filip, i jego matka Amalia i - co najważniejsze - książęcy syn, Ernest Ludwik. Faktycznie, jest ładny. Nawet uderzająco ładny, smagły i ciemnowłosy, o marzycielskim usposobieniu i melodyjnym głosie. Dostanie potem od swoich współczesnych przydomek Piękny. 


Serce dziewczyny bije mocniej dla młodzieńca, jest pewna, że lada moment szczęśliwy los się dopełni. Na książęcym dworze czuje się, jak ryba w wodzie, rozkwita. Jej dowcip, gracja, czar znajdują wreszcie odpowiednią publiczność. Znakomici zalotnicy ustawiają się w kolejce, ale ona czeka na księcia. Niespecjalnie długo czeka - oszołomiony urodą dziewczyny Ernest Ludwik składa jej propozycję małżeństwa.

Ernest Ludwik, zwany Pięknym, XVI w., autor nieznany
I tu następuje dramatyczny zwrot w tej historii. Bo rodzina młodego człowieka mówi stanowcze: nie. Ernest jest co prawda dopiero czwartym synem, może nigdy nie dochrapie się wielkiej władzy, ale przecież pochodzenie zobowiązuje. Książę krwi musi poślubić księżniczkę krwi, równą sobie. Takie lokalne piękności, jak Sydonia, nadają się na nałożnicę, a nie na żonę. Nie jest dość dobra.

Ernest kładzie uszy po sobie i cofa oświadczyny. A ona, co robi ona? Ona nie wie, co się dzieje. Jak to: nie dość dobra? Ona nie jest dla nich dość dobra?! Przecież nie ma lepszej! Świat wali jej się w gruzy. Puszczają wszystkie hamulce, które jeśli kiedykolwiek istniały, to i tak nie miały szansy się ujawnić, bo przecież żyła dotąd jak pączek w maśle, wychwalana i adorowana przez wszystkich.
- Niech was piekło pochłonie! - krzyczy, upokorzona do szpiku kości. I w jakimś paroksyzmie wściekłości wyrzuca z siebie zdanie-złorzeczenie, które wszyscy zapamiętają: - Nie minie pięćdziesiąt lat, a cały wasz ród wyginie!

Czy gdyby wiedziała, jak prorocze okażą się te słowa, zapanowałaby nad językiem? Czy siedziałaby cicho, gdyby ktoś jej powiedział, że to rzucone w złości przekleństwo się spełni, a jej przyniesie śmierć? Nie sądzę. Popędliwa i dumna Sydonia, przywykła do uwielbienia i hołdów, nie liczyła zysków i strat, kiedy ktoś wgniatał ją w ziemię. 

Wraca do domu. Do taty, do jedynego mężczyzny, który widział w niej skończoną doskonałość. Ale w domu nie znajdzie ukojenia. Niedługo po jej powrocie ojciec umiera. Te dwa ciosy, jeden po drugim - pierwszy wymierzony w jej dumę, drugi w serce - zmienią ją na zawsze. To będzie jak przebudzenie ze słodkiego snu, w którym świat na jedno skinienie dopasowywał się do naszych kaprysów i pragnień. Teraz trzeba będzie z nim walczyć. 

Sydonia von Borck na obrazie Edwarda Burne-Jonesa z 1860 r.
To sławne prerafaelickie płótno powstało na fali popularności
pięknej Pomorzanki, jaką w XIX w. wywołała oparta na jej losach
gotycka powieść Johanna Wilhelma Meinholda
Szczęśliwe życie Sydonii sypie się, jak domek z kart, bo jej brat, Ulrich, zamierza w pełni skorzystać ze swojej świeżo nabytej władzy. Ani myśli się dzielić odziedziczoną, piękną fortuną. Tatuś zapisał coś siostrom? Nie szkodzi, wystarczy parę zabiegów, podsuniętych przez zręcznych kauzyperdów, by panny przestały być ciężarem. Wymusza na siostrach zrzeczenie się zapisanych im wiosek w zamian za roczną rentę, jaką im będzie wpłacał. Ale niewielka jest chęć Ulricha, by postanowienia dotrzymać, ociąga się z wypełnianiem zobowiązań. Działa wedle świętej zasady chciwców: jak najmniej i jak najpóźniej.

Sydonia wpada we wściekłość. Los najwyraźniej uwziął się, by rzucać jej pod nogi wszystkie kłody naraz, hurtowo. Ale ona się nie podda. Brat łamie prawo? To pójdzie z bratem do sądu! Nie pozwoli, by ogołocił ją z majątku, tym bardziej, że już pozbawił rodzinnego domu. Przestał nim być dla dziewczyny rodzinny zamek w Strzmielach, odkąd Ulrich wziął sobie żonę. Sydonii trudno patrzeć na nową panią zamku, grać drugie skrzypce, więc urażona i zła, zabiera siostrę Dorotę i wynosi się z domu.

Urażona i zła. Taka teraz będzie Kiedy czytam, jak wyglądała druga połowa życia Sydonii, mam wrażenie, że to opowieść o dwóch różnych osobach. W jednej chwili znika atrakcyjna panna, owijająca sobie wszystkich wokół paluszka. W jej miejsce pojawia się kłótliwa baba, złośliwa i krzykliwa awanturnica, mająca wszystko i wszystkim za złe. Kolejne czterdzieści lat jej życia wypełniają procesy o majątek i wieczna tułaczka: od domu jednego krewnego do drugiego, od klasztoru do klasztoru. Nigdzie długo miejsca nie zagrzeje, zewsząd odchodzi skłócona, żegnana złym słowem. Dziwna przemiana? E, tam, Dziś żaden psycholog nie miałby problemu z diagnozą. Wynikiem głębokiego poczucia krzywdy - a to ono napisało Sydonii drugą połowę życia - bywają zaburzenia osobowości. I stąd to jej nowe ja, nowa natura - „paranoidalna, cechująca się nadmierną podejrzliwością, brakiem tolerancji na krytykę, zawziętością, skłonnością do interpretowania neutralnych zachowań otoczenia jako wrogich oraz małą tolerancją na niepowodzenia”.

No, ale jak wiadomo Sydonia na psychologa nie ma szans. Zamiast tego puchną plotki, że coś ją musiało opętać, skoro z normalnej kobiety zrobiła się jędza, że ani chybi „złe” ma w tym swój udział. Zachłanny braciszek Ulrich umie takie plotki wykorzystać. Rozpuszcza kolejne, judzi: Widzicie, co ona robi? Zbiera zioła, warzy jakieś mikstury, kuma się z zielarkami, znachorkami, babami z lasu. A na koniec wytacza najcięższe działo: Pamiętacie przekleństwo, jakie rzuciła wypędzona z wołogoskiego dworu? Książęcy ród miał wyginąć bezpotomnie i to się dzieje, to się dzieje!

To się naprawdę dzieje. Gdy Sydonia wadzi się w sądach, książęta pomorscy z dynastii Gryfitów umierają jeden po drugim, jakby poddając się straszliwej przepowiedni. Wszyscy przedwcześnie, wszyscy na tajemnicze choroby, wszyscy najczęściej bezpotomnie. Jej ukochany Ernest Ludwik, który poślubia brunszwicką księżniczkę i tworzy z nią dość nieszczęśliwe małżeństwo, też schodzi z tego świata przed pięćdziesiątką. Czary? A cóż by innego!

Plotki szybko zmieniają się w formalne oskarżenia. Pół biedy, gdyby niecne sprawki wiedźmy ograniczały się do rzucania uroków na kumy zza miedzy. Ale tu o władców idzie! O zamiar zniszczenia panującego rodu! Toż to najcięższe przestępstwo polityczne! Pod sąd z nią!
Podwójny portret Sydonii jako młodej i starej kobiety, który możemy oglądać
w Muzeum Narodowym w Szczecinie (autor nieznany)
Sydonia jest już starą kobietą. Dźwiga siódmy krzyżyk na karku, a jej twarz - niegdyś gładką i piękną - ostro poznaczyły czas i gorzkie życie. Tak łatwo w tej starej, szpetnej kobiecie o wyschłym ciele zobaczyć wiedźmę, poczuć lęk przed jej pamięcią przeszłości, uwierzyć, że posiada tajemną wiedzę, która daje nadludzką moc. Łatwo zwłaszcza wówczas, w tej Europie początku XVII wieku, którą - jak nigdy wcześniej ani później - znaczą stosy „czarownic”. Rozpalono ich ponad milion - nigdy przedtem w historii Zachodu nie notowano tak długotrwałej i tak morderczej histerii. Która w dodatku, co też niespotykane, nie dotyczy jakiejś mniejszości religijnej czy etnicznej, lecz ludzi z bliskiego otoczenia, zza płotu, czasem z własnego domu. Bo jej ofiarami padają kobiety - bezlitośnie torturowane, a potem palone żywcem, czemu nie przeciwstawiają się nawet najbliżsi im mężczyźni, nawet mężowie, nawet ci, którzy je kochają.

Tak będzie i tym razem, choć - na nieszczęście dla Sydonii - jej gehenna potrwa jeszcze prawie dziesięć lat. Z pierwszego procesu, wytoczonego w 1612 r., jakoś się wywinie, ale przecież wiadomo, że jest to tylko odroczenie. W 1619 r. zaczyna się drugi proces i Sydonia wie, że ten drugi będzie jej końcem.

Zarzuty są bardzo precyzyjne, jest ich 74. Od stosunkowo łagodnych, jak dokuczanie sąsiadom i czytanie tajemnych ksiąg, po ten najcięższy - zamiar zniszczenia panującego na Pomorzu rodu Gryfitów. Sydonia broni się dzielnie, w protokołach sądowych zachowały się jej rozsądne odpowiedzi. Ale przecież wiadomo, że w tym procesie, będącym zaprzeczeniem rozsądku, żadne wyjaśnienie nie ma znaczenia. Dopuszczalne jest tylko pełne pokajanie. I są sposoby, by było ono szybkie.

Ściągają z niej suknię, zdejmują z szyi krzyżyk, zawiązują oczy, ręce krępują na plecach. Rozciągają na drabinie i zadają cierpienia. Żelazne hiszpańskie buty miażdżą powoli stopy, rozżarzone cęgi szarpią ciało, śruby wybijają kości ze stawów i ściskają czaszkę. Wyjąca z bólu Sydonia przyznaje się do wszystkiego - i do obcowania z diabłem, i do klątwy.

Gdy przychodzi do siebie, odwołuje zeznania, na co odpowiedzią są kolejne tortury. Po trzech tygodniach uznaje, że walka nie ma sensu. Jest już straszliwie zmęczona, chce tylko jednego - żeby ta męka wreszcie się skończyła. Zachowały się jej przejmujące ostatnie słowa:

"Widzicie przed sobą starą kobietę, oszukaną przez bliźnich, krewnych i przez nich oskarżoną o władzę nieziemską. Mnie nawet ludzkiej mocy brakowało, by przeciwko niesprawiedliwościom krewnych moich na majątek dybiących stanąć (...). Sędziowie, co książę odchodzący bezpotomnie chce usłyszeć od swojego doradcy, jaką pociechę? Że nie jego niemoc spowoduje wygaśnięcie rodu Gryfitów, lecz czary Sydonii, która ród przeklęła, bo Gryfita nie wziął jej za żonę? (…) Sędziowie, a teraz dajcie mi umrzeć. Jestem stara, zmęczona. Moje życie nie było mniej godziwe od innych, a o tyle gorsze, że dłuższe i dłuższa w nim była samotność moja, bezsilność wobec tych, którym uprzykrzyło się patrzeć na mnie. Pozwólcie mi już umrzeć".

Umiera 19 sierpnia 1620 roku. Jest szlachcianką, więc nie palą jej żywcem. Za murami Szczecina, przy Bramie Młyńskiej, kat ścina głowę Sydonii von Borck. Szczątki wrzuca do ognia, a prochy rozsypuje po polach. 

Ruiny wołogoskiego zamku
na rysunku Caspara Davida Friedricha z 1813 r. 
Dopełnia się kara za przekleństwo rzucone na królów, którzy wciąż umierają. Siedemnaście lat później, w 1637 roku, odchodzi ostatni z rodu Gryfitów - Bogusław XIV, wnuk księcia Filipa, na którego wspaniałym dworze Sydonia miała zacząć swoje wyśnione życie. I z którego uciekła, krzycząc, że nie minie pięćdziesiąt lat, a będzie on tylko kartką historii. Miała rację. Po śmierci ostatniego księcia ginie liczące ponad pięć wieków państwo, a jego terytorium - od Rugii po Lębork - dzieli między sobą Szwecja i Brandenburgia.

Więc jednak klątwa? Tak myślicie? I pewno zaraz się uśmiechacie, zadziwieni tą niesamowitą koincydencją, tym zupełnie niebywałym zbiegiem okoliczności, w którym osobista krzywda Sydonii tak nieprawdopodobnie splotła się z nieszczęściami wielkich tego świata. Ale kiedyś nie wywoływało to uśmiechu, tylko stos. Kiedyś, w tych strasznie długich czasach, w których pogarda dla kobiet mieszała się z poczuciem winy wobec nich, trudno było dojrzeć w tym zwykły przypadek. Łatwiej było uznać, że wystarczy gniew jednej wzgardzonej kobiety, by ginęły dynastie.



Piosenka „Sydonia Bork", nagrana w 2010 r. przez polski zespół heavymetalowy Crystal Viper.

Źródła m.in.: Janina Kochanowska, Tajemnice Pomorza, Szczecin 2004,
Bogdan Frankiewicz, Sydonia, 1968;
Zygmunt Boras, Książęta Pomorza Zachodniego, Poznań 1996;
http://biblioteka-lobez.pl/strona/www/index.php/sydonia-von-brocke
Opowiadając tę historię oparłam się na jej najpopularniejszej, „kanonicznej” wersji. W historycznych publikacjach funkcjonują różne daty urodzin Sydonii, choć najczęściej pojawia się rok 1545. Ci, którzy są zdania, że urodziła się wcześniej, twierdzą, że miłosna afera na wołogoskim dworze dotyczyła jej i Filipa, a nie jego syna.
Zdjęcia: Wikimedia Commons

środa, 5 lutego 2014

Panna Travers i fabryka snów

Panna Travers właśnie upchnęła pokaźny bagaż podręczny na półce, idealnie nad swoim fotelem, i teraz przygląda się sąsiadce. Młoda kobieta z niemowlakiem w objęciach wcześniej grzecznie usunęła swoją torbę, robiąc jej miejsce. Ale to gaworzące niemowlę… - Dziecko nie będzie przeszkadzać? - pyta groźnie panna Travers, widząc, jak uśmiech na twarzy młodej matki raptownie gaśnie. - Lot trwa 11 godzin - dodaje z naciskiem. I opadając na fotel mamrocze: - Mam nadzieję, że spadniemy.

To jedna z pierwszych scen filmu „Ratując pana Banksa” (od kilkunastu dni w kinach), który opowiada o trudnej próbie pogodzenia wody z ogniem. Czyli przenoszeniu na ekran „Mary Poppins”, bestsellerowej powieści dla dzieci, w której zmierzyło się dwoje gigantów dziecięcej wyobraźni: Walt Disney, filmowiec, który wymyślił Myszkę Miki, a z nią komercyjny świat dziecięcej rozrywki, i Pamela Lyndon Travers, pisarka, która wymyśliła Mary Poppins, magiczną supernianię, a opowiedziała o niej tak, że wszystkie maluchy chciały czytać.

Jak wiemy, film Disneya powstał - to sławny, nakręcony w 1964 roku musical z Julie Andrews. Ale powstał cudem. Disney przez dwadzieścia lat zabiegał o prawa do ekranizacji książki. I przez dwadzieścia lat słyszał od Pameli Travers trzy krótkie słowa: nie, nie, nie. Aż przysiadł z wrażenia, kiedy w końcu się zgodziła. Porozmawiać. Był gotów na wszystko, byle tylko przekonać ją, by odstąpiła mu ulubioną nianię dzieciaków (w tym jego własnych).

No i właśnie o ostatecznym starciu tej dwójki opowiada film „Ratując pana Banksa”. Panna Travers wsiada do samolotu w Londynie i z ciężkim sercem udaje się do Los Angeles negocjować umowę z Disneyem. Przygotowana na najgorsze i gotowa w każdej chwili do ucieczki. Już widzi tych strasznych Amerykanów, którzy niszczą jej powieść! Może zechcą wpakować do niej jakąś animację w duchu tych swoich odrażających kreskówek? Nie, nie, nie. Owszem, ostatnio brak jej pieniędzy, a umowa z Disneyem obiecuje złote góry (100 tys. dolarów plus udział w zyskach). Ale przecież nie wszystko na sprzedaż! A już na pewno nie Mary Poppins, droższa jej niż cokolwiek i ktokolwiek. 


Kiedy tak patrzę na ekranową pannę Travers, całym sercem jestem po jej stronie. Owszem, jest okropna, antypatyczna i złośliwa. W starciu z Disneyem i jego ludźmi zachowuje się jak klasyczna stara panna (którą zresztą jest), zakuta w kolczastą zbroję własnych dziwactw. Rozdaje ukłucia na prawo i lewo, wspomagając się ulubioną mantrą: NIE, NIE, NIE. Proszę usunąć kolor czerwony, nie lubię czerwonego, ma go w ogóle nie być! Dom Banksów jest zbyt wystawny, nie byli tak bogaci! Dick Van Dyke nie pasuje do roli, zły wybór! Jak pan pokaże tańczące pingwiny? Animacja? Po moim trupie! I na litość boską, proszę nie mówić do mnie „Pamelo”! Jestem PANI Travers, rozumie pan, panie Disney?

Po dwóch tygodniach pracy ekipa Disneya i on sam najchętniej uciekliby przed nią na koniec świata. Ale widz wcale nie. Podoba nam się jej niezależność i to, jak walczy o każdy szczegół swojej historii. Lubimy ją, tę ekranową Pamelę, arogancką dziwaczkę, ale z sympatyczną twarzą Emmy Thompson. Wątpię jednak, czy z prawdziwą panną Travers poszłoby nam równie łatwo. Bo o autorce „Mary Poppins” można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że dała się lubić. 

Tom Hanks i Emma Thompson w filmie "Ratując pana Banksa"
A tacy byli naprawdę - Walt Disney i Pamela Lyndon Travers na premierze "Mary Poppins"
Jeżeli pogląd, że dzieciństwo pisze nam całe życie jest prawdziwszy, niż sądzimy, to Pamela najlepszym dowodem. Urodziła się w Australii w 1899 roku, a jej dzieciństwo było szczęśliwe tylko do czasu, zanim skończyła 7 lat. Wtedy zmarł jej ukochany ojciec. Travers Goff zapił się na śmierć, którą poprzedziła dramatyczna degrengolada - jego, a z nim całej rodziny. Z pozycji dyrektora banku zdegradowano go do zwykłego urzędnika, a w końcu całkiem się pozbyto.

Gdy ojciec umierał, a świat Pameli (wtedy jeszcze Helen Lyndon Goff ) i jej małych sióstr rozpadał się na kawałki, w drzwiach ich nędznego domu stanęła zamożna ciotka. W jednej ręce trzymała parasolkę z papuzią rączką, w drugiej dywanikową torbę. Poznajecie? Tak samo wyposażona przybywa na ulicę Czereśniową Mary Poppins. Wyciąga ze swojej torby setki praktycznych przedmiotów, które tylko czary pozwoliły tam upchnąć i już wiadomo, że w ten sam czarodziejski sposób zmieni świat rodziny Banksów. Uporządkuje go i doda mu magii, czyli tych dwóch pozornie sprzecznych rzeczy, których potrzebuje każde dziecko. I odejdzie dopiero wtedy, gdy dzieci nie będą jej potrzebować.

Pamela w krótkiej młodzieńczej karierze aktorki
Ciotka była taką nadzieją dla małej Helen, ale czy ją spełniła, to już inna sprawa. Opowieść o Mary Poppins powstała, kiedy jej autorka była dojrzałą, 34-letnią kobietą. Historia sama spłynęła jej na papier, gdy leżała w łóżku, kurując się po zapaleniu opłucnej. Myślę, że wciąż tęskniła za taką magiczną nianią, która w cudowny sposób uporządkuje jej świat. Dotąd był pełen chaosu. Po śmierci ojca zamieszkała z ciotką, uczyła się w szkole dla dziewcząt, potem próbowała szczęścia jako aktorka i dziennikarka. Mając 25 lat wyjechała do Anglii, do kraju ojca, urodzonego w Londynie Irlandczyka. Zaczęła żyć życiem bohemy, nieźle sobie radziła jako dziennikarka, pisując do londyńskich gazet, ale dramatyczne dzieciństwo wciąż nie dawało o sobie zapomnieć. Wybrała pseudonim - Pamela Lyndon Travers - w którym nazwisko było imieniem jej ojca. Zaliczyła kilka burzliwych związków - z mężczyznami i z kobietami - ale żaden nie przetrwał. O założeniu rodziny nie myślała. Być może pisanie opowieści o magicznej niani było także próbą napisania od nowa swego życia, z innym początkiem, z naprawionym dzieciństwem? 

Zupełnie niespodziewanie powieść zrobiła furorę. Pamela chyba poczuła się pewniej, może uwierzyła, że żadna magiczna niania nie jest jej potrzebna, bo sama jest wyposażona we wszystkie czarodziejskie talenty. I popełniła największy błąd życia - więcej - popełniła niegodziwość. Jako czterdziestolatka - zamożna i opromieniona sławą uznanej pisarki - postanowiła adoptować dziecko. Chciała Irlandczyka, jak ojciec. Pojechała więc do Irlandii i wybrała sobie chłopca. Dokładnie tak, „wybrała”, jakkolwiek strasznie to brzmi. W ubogiej rodzinie Hone’ów sierotami była dwójka bliźniaków, Kamil i Anthony. Pamela nie chciała dwójki, uznała, że co za dużo, to niezdrowo, więc (za radą swego astrologa) wybrała Kamila. 

Pamela z Kamilem
To było złe macierzyństwo i złe dzieciństwo. Pamela szybko się znudziła chłopcem, oddała go do szkół z internatem i - co najgorsze - całkowicie ukryła przed nim prawdę o jego przeszłości. Wmawiała mu, że jest jego prawdziwą matką, ani słowem nie pisnęła, że gdzieś tam w Irlandii żyje jego brat. Gdy po latach ten brat zapukał do drzwi Kamila, 17-letni wówczas chłopak przeżył dramat. Zerwał stosunki z przyszywaną matką, rzucił studia, zaczął pić i rozbijać się po kasynach. Parę miesięcy spędził w więzieniu, zatrzymany za jazdę po pijanemu. Nie mógł sobie poradzić ze światem, który „czarodziejska niania” postawiła na głowie. I on, i jego brat przez całe życie zmagali się z alkoholizmem. Kamil w końcu pogodził się z Pamelą, ale ich wzajemne relacje już nigdy nie miały w sobie nic z serdecznej więzi łączącej matkę i syna.

Jeśli Pamela chciała zagrać swoją Mary Poppins, to zrobiła to najgorzej jak można. Zapominając, że prawdziwe życie jest zbyt złożone, by pisać je tak, jak bajkę dla dzieci - tylko według własnych życzeń i snów. Że nie wystarczy „cukru łyżeczka, żeby smak lekarstwa znikł”, czasem nie wystarczy nawet tona.

W filmie „Ratując pana Banksa”, nie ma tej historii. W filmie Pamela jest samotną kobietą, a przecież jej przybrany syn jest już dorosłym mężczyzną, ma 20 lat! Scenarzystki wykastrowały ten wątek, bo oczywiście, gdyby miał się pojawić, nie wyszłaby im taka miła, familijna komedia. I nie dałoby się lubić Pameli tak, jak lubimy ją w wydaniu klasycznej starej panny, kostycznej i zamkniętej w swoim świecie, ale w gruncie rzeczy dobrodusznej samotnicy z arsenałem zabawnych dziwactw. Zresztą w ostatnich latach swego długiego życia (zmarła w wieku 96 lat) taka właśnie była - samotna. Pogodzona z tym, że choć potrafi wymyślać ciepłe, rodzinne historie, to sama nie umie ich przeżywać. Nie garnęła się do ludzi ani ludzie do niej - posępnej, zgorzkniałej, rozdrażnionej hipochondryczki, rozdającej uszczypliwości na prawo i lewo. Ktoś powiedział po jej śmierci gorzkie słowa: „żyła sama i umarła sama”.

Wygląda na to, że w końcu to zaakceptowała, choć nie uwierzę, że tego chciała. Dowodem nawet historia z Disneyem. Przecież mimo tej całej staropanieńskiej waleczności, tych wszystkich wrzasków, dąsów i rozstawiania po kątach - ustąpiła mu we wszystkim. To Disney postawił na swoim, to on wygrał. Niechciany Dick Van Dyke zagrał Berta, podszewka peleryny Mary Poppins błyszczała czerwienią, a nieszczęsne tańczące pingwiny zostały narysowane. „Statek już odpłynął, Pamelo”, powiedział Disney, gdy po zmontowaniu filmu próbowała się wykłócać. Dostał, co chciał i nie uznał nawet za stosowne zaprosić jej na premierę. Ale ona chciała na niej być. Sama kupiła sobie bilet, sama przyjechała do Los Angeles, pojawiła się na czerwonym dywanie. Wyglądała na szczęśliwą, ale zauważono, że podczas projekcji płakała. Nigdy nikomu nie powiedziała dlaczego.


Zdjęcia: movies.disney.com, www.pame-cinema, Wikimedia Commons

wtorek, 21 stycznia 2014

Nellie z domu wariatów

Przyzwoite panny siedzą w domu. Nie łażą bez eskorty po ulicach, miarkują brzydką ciekawość, nie wściubiają swoich zgrabnych nosków tam, gdzie śmierdzi. No i nie szukają pracy poza domem! Wszelka publiczna kariera jest przeciw ich naturze. Zmienia te łagodne domowe boginie, których przeznaczeniem jest troska o dzieci i męża, w jakieś przerażające monstra!
Jeśli czujecie w tym ironię, to zapewniam, że w oryginale jej nie było. Bo takiej to mniej więcej treści artykuł pt. „Co jest dobre dla dziewcząt” ukazał się pewnego dnia 1885 roku w „The Pittsburgh Dispatch”, jednej z największych amerykańskich gazet. Autor najwyraźniej mierzył się z coraz bardziej wojowniczymi emancypantkami, które powoli torowały kobietom drogę do aktywności poza domem. Jak przypuszczam, ze strony gazety była to pewna prowokacja, zamieszczono ten mizoginiczny tekst w nadziei na huczny odzew. Był, i to jaki! Napłynęły stosy listów, głównie z wyrazami oburzenia, podpisane nie tylko przez kobiety, lecz także mężczyzn. Zwłaszcza jeden przykuł uwagę redaktorów. Zjadliwy, świetnie napisany, sygnowany nazwiskiem niejakiego Cochrane. Niezłe pióro, dobrze byłoby mieć je w redakcji, pomyśleli w „Pittsburgh Dispatch”. I zaprosili obiecującego polemistę na rozmowę.
Jakież było ich zdziwienie, gdy zamiast pana Cochrane’a zjawiła się śliczna dwudziestolatka. Idealny kandydat na domowego anioła! Oczywiście, redaktorzy chcieli spotkanie grzecznie i szybko zakończyć, ale anioł nagle nabrał diabelskich cech. Panna Elizabeth Jane Cochrane na żywo okazała się równie przekonująca, jak na piśmie. Była wygadana, pewna siebie i wyglądało na to, że dobrze wie, czego chce. Właśnie szukam pracy, powiedziała, państwa propozycja spadła mi jak z nieba i naprawdę dam z siebie wszystko! Co wam szkodzi spróbować?
Faktycznie, ryzykowali niewiele. Postanowili wziąć ją na próbę, Niech znajdzie sobie nowe nazwisko (piszące kobiety chowały się wtedy pod pseudonimami, całkiem jak dziś my, blogerki) i niech pisze. Wybrała Nellie Bly z powszechnie wówczas nuconej piosenki. Ale ani redaktorzy, ani ona sama nie podziewali się, że już za kilka lat to nie popularna piosenka, ale jej praca sprawi, że nazwisko „Nellie Bly” będzie znane jak świat długi i szeroki.
Nellie Bly na zdjęciu z 1884 r.
Dziewczyna nie była żadną rozpieszczoną pannicą, chcącą dla kaprysu zatrudnić się w redakcji. Ona naprawdę potrzebowała pracy. Po śmierci jej ojca matce trudno było utrzymać gromadkę dzieci, a tym bardziej je wykształcić. Nelly średnią edukację zakończyła na jednej klasie, musiała zarabiać! Z doświadczenia wiedziała, jak trudno dziewczynie znaleźć pracę. Jak niechętnie są zatrudniane kobiety i jak źle opłacane. Postanowiła właśnie o tym pisać - o zwykłych ludziach, o pracujących dziewczynach, jak ona, które zamiast wsparcia, dostają kolejny, idiotyczny artykuł o tym, co przystoi przyzwoitym pannom.

Zabrała się do roboty, a efekty przeszły wszelkie oczekiwania. W „Pittsburgh Dispatch” już wkrótce nikt nie miał wątpliwości, że rośnie im gwiazda. Nellie nie bała się trudnych tematów i co ważne przygotowywała je tak, jak nie odważył się nikt przed nią. Jej nie wystarczały reporterskie rozmowy, ona musiała doświadczyć tego, co jej bohaterowie. Gdy słyszała o niegodziwych warunkach pracy w fabrykach Pittsburgha, po prostu się w nich zatrudniała. Na własnej skórze czuła udrękę dwunastogodzinnych dni pracy, na własne oczy widziała harujące tam dzieci. I o tym pisała artykuły, dotykając prawdy najbardziej, jak się da.
Niestety, długo to nie trwało. Bo choć teksty Nellie cieszyły się wielkim powodzeniem u czytelników, to wydawca szybko zaczął mieć z nimi kłopot. Zaczęło ubywać ogłoszeń, z których żyła gazeta, bo wielu reklamodawców pisma to byli ci sami brzydcy kapitaliści, których Nellie piętnowała w swoich demaskatorskich tekstach. Naczelny powiedział: dość! I przesunął dziewczynę do działu dla pań. Kazał pisać o modzie i urodzie.
Jasne, że nie zamierzała tego robić. Na szczęście już nie musiała, bo jej nazwisko stawało się znane. Dostała propozycję od Josepha Pulitzera (późniejszego fundatora sławnej dziennikarskiej nagrody), wydającego w Nowym Jorku skandalizujący dziennik o wielkim zasięgu (tabloid, powiedzielibyśmy dziś). W „The New York World” Nellie rozwinęła skrzydła. Tam przyjmowano ze zrozumieniem jej najdziksze pomysły, choć ich też potrafiła zaskoczyć.

Któregoś dnia przybiegł do Pulitzera zaaferowany sekretarz redakcji:
- Ta dziewczyna chce się zamknąć w domu wariatów, żeby napisać reportaż! - krzyczał. - Nie dałem na to zgody!
Chodziło o niesławny zakład psychiatryczny na Blackwell's Island. O warunkach, w jakich przetrzymywano tam kobiety, opowiadano straszne historie, ale ile było w tym prawdy - nie wiedział nikt. Nellie postanowiła się dowiedzieć. Rozumiała też, że wiarygodne informacje zdobędzie tylko wtedy, gdy trafi tam jako pensjonariuszka, a nie dziennikarka.
Pulitzerowi pomysł się spodobał. Wyczuł, że może to być czytelniczy hit. Dał zezwolenie.
Nellie badana przez psychiatrę.
Rysunek ilustrujący jej artykuł w "The New York World"
Dalej wszystko potoczyło się tak, jak w scenariuszu thrillera. Nellie trafiła do zakładu ze zdiagnozowanym szaleństwem (całkowita amnezja), spędziła tam dziesięć dni, a potem zaczęła pisać. O maltretowaniu i wiązaniu sznurami. O lodowatych kąpielach. O szczurach i robactwie. O fałszywych diagnozach, dzięki którym na wyspę Blackwell trafiały kobiety, których chciały się pozbyć rodziny, czasem zupełnie zdrowe. O posiłkach, na które składały się śmierdzący bulion, zapleśniały chleb i brudna woda. „W naszych krótkich spacerach - pisała - mijałyśmy kuchnię, w której przygotowywano jedzenie dla lekarzy i pielęgniarek. Migały nam przed oczyma melony, winogrona, pachnące białe pieczywo, rumiane kawałki mięsa, a uczucie głodu rosło dziesięciokrotnie”.

Cykl reportaży „Dziesięć dni w domu wariatów” stał się wydarzeniem. Gazety z tekstami Nellie sprzedawały się jak świeże bułeczki, ale najważniejsze - zmieniały rzeczywistość. Reporterski opis barbarzyńskich warunków w „domu wariatów” był jak chłośnięcie biczem, jak publiczny wyrzut sumienia - nagle znalazły się i pieniądze, i fachowcy, którzy zaczęli ten nieludzki świat reformować.

Nellie była dumna. I strasznie zmęczona. Po kilku latach intensywnej pracy w najmroczniejszych zakamarkach wielkich miast czuła, że potrzebuje oddechu, bo inaczej naprawdę zwariuje. Najchętniej uciekłaby na koniec świata... na koniec świata… na koniec świata…. Zaraz! A może to jest pomysł? Natychmiast się skrystalizował: "Ja potrzebuję wakacji, moja gazeta atrakcyjnych tematów, przecież można połączyć jedno z drugim!"
Czytelniczym bestsellerem tamtych czasów była powieść Juliusza Verne’a „W osiemdziesiąt dni dookoła świata”. Jej bohater, angielski dżentelmen Fileas Fogg, założył się ze znajomymi o duże pieniądze, że objedzie świat dookoła w ciągu 80 dni. Udało mu się, choć z trudem, dosłownie na styk przybył na czas do londyńskiego klubu. A gdyby tak… gdyby tak naprawdę przemierzyć świat dookoła i poprawić książkowy rekord Fileasa Fogga? Zrobić to w czasie krótszym niż 80 dni?

Tak sobie pomyślała Nellie i powędrowała ze swoim pomysłem do redaktorów. Znów złapali się za głowę. Owszem, dodali szybciutko, oni też myśleli o takiej wyprawie, ale zamierzali wysłać mężczyznę. MĘŻCZYZNĘ! Przecież kobieta, która z zasady nie podróżuje sama, czyni całe przedsięwzięcie niemożliwym, o biciu rekordu nie wspominając!
Nellie jednak umiała walczyć o swoje. Zagrała va banque. Proszę bardzo, powiedziała, wyślijcie mężczyznę. Wasza strata. Bo ja zrobię to samo z konkurencyjną gazetą i waszego reportera pokonam.
No i znów postawiła na swoim. 14 listopada 1889 roku elegancka młoda dama, ubrana w kraciasty płaszczyk i z podróżnym neseserem w ręku, weszła na pokład liniowca Augusta Victoria i ruszyła w podróż życia.

25-letnia Nellie sfotografowana tuż przed wielką wyprawą. Ma solidne buty, kraciasty
płaszcz podróżny, a w ręku neseser z kilkoma zmianami bielizny i przyborami toaletowymi.
Pieniądze trzyma w zawieszonym na szyi woreczku 
Co to było za wydarzenie! Wyprawę Nellie śledził cały świat. Jej gazeta zamieszczała relacje, które dziennikarka starała się nadawać, skąd tylko mogła. Dzięki sieci telegraficznej docierały do redakcji stosunkowo szybko. Podróżowała z Anglii do Egiptu, przez Cejlon, Singapur, Hong Kong i Japonię. We Francji poznała mimowolnego sprawcę całego zamieszania, pisarza Juliusza Verne'a, który oczywiście także dopingował ją do bicia powieściowego rekordu (no masz, lepszej reklamy nikt by mu nie wymyślił). 
Zainteresowanie podsycał ogłoszony przez redakcję konkurs, w którym czytelnicy obstawiali datę powrotu Nellie. Wzięło w nim udział ponad milion osób! Zapanowała prawdziwa Nelliemania, podróżniczkę w charakterystycznym kraciastym płaszczyku znał niemal każdy. Jej wizerunek wyzierał z gazet, pojawiał się na kartach reklamowych rozmaitych firm, Nellie została nawet bohaterką gry planszowej.

Reklamy z wizerunkiem Nellie, w środku gra planszowa, której tematem jest jej wyprawa
No i jak to się skończyło? Dobrze się skończyło. Okazało się, że samotna młoda dama doskonale poradzi sobie nawet w podróży dookoła świata. Że żadna opieka nie jest jej potrzebna, jeśli ma trochę pieniędzy i rozumną głowę na karku. 25 stycznia 1890 r. Nellie szczęśliwie i bez przeszkód wróciła do domu. Na dworcu powitały ją tłumy Amerykanów - rozradowanych, że ich rodaczka nie dość, że wróciła cało i zdrowo, to jeszcze z lepszym czasem niż Fileas Fogg! Okrążyła świat w siedemdziesiąt dwa dni, sześć godzin, jedenaście minut i czternaście sekund.

Nellie wraca do domu, ilustracja z 1890 r.
Późniejsze życie Nellie było równie nieprzewidywalne i pełne nagłych zwrotów akcji, jak jej młodość. Zaskoczeniem dla wszystkich było jej małżeństwo z bogatym przemysłowcem Robertem Seamanem, czterdzieści lat od niej starszym. Po śmierci męża na chwilę zmieniła się w kobietę interesu, kierując przedsiębiorstwem, ale do zarządzania nie miała głowy. Firma szybko splajtowała na skutek malwersacji pracowników, a Nellie znów wróciła do dziennikarstwa. Była na wakacjach w Austrii, gdy wybuchła I wojna światowa. Ani chwili nie wahała się, co robić. Pojechała na front i zaczęła pisać korespondencje dla amerykańskich gazet. Europejskie wakacje zmieniły się w pięć lat ciężkiej pracy.
Niedługie życie Nellie (zmarła w wieku 57 lat na zapalenie płuc) zapisało się w historii prasy - jest uznawana za prekursorkę dziennikarstwa śledczego, za mistrzynię reportaży wcieleniowych, za jedną z pierwszych korespondentek wojennych w historii. Dziś młodym reporterom wręcza się nagrody jej imienia. Ale każda z nas, kobiet, widzi, że udało jej się o wiele więcej. Hej, Nellie, panno, która nie wiedziała, co jest dobre dla dziewcząt... Nellie z wyprawy dookoła świata… Nellie z domu wariatów... Cały nasz świat był w Twoich czasach domem wariatów. Zaczął normalnieć dzięki takim jak Ty.


Źródła: www.nellieblyonline.com
Zdjęcia: Wikimedia Commons

wtorek, 24 grudnia 2013

Zamiast opowieści wigilijnej


Anglicy nazywają go "człowiekiem, który wynalazł Boże Narodzenie". A i my, choć może tak nie mówimy, myślimy podobnie. Dla większości z nas początek świąt wyznacza czytana (i oglądana) od dzieciństwa "Opowieść wigilijna" Karola Dickensa z jej przesłaniem o szczególnej magii świąt Bożego Narodzenia. Duchy wigilijnej nocy wytłaczają je do głowy zgorzkniałemu ponurakowi, który nie wiadomo po co żyje, bo ani on nie ma żadnej radości ze świata, ani świat z niego. Te dickensowskie wigilijne mądrości to: żyj uważnie, nie odrzucaj dobrodziejstw, jakie zsyła ci los, dbaj, by nikt przez ciebie nie cierpiał, i ostatnie, najważniejsze: pamiętaj, że wciąż możesz naprawić swoje życie. Bo nawet tak odrażający, podli skąpcy, tacy jak ty, Ebenzerze Scrooge, póki chodzą po świecie, mają szanse stać się dla innych symbolem najlepszych świąt Bożego Narodzenia!

Że żadna to filozofia? Że sentymentalne bzdury? Za to jak opowiedziane! Trzy światy, trzy wigilie, trzy duchy od lat działają na naszą wyobraźnię, produkując przy okazji morze kiczu, którego najdoskonalszym wcieleniem są hollywoodzkie warianty „Opowieści wigilijnej”, idące już chyba w setki. Ale to przecież dlatego, że pan Dickens był mistrzem w snuciu historii, które zapadają w pamięć i w żaden sposób nie dają się z niej wywabić. Wydaje się tylko, że sam był na nie odporny. Bo wielka wrażliwość, jaka cechuje jego bohaterów, była mu najzupełniej obca w prywatnym życiu.

Niektóre niewygodne szczegóły biografii pisarza dopiero teraz, po blisko stu pięćdziesięciu latach od jego śmierci, wychodzą na jaw. Niektórych nie poznamy nigdy. Dickens skrzętnie zadbał. by pozostały w ukryciu, by nic nie naruszyło jego nieskazitelnego wizerunku dziewiętnastowiecznego moralisty, głęboko przejętego niedolą słabych i krzywdzonych. Te niekanoniczne wątki jego biografii koncentrują się wokół kobiet - żony, kochanki i córki. Opowiadając o pisarzu, warto oddać im głos - tak, jak pan Dickens oddał go swoim wigilijnym duchom.

Catherine Dickens, z domu Hogarth, żona
Pobrali się, gdy oboje mieli niewiele ponad dwadzieścia lat. Z pozoru wyglądało to na mezalians. On był biednym jak mysz kościelna reporterem w "Morning Chronicle", ona - córką szanowanego redaktora i krytyka muzycznego. Ojciec Kate najwyraźniej jednak zdawał sobie sprawę z talentu Karola, któremu wystarczy iskra, by wybuchnąć, więc w domu Hogarthów, pełnym młodych dziewcząt, przyszły pisarz szybko zaczął robić za gwiazdę. Był błyskotliwy, wygadany, pełen wigoru i bardzo przystojny. Tak, tak, wiktoriański dżentelmen z wystrzępioną brodą, jakiego znamy z portretów na okładkach powieści, był w młodości dandysem z burzą złotobrązowych loków i uwodzicielskim spojrzeniem. Kochały się w nim wszystkie dziewczęta Hogarthów. Karol wybrał najstarszą, 21-letnią Kate. Pewno dlatego, że była w odpowiednim wieku do małżeństwa. Bo z jego strony (co pokaże czas) żadnej wielkiej miłości nie było. Imponowało mu pochodzenie dziewczyny, jej rodzina z zamożnej klasy średniej, do której on, biedak, dopiero aspirował. No i panna wyglądała tak, że każdy dwudziestolatek straciłby głowę - duży biust, błękitne oczy, ciemne loki, a do tego łagodny temperament, który wydawał się działać jak balsam na żywiołowość narzeczonego.
Młodzi państwo Dickens na portretach  Daniela Maclise
Wkrótce ta żywiołowość Karola stała się dobrem publicznym, bo parę miesięcy po ślubie wydał "Klub Pickwicka" i wszyscy oszaleli na jego punkcie. Uwielbiali go młodzi i starzy, mężczyźni i kobiety. Zwłaszcza kobiety. On je zresztą też. I dawał temu wyraz po swojemu. Kiedy w 1840 roku młodziutka królowa Wiktoria poślubiła księcia Alberta, Karol publicznie ogłosił, że jest w królowej zakochany po uszy, a jej małżeństwo pogrążyło go w żałobie Zaczął nawet wygrażać, że się zabije. Uznano to za dobry żart, ale Catherine nie znała się na takich żartach.

Ich małżeństwo było udane tylko na początku, kiedy do szczęścia wystarcza sama młodość. Potem ugrzęźli we własnych światach, które coraz bardziej się od siebie oddalały. On był wziętym pisarzem, zyskującym - jakbyśmy dziś powiedzieli - status celebryty, brylującego w wielkim świecie. Ona - kurą domową, którą ten świat omijał. W listach do przyjaciół zaczął ją nazywać osłem. Nudziła go. Nie znalazł w niej partnerki w swoich pasjach, nie umiała rozmawiać o książkach, teatrze, sztuce. Szybko przestał zabierać ją na przyjęcia, na które zaproszenia płynęły nieprzerwanym strumieniem. 

37-letnia Catherine Dickens
Catherine nie miała mu specjalnie za złe. Nie była w stanie chodzić na te przyjęcia. Rodziła dzieci. Urodziła dziesięcioro, w ciągu 16 lat ich małżeństwa niemal cały czas była w ciąży (zaliczyła też kilka poronień). Źle znosiła te ciąże, a niemal wszystkie kończyły się depresją. Ale jak się miały kończyć? Karol miał jej za złe, gdy znów spodziewała się dziecka, był wściekły, że w takim tempie przybywa mu gęb do wykarmienia, tak jakby pęczniejąca rodzina była wyłącznie zasługą jego żony! Cała ta przytłaczająca codzienność nadspodziewanie szybko zmieniła wielkooką, seksowną pannę w otyłą, zgorzkniałą matronę ze zmętniałym spojrzeniem niegdyś jasnych oczu.

I w końcu któregoś dnia - a był to już 22. rok wspólnego życia państwa Dickens - ich małżeństwo się skończyło, i to tak, jak w najpodlejszym romansie. Tego dnia omyłkowo dostarczono Catherine paczkę ze złotą bransoletką. Dopisek, zrobiony ręką Karola, mówił jasno, że to bransoletka nie dla niej. Zrozumiała, że w życiu jej męża jest inna kobieta i że to tamta jest teraz dla niego najważniejsza.

Ellen "Nelly" Ternan, kochanka
Dickens miał czterdzieści pięć lat, kiedy poznał Nelly Ternan. Ona miała osiemnaście i była rok młodsza od jego najstarszej córki. Poznali się, gdy pan pisarz bawił się w reżysera. Wystawił w domu sztukę swojego przyjaciela Wilkie Collinsa, a ponieważ inscenizacja stała się głośna w Londynie (sama królowa pofatygowała się ją zobaczyć), postanowił zaprezentować ją publicznie. Oczywiście, teraz już nie wypadało, by wystąpiły w niej jego córki, panny z dobrego domu. Aktorce w epoce wiktoriańskiej bliżej było do prostytutki niż damy, trzeba więc było takie panie wynająć. I w ten oto sposób doszło do spotkania Dickensa z aktorką Nelly Ternan.
Nelly Ternan i Dickens

Stracił dla niej głowę. Była młoda, śliczna i miała wszystko to, czego brakowało Catherine. Nie zanudzała go opowieściami o kolacjach i pieluchach, ją zawsze interesowało to, co jego. Miała otwartą głowę i braki szybko nadrabiała. Ale która by na jej miejscu się nie postarała? Zainteresowanie wielkiego Dickensa, który miał już u stóp cały świat, było dla dziewczyny ze społecznych dołów niczym gwiazdka z nieba.

Wkrótce po poznaniu Nelly, Dickens postarał się jak najszybciej zakończyć związek z niekochaną żoną, Rozwód nie wchodził w grę - nie w wiktoriańskiej Anglii, a tym bardziej nie w przypadku człowieka, który uchodził za jej sumienie. Zostawała więc separacja, którą można było obudować zręcznymi kłamstwami tak, by reputacja winowajcy nie poniosła szwanku.

Ponoć hipokryzja to hołd, jaki występek składa cnocie. Jeśli to prawda, to pan Dickens złożył jej teraz największy hołd w swoim życiu. Potraktował Catherine podle. Wyrzucił ją z domu, przyznał niewielką pensję i na koniec - odebrał dzieci. Po czym zwalił na nią całą winę. Ogłosił publicznie, że nigdy nie potrafiła się nimi opiekować i zasugerował, że przyczyną była choroba psychiczna. Przy biednej Catherine został tylko jej najstarszy Charlie, na tyle już dorosły, by mieć odwagę sprzeciwić się charyzmatycznemu ojcu. I on też został ukarany - ojciec nie odezwał się do niego do końca życia.

Uwolniony od kłopotliwej rodziny Dickens mógł wreszcie zająć się nową ukochaną - kupować jej domy, opłacać lekcje śpiewu, finansować podróże po świecie. Oczywiście, robił to po cichu. Oficjalnie występował w charakterze przyjaciela domu, podczas gdy Nelly grała rolę przykładnej panny (z czasem: starej panny), mieszkającej z matką. Podobno urodziła mu syna, podobno dziecko zmarło, podobno… podobno… Dickens potrafił tak skutecznie zakamuflować postępki, których się wstydził, że dziś już nikt nie potrafi dociec prawdy.

Byli ze sobą trzynaście lat i macie pojęcie, że nikt o tym nie wiedział? To znaczy, grupa najbliższych im ludzi wiedziała doskonale, ale każdy trzymał buzię na kłódkę. Z Nelly włącznie. Po śmierci Dickensa zaczęła drugie życie - wyszła za mąż, urodziła dzieci, została wdową. Źle jej się wiodło. Żyła w biedzie i upublicznienie romansu z Dickensem (na przykład publikacja jego listów) mogłoby przynieść jej niezłe pieniądze. A jednak tego nie zrobiła. I raczej nie przez sentyment. Może prędzej przez zwykły wstyd? Ponoć tylko raz wspomniała o ich związku, dodając że gorzko go żałuje.

Po śmierci Nelly jej syn przeżył szok, przeglądając papiery matki. Dopiero wtedy odkrył jej drugie życie. Nie miał pojęcia ani o jej scenicznej karierze w młodości, ani o związku z pisarzem. Zły i wściekły, papiery spalił, a wszystkie powieści Dickensa wyrzucił na śmietnik.

Mary "Mamie" Dickens, córka
Dickens, który z taką wrażliwością opisywał los Małej Dorrit czy Davida Copperfielda, o swoich własnych dzieciach nie miał najlepszego zdania. Uważał, że są bezbarwne (jak żona, dodawał) i ledwie dwoje uznawał za odrobinę więcej niż przeciętne. Niestety, w tej dwójce nie znalazła się ta, która najbardziej go kochała - najstarsza Mary, nazywana Mamie.
Dickens z córkami: Mamie (z prawej) i Katey
Posłusznie poszła za ojcem, gdy porzucił jej matkę. Posłusznie wypełniała jego wolę, gdy zakazał ją odwiedzać. Posłusznie przymykała oczy na związek ojca z dziewczyną młodszą od niej. Może dlatego, że i ona bała się być przez niego porzucona?

Opisywano ją jako sympatyczną, trochę sentymentalną, i wpatrzoną w ojca jak w obrazek. Ejże, skądś już to znamy… Czy nie taka była Catherine? Mamy zresztą potwierdzenie - Hans Christian Andersen, który poznał rodzinę Dickensa, opisał Mamie jako tę z córek, która najbardziej przypominała matkę.

Nazywa się ją czasem najbardziej nieszczęśliwym z dzieci Dickensa. Ale trudno się temu dziwić, zwłaszcza jeśli w istocie była podobna do matki i miała ten jej łagodny temperament. Trochę się tych powodów do nieszczęścia uzbierało - po pierwsze, katastrofalne małżeństwo rodziców i jego rozpad, po drugie, genialny i sławny tatuś, przy którym nikt nie czuje się dość dobry, a już na pewno wrażliwe dziecko. Wydaje się, że to Mary zapłaciła największą cenę za całą dziwaczność swojej rodziny. Choć ładna i niegłupia, nigdy nie potrafiła ułożyć sobie życia z dala od ojca, Nie wyszła za mąż, mimo że raz była bliska zaręczyn. Ale wystarczyło jedno skrzywienie Dickensa, któremu potencjalny narzeczony się nie spodobał, by konkurent poszedł w odstawkę.

Mamie nie była ani głupia, ani bezbarwna. Jeśli czymś zgrzeszyła, to tym samym, co pozostałe dwie kobiety, które tu opisałam - była tak oddana ojcu, że w ogóle przestała myśleć o sobie. Po jego śmierci nie bardzo wiedziała, co z sobą począć. Wydała wspomnieniową książkę o ojcu, w której dała znakomity opis jego pracy, przygotowała też do druku pierwszy wybór listów. Ale coraz częściej wpadała w długie okresy depresji, zaczęła pić.

Nie chcę tu powiedzieć, że Dickens - jak Pan Bóg - odpowiada za całe zło, jakie spotkało jego żonę i dzieci, choć słowa jego najstarszego syna Charliego uderzają trafnością: „Dzieci jego wyobraźni, Oliver Twist, David Copperfield i cała reszta. były dla niego o wiele bardziej realne niż my”. 

Ech, panie Dickens, czy to nie dziwne, że właśnie ty wynalazłeś Boże Narodzenie? A może właśnie wcale nie? Nie byłeś gorszy od swojego Ebenzera Scrooge’a, a przecież to tego nikczemnika uczyniliśmy symbolem świątecznej magii. Dlatego na koniec nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć Wam wesołych świąt z "Opowieścią wigilijną" pana Dickensa w tle.

Źródła: Claire Tomalin, Sekretna kochanka Dickensa, 2011; Gaynor Arnold, Dziewczyna w błękitnej sukience, 2012; Robert Gottlieb, Great Expectations: The Sons and Daughters of Charles Dickens, 2012; Wikipedia
Zdjęcia: Wikimedia Commons

wtorek, 17 grudnia 2013

O, la la!

Przeczytałam gdzieś kiedyś, że ranking na zabawkę wszechczasów wygrał… patyk. Pamiętacie z dzieciństwa? Przydawał się do wszystkiego. Można nim było toczyć przedmioty i rysować światy na piasku, szturchać kolegę i strącać jabłka z drzew, a jeśli nie był idealnie gładki, łatwo w nim było dojrzeć zwierzęcą czy ludzką postać. Wystarczyło, że miał kilka wypustek po bokach i od razu mógł być lalą.
Właśnie taka prosta figurka z patyka, z zaznaczonymi nogami i głową, uchodzi za najstarszą polską lalkę. Odgrzebali ją archeolodzy w Wolinie i ma ona swoje lata, bo pochodzi z okresu między wiekiem IX a XII. Oczywiście, wcale nie musi być najstarsza, na pewno miała poprzedniczki, przecież jej egipskie koleżanki znajdowano w grobowcach sprzed dwóch tysięcy lat przed naszą erą. 

Jak przypuszczam, lale istniały odkąd istnieją dziewczynki - czyli od zawsze. Nie wyobrażam sobie, by jakaś dziewczynka, nawet z prehistorii, nie miała tego kogoś, kto byłby od niej w pełni zależny, o kogo mogłaby się troszczyć, ale też wytargać za uszy i nakrzyczeć, kiedy trzeba. Kochamy je i strofujemy od wieków tak samo. Niezależnie od tego czy jest rok tysiąc siedemset któryś, czy tysiąc dziewięćset któryś, tak samo je tulimy, ugłaskujemy, uciszamy, i atakujmy w złości. Gdyby lale mogły mówić, powiedziałyby pewnie, że ich właścicielki prawie wcale się nie zmieniły. Za to one same - i owszem. Przeszły długą drogę od prostych figurek z kamienia, drewna, gliny i szmatek, po dzisiejsze cuda, które jedzą, siusiają, rosną i niewiele się różnią od prawdziwych niemowląt.

Pamiętam swoją ukochaną lalę z burzą wspaniałych, rudych loków, której godzinami przyglądałam się w sklepie, i tak dręczyłam rodziców, że w końcu dostałam ją na gwiazdkę. Kochałam ją wieki całe (w dzieciństwie to mniej więcej parę tygodni), po czym w jakimś napadzie złości kompletnie ogołociłam ją z największego atutu, z jej loków. Została taka rudowłosa strzyga, z której wszyscy się śmiali. Dręczona wyrzutami sumienia, tylko bardziej ją pokochałam. Już nie chciałam innej. Do dziś leży w pudle, w życiu nie przyszłoby mi do głowy, by się jej pozbyć! Choć brzydka, powykręcana i całkiem goła, bo dawno zgubiła swoją piękną sukienkę z różą, wciąż jest pamiętana i kochana, jak tata i mama, jak ktoś z rodziny. O, la la, lalo! Zawsze byłaś dla dziewczynek kimś dużo więcej niż zwykłą zabawką! 

Historycy, którzy dziewczęcych uczuć nie potrafią prześledzić ani za dobrze zrozumieć, bezpiecznie trzymają się faktów. Powiadają, że lale na trochę bardziej masową skalę zaczęto produkować dopiero w XVI i XVII wieku. Pojawił się papier mâché, tania masa plastyczna, idealna do formowania lalczynych główek i kończyn, do których doczepiano szmaciany korpus. Taka lala często dostawała fryzurę z prawdziwych włosów, zazwyczaj końskich, ale bardziej luksusowa także z ludzkich. Miała też malowaną buzię i sukienkę, skrojoną na wzór ubrania właścicielki. Dowodem sławny obraz Pietera Bruegla (starszego) "Zabawy dziecięce" z 1560 roku, na którym dziewczynki bawią się lalkami, podobnymi do nich jak dwie krople wody. Oto on: 


Bodaj po raz pierwszy któryś z artystów zajął się zdokumentowaniem rozrywkowych zajęć maluchów. I to jak profesjonalnie! Niemal jak encyklopedysta - na tym obrazie zidentyfikowano aż osiemdziesiąt dziecięcych zabaw. A gdzie lale? Szybko ich nie odszukacie, bo jak to u Bruegla, kłębi się tu dziki tłum małych ludzików, dlatego podpowiem: lale są obecne w lewym dolnym rogu (zbliżenie obok). I są takie, jak Pan Bóg przykazał - przypominają dziewczynki, które się nimi bawią, uformowane jak one i ubrane jak one, w długie spódnice, białe fartuszki i rogate czepki. Mają też podobny świat - swoje lalczyne domy z drewnianymi kołyskami, zydelkami i cebrzykami - wierne odwzorowanie tego w naturze.
W owych czasach istniały już zakłady rzemieślnicze zajmujące się produkcją zabawek - drewnianych, woskowych czy z papier mâché, ale na swój najlepszy czas lale musiały jeszcze trochę poczekać. I w końcu, po paru wiekach, ktoś odkrył Amerykę! Domyślił się, że kochana przez dzieci lala może być naprawdę wielkim przedmiotem pożądania. Pod warunkiem, że będzie skończenie doskonała.


Dziewiętnastowieczna lalka francuska
No i przyszedł wiek XIX, w którym lale dostały swoje wielkie pięć minut. Pojawiły się prawdziwe cacka - panny z główkami z porcelany (a częściej ze szlachetnie matowego biskwitu), z całą resztą, jak z żurnala mód. Ach, jakie były piękne! Prawdziwe królewny - z podmalowanym fajansowym okiem, w błyszczących, atłasowych sukniach i rozłożystych kapeluszach, z pierścieniami loków à la cesarzowa Sissi, opadającymi na nieskazitelne, białoróżowe policzki. Tak sobie myślę, że zwrot "porcelanowa cera" zaczął karierę właśnie wtedy, kiedy panny młodsze i starsze patrzyły z zazdrością na buzie idealnych maleńkich dam w wystawach kolonialnych sklepów. Tak musiała wyglądać sławna lala ze sklepu Wokulskiego, obiekt zachwytu nie tylko małych kobietek. Przecież to dorośli uznali ją za przedmiot na tyle piękny i cenny, że całkiem serio uczynili z niej bohaterkę procesu o kradzież.
Od dziewiętnastego wieku lala na dobre zadomowiła się też w historii malarstwa rodzajowego jako główny atrybut portretowanych dziewczynek - wszystkich, niezależnie od stanu. Ale co ja będę gadać, popatrzcie:
Blanche Jenkins, Cicho!, początek XX w.
Jean Baptiste Greuze, Dziewczynka z lalką, 1750
Albert Anker, Rekonwalescencja, 1878



Anton Raufer-Redwitz, Zabawa z lalką, początek XX wieku
Alcide Théophile Robaudi, Dziewczynka z lalką, 1888
Boris Kustodijew, Japońska lalka, 1908
Carlton Alfred Smith, Portret lalki, 1910
Charles Courtney Curran, Portret lalek, 1909
Émile Munier, Przyjaciólki, 1881
Edmund Adler, Kolacja!, pierwsza poł. XX w.
Fritz Zuber-Buhler, Dziewczynka karmiąca lalkę, II poł. XIX w.
Evert Pieters, Kolacja lalki, XIX w.
Fritz Zuber-Buhler, Dziewczynka z lalką, koniec XIX w.
Gad Frederik Clement, Zabawy dzieci, 1912
Jaroslav Spillar, Przerwa, 1890
Joseph Coomans, Stara lalka, XIX w.
Konstantin Makowski, Portret Wielkiej Księżnej Marii Nikołąjewny, 1905
Auguste Renoir, Dziecięce popołudnie w Wargemont, 1884
Norman Rockwell, Doktor i lalka, 1929 
Mścisław Dobużyński, Lalka, 1905
Wrzuciłam tu zaledwie małą część znalezionych obrazów z serii "dziewczynka z lalką", ale i tak sporo tego! Jak widać nasze dzieciństwo, przemierzane wespół z lalą, było dla artystów tak samo pociągające, jak dla nas. I chyba z takich samych powodów. Z dzieciństwem są nierozłącznie sprzężone wizje lalczynych światów, w których drewniane i gałgankowe kukiełki budzą się, by prowadzić swoje tajemnicze życie, dużo ciekawsze od naszego. Która z nas nie miała wrażenia, pewności nawet, że jej lala myśli, czuje, pragnie? I że po nocach, gdy my już zasypiamy, ona budzi się z letargu? Artyści chyba czuli to samo, im zawsze było bardziej po drodze z dziećmi, nawet jeśli mieli już parę krzyżyków na karku. Może stąd się wzięło tyle pięknych dziewiętnastowiecznych historii z ożywionymi zabawkami w roli głównej? Pinokio, Dziadek do orzechów, baśń Andersena o baletnicy i ołowianym żołnierzyku - wszystko to próba wniknięcia w tajemniczy świat zabawek, który i dla dzieci, i dla wrażliwych dorosłych był magią.

Pierwsza Barbie z 1959 r.
Dwudziesty wiek sporo popsuł w tym magicznym świecie. Na plus trzeba mu zapisać to, że "lale ze sklepu" przestały być luksusem. Pojawienie się celuloidu i plastiku sprawiło, że zabawki stały się tanie i powszechnie dostępne. Niestety, ich producenci postanowili przy okazji zająć miejsce dzieci i bajkopisarzy w wymyślaniu im świata. Do zaprojektowanej w 1959 roku Barbie wcale nie mam pretensji o to, że "promuje fałszywy obraz kobiecej urody", a jej wymiary nijak się mają do gabarytów prawdziwej kobiety. Lala Wokulskiego też ich nie miała, zapewniam! Niefajne jest to, że skradziono dzieciom marzenia. Barbie obrosła w nieskończoną liczbę dodatków, ma kolekcje strojów, domów, gadżetów, koleżanek, narzeczonych, są gry z Barbie i filmy o Barbie. Jak wymyślać jej kolejne wcielenia, skoro wszystkie już są - wyprodukowane, wycenione, zapakowane i tylko czekające, by je kupić? Jakiemu dziecku, leniwemu z natury (jak każdy z nas, ale one się z tym nie kryją), zechce się przy takiej zabawce uruchamiać własną wyobraźnię? Jest jasne, że jeśli tylko może, woli zaciągnąć mamę do sklepu.
Nie zamierzam jednak demonizować Barbie, bo koniec końców dzieci sobie z nią radzą. Nie mają problemu, by przeprowadzić ją z luksusu w świat zwykłych lalek, co zresztą wcale jej nie przeszkadza. Ubrana w szydełkową podomkę Barbie siada do podwieczorku z misiami i jest z tego tak samo rada, jak z weekendu z Kenem na Kanarach.

Dolfie - winylowa lala
dla dorosłych
Może też się pobawicie? Żaden wstyd. Jak świat światem istnieli tatusiowie bijący się o kolejki ze swymi synami i wiktoriańskie mamusie z upodobaniem meblujące lalczyne domki córek. Dziś robimy to samo, a nawet więcej - sprawiamy sobie własne lale do zabawy, chociaż w obawie, aby nie być posądzonym o infantylizm, wolimy te zajęcia nazywać "kolekcjonowaniem" albo "stylizacją". Wymyśloną pod koniec lat 90. ubiegłego wieku japońską lalką Dolfie bawią się głównie dorośli. Niesamowitą karierę zrobił ten gładki i drogi kawałek żywicy (ceny dochodzą nawet do 1500 dolarów), który można dowolnie malować, ubierać, przebierać, zmieniać mu rysy, płeć, fryzury, akcesoria, wymyślać całą historię, a potem opowiadać o niej na spotkaniach kolekcjonerów o wyszukanych gustach. 
Elitarna rozrywka? Oj tam, oj tam. To przecież zwykła lala! Lubicie ją, bo wciąż pamiętacie fakturę, kształt i zapach tej pierwszej, z dzieciństwa. Tej z pucułowatą buzią, w gałgankowej sukni i z pękami loków schowanych pod czepkiem. Ona wciąż gdzieś jest, zagubiona w pluszowym kurzu czasu, i myślę, że nadal o nas pamięta: 
"Dziewczynce, co się moim bawi nieistnieniem,
Wdzięczna jestem, gdy w dłonie mój niebyt porywa,
I mówi za mnie wszystko, różowa natchnieniem,
I udaje, że wierzy w to, iż jestem żywa".

Elliot Bouton Torrey, Dziewczynka z lalką, XX wiek
Źródła: "Dawne i współczesne zabawki dziecięce", red. Dorota Żołądź-Strzelczyk, Katarzyna Kabacińska, Poznań 2010, Wikipedia
Fragment wiersza na końcu pochodzi z "Lalki" Bolesława Leśmiana
Zdjęcia: Web Gallery of Art, Wikimedia Commons,wikigallery.org,, wikipaintings.org,, artrenewal.org