Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dania. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Mała Polka maluje Danię

Pomysł podsuwa jej Hans Christian Andersen. Tak, tak, ten od najwspanialszych baśni świata. Jej dzieci także je uwielbiają i mogą słuchać godzinami, kiedy Andersen czyta im swoje bajki, podczas gdy ich mama maluje jego portret. Ale teraz pan od bajek mówi jej coś ważnego: - Duńczycy dopiero wtedy uznają cię za artystkę, jeśli namalujesz im dzieło narodowe!
To całkiem jak Polacy, prawda? Pewnie tak właśnie myśli Lisinka i już wie, czego oczekują od niej w nowej ojczyźnie. Idzie za radą Andersena i maluje obraz, ten, który widzicie niżej: jasnowłosą dziewczynę z flagą i mieczem w dłoni, idącą przez pole dojrzałych zbóż. Nazywa go po prostu "Danmark" - Dania.
Dania, 1851
Wszystko to dzieje się dawno, dawno temu, bo w 1850 roku, a dziś złotowłosą ze sztandarem zna każde duńskie dziecko. Reprodukcje obrazu zamieszczane są w elementarzach i książkach do historii, wiszą na szkolnych korytarzach i ścianach klas. Dzieci wiedzą, że autorką obrazu jest Elżbieta Baumann - choć dla nich to raczej Elisabeth Jerichau-Baumann - i potrafią nawet sylabizować jej dziwacznie brzmiący przydomek: Li-sin-ka.
Elżbieta Baumann Jerichau, autoportret z 1850 r.
Lisinka. Tak wołał na nią ojciec, jeszcze w Warszawie. To imię jest jak wspomnienie dzieciństwa, jak powrót do domu na zielonej, wiślanej skarpie, nazywanej Joli Bord, Żoliborzem, "pięknym brzegiem". Stąd Lisinka wyruszy w świat, by szukać swoich kolejnych pięknych brzegów i znajdzie ich zadziwiająco wiele, jak na dziewczynę urodzoną u progu XIX wieku. Będzie żyć raczej tak, jak my dziś, niż jak jej spętane konwenansami rówieśniczki. I tylko wysiłek, jaki włoży w urządzenie tego życia po swojemu, będzie nieporównanie od naszego większy.
W dzieciństwie mówią o niej "dzika". Jest dzieckiem utalentowanym i inteligentnym, ale też upartym i krnąbrnym, co jak wiadomo wyjątkowo często idzie w parze. Na szczęście nikt w rodzinie nie stara się jej przykroić za wszelką cenę. Wyrywa się w świat, żeby studiować malarstwo? Proszę bardzo. Jej tatuś Filip Adolf Baumann, zamożny warszawski przedsiębiorca, właściciel fabryki kart do gry, nie staje w poprzek pragnieniom córki. W 1838 roku dziewiętnastolatka wyrusza do Düsseldorfu, wtedy jednego z ważniejszych ośrodków sztuki w Europie. Po paru latach nauki mała Polka, jak ją tam nazywają, czuje się już na tyle pewnie, że może zacząć szukać kolejnego "pięknego brzegu". Wybiera Włochy. Niezbyt oryginalnie, wszyscy malarze jeżdżą do Włoch, ale Lisinka naprawdę spotka tam swoje przeznaczenie.
Jens Jerichau  na portrecie namalowanym przez żonę, 1846
On jest adonisem o złotych lokach i delikatnych rysach. I artystą, tak jak ona, utalentowanym rzeźbiarzem. Nazywa się Jens Jerichau i przyjechał z Danii. Mała Polka zakochuje się z miejsca i bez pamięci. On też jest oczarowany, szybko ulega jej euforycznemu uwielbieniu i w 1846 roku biorą ślub.
Przez kilka następnych lat żyją jak we śnie, kochając się i pracując. We Włoszech krystalizuje się styl Elżbiety, znakomitej portrecistki, który z czasem stanie się jej znakiem rozpoznawczym. Kocha malować włoski karnawał i szykujące się do zabawy smagłe, ciemnowłose i ciemnookie dziewczyny, wystrojone w swoje papuzie suknie. W przeciwieństwie do kobiet z północy one nie chowają się w stonowanych szarościach i perłowych bielach; wybierają amaranty, szkarłaty, turkusy. Raj dla malarza!
Dwie Włoszki szykujace się na karnawałowy bal, 1850
Czarnowsłosa piękność w turkusowej sukni, dokładna data nieznana
Pobyt we Włoszech jest jak przedłużony miesiąc miodowy, który - nawet najdłuższy - ma to do siebie, że zawsze się kończy. A przebudzenie czasem bywa bolesne. Tak będzie i tym razem.
Jensowi proponują profesurę w kopenhaskiej Akademii Sztuk Pięknych i oboje wyjeżdżają do Danii. Dla Lisinki to kolejny brzeg, ale czy będzie piękny? Jens od początku jest w to małżeństwo zaangażowany mniej niż ona. Ona wciąż jest w niego wpatrzona, on miewa kochanki. On jest artystą, pochłoniętym wielką sztuką, ona musi zadbać o dom i pęczniejącą rodzinę. Rodzi mu dzieci - dziewięcioro! - i pewnie dlatego, z powodu dzieci, się nie buntuje. Gdy on goni  Muzy, ona szuka zarobku. Mała Polka zmienia się Matkę Polkę (namaluje zresztą taki obraz, zobaczycie go niżej) i pracuje już niemal wyłącznie dla pieniędzy, przyjmując zamówienia na portrety królewiąt, książąt i różnych znakomitości.
Ale spokojnie, to jeszcze nie ostatni brzeg! Praca z VIP-ami wyda owoce! Niektóre kontakty przerodzą się w przyjaźnie, jak z ten ze sławnym bajkopisarzem Andersenem, inne umożliwią Lisince najbardziej niezwykłą artystyczną przygodę jej życia.
Hans Christian Andersen, 1850
Duński książę Fryderyk, 1852
Olga, królowa Grecji,  1868
Andersen czytający bajki dzieciom Elzbiety, 1862
Namalowany przez Lisinkę w 1865 r. portret braci Grimm dziś uchodzi za ich najsłynniejszy wizerunek.
Kiedyś znalazł się nawet na tysiącmarkowym banknocie
Zaczyna słynąć jako portrecistka, a zamówienia szrokim strumieniem  płyną z najlepszych domów Europy. Płótna małej Polki robią furorę na wystawach światowych, a brytyjska królowa Wiktoria prosi o prywatną prezentację jej obrazów w Pałacu Buckingham. Lisinka staje się znana wśród rodów panujących Europy i dzięki temu może dobić do swego ostatniego pięknego brzegu - poznać haremy Wschodu. 
Ten egzotyczny i pieprzny temat był bardzo modny wśród artystów pruderyjnej epoki wiktoriańskiej, tyle tylko, że wizerunki sułtańskich hurys na efektownych płótnach rodziły się wyłącznie w wyobraźni malarzy. Do wschodnich haremów nikt z Europejczyków nie miał wstępu. A Lisince się udało!
Uzbrojona w listy polecające od europejskich książąt (m.in. od duńskiej księżniczki Aleksandry, późniejszej królowej brytyjskiej) w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych rusza w rejs po Bliskim Wschodzie i Imperium Osmańskim. Portretuje egipskie hurysy, tureckie księżniczki, zmysłowe odaliski. Jest pierwszym artystą z Europy, który życie haremu może malować z natury.
Wschodnie obrazy Lisinki budzą ciekawość, czasem niezdrową. Nieskrywany erotyzm tych płócien sprawia, że wiele z nich na całe lata zamknięto na cztery spusty w muzealnych magazynach, uznając je za gorszące, i pokazano dopiero całkiem niedawno.
Dziewczyna sprzedająca ceramikę, 1876
Egipcjanka z dzieckiem,  1878
Syrena,  1863
Egipcjanka z okolic Gizy, 1876-78
Wschód jest ostatnim nieznanym lądem Lisinki, nie starczyło jej życia na odkrywanie kolejnych. Umarła w wieku 62 lat, ale kto wie, może gdyby dostała trochę więcej czasu, wróciłaby na swój pierwszy piękny brzeg?  Na Żoliborz, żeby nam o sobie przypomnieć? Bo przecież ciągle czuła się Polką, tęskniła. Ten obraz namalowała kilka lat po swojej słynnej "Danii":
Matka Polka, 1857
Ale my przypomnieliśmy sobie o niej dopiero wtedy, gdy umarła, kiedy w roku 1881 kopenhaskie gazety wypełniły się nekrologami, żegnającymi "wielką narodową malarkę duńską". Redaktorzy warszawskiego "Bluszcza" zareagowali oburzeniem, zauważając - słusznie, słusznie - że Dania była tylko ojczyzną jej męża, a ona była Polką i nigdy o tym nie zapomniała. Ale za późno, za późno! Z Polski malarka nie dostała nigdy żadnego zamówienia, w swojej ojczyźnie nie istniała. Nie istnieje do dziś. Wstyd przyznać, ale - poza historykami sztuki - większość z nas nie miała bladego pojęcia o jej istnieniu do 2004 roku, kiedy to ukazał się polski przekład biografii "Lisinka", napisanej przez Brigit Pouplier.
Lisinka przy pracy
Dziś płótna Lisinki znajdują się w najważniejszych muzeach duńskich, a także w Berlinie, Oslo, Goeteborgu, w zbiorach prywatnych w Niemczech, Wielkiej Brytanii, Włoszech, Szwajcarii, na Bliskim Wschodzie. Wszędzie, tylko nie w Polsce. U nas jest ponoć jeden jej obraz - "Główka dziewczyny" - przechowywany w zbiorach Zamku Królewskiego. Publicznie pokazywany był raz, na wystawie „Artystki polskie”, zorganizowanej w 1991 roku przez warszawskie Muzeum Narodowe. Wybaczcie, że Wam go tu nie pokażę, ale sama też go nie znam. Dostępnych reprodukcji brak, podobnie jak większych śladów po wystawie. Dlaczego?  Dlaczego polskie muzea - i tak biedne, ogołocone przez kolejne wojny - nie potrafią docenić nawet tego co mają? Czemu cudze chwalimy, a to co swoje wciąż lekceważymy? I przypominamy sobie o własnych wybitnych twórcach dopiero wtedy, gdy docenią ich inni? Historia wtedy powie nam zwykle: za późno, za późno...

poniedziałek, 10 września 2012

Korona i inne nieszczęścia

Czemu każda mała dziewczynka chce być księżniczką? Dlaczego nasza kultura uczyniła z księżniczki symbol kobiecego szczęścia i przedmiot dziecięcych marzeń? Przecież historia nie daje do tego najmniejszego powodu! Życie przeciętnej księżniczki było dość ponure. Od chwili narodzin stanowiła tylko pionek w politycznej grze, wygodny element zawieranych sojuszy i kartę przetargową w walce o wpływy. Ledwie odrosła od ziemi, wybierano jej zamorskiego męża i wysyłano do obcego kraju, którego obyczaju, ludzi ani języka nie znała. Bardziej przypominało to los skazanego banity niż bajkę. I często miało tragiczne zakończenie.
O jednej z takich księżniczek opowiada głośny duński melodramat "Kochanek królowej". To historia Karoliny Matyldy Hanowerskiej, samotnej dziewczyny, zagubionej w korytarzach wrogiego królewskiego dworu i w meandrach wielkiej polityki. Karolina próbuje walczyć o siebie i o miłość, co koniec końców przynosi jej rozpacz i śmierć.



Karolina, zanim stała się nieszczęśliwą królową, była szczęśliwą księżniczką. Urodziła się w połowie osiemnastego wieku w rodzinie księcia Walii Fryderyka Augusta (jej brat to późniejszy król Anglii Jerzy III). Dom księcia wypełniały śmiechy jego synów i córek, wychowywanych w dużo mniej rygorystyczny sposób niż to było wówczas przyjęte. Karolina uwielbiała jeździć konno z czwórką swoich braci i śpiewać duety z siostrą, co wszystkim sprawiało przyjemność, bo natura obdarzyła ją pięknym głosem. Dzieciństwo miała więc więc sielskie i anielskie - ale krótkie.


Skończyło się któregoś brzydkiego, jesiennego dnia 1766 roku, kiedy postanowiono, że zostanie żoną duńskiego następcy tronu Christiana VII. Karolina wpadła w rozpacz. Miała przecież tylko piętnaście lat, a księcia nie widziała na oczy! Wprawdzie jego ambasador niestrudzenie zapewniał księżniczkę, że narzeczony jest sympatyczny i ledwie dwa lata od niej starszy, ale nawet ona wiedziała, że to zwyczajowe gadanie. Że męża wybrano jej nie dla jego zalet, ale z powodów czysto politycznych. Bo cementowało to związki obu krajów, bo wzmacniało siłę protestantyzmu i pozycję wobec potężnej Francji, bo były setki powodów ważnych dla polityków i kompletnie nieistotnych dla nastolatki siłą wydawanej za mąż.
Karolina Matylda
Karolina szlochała przez całą drogę do Kopenhagi. Spodziewała się wszystkiego najgorszego i niestety, miłego zaskoczenia nie było. Książę okazał się chudym, bladym siedemnastolatkiem o wyglądzie dziecka, z włosami tak jasnymi, że nie trzeba było ich posypywać pudrem. Co gorsza, na dworze szeptano, że jego umysł nie funkcjonuje jak należy. Gdy był małym chłopcem, nauczyciele bili go i tresowali na okrągło, usiłując zrobić z niego mężczyznę, który w przyszłości silną ręką poprowadzi kraj. Skutek okazał się odwrotny do zamierzonego. Christian chronił się przed codzienną tresurą, uciekając w świat wyobraźni, dziwnych zmyśleń i urojeń. A gdy odziedziczył tron, był do tego nieprzygotowany najbardziej, jak można sobie wyobrazić. Zamroczony myślą, że teraz wolno mu wszystko, postanowił odbić sobie nieszczęśliwe dzieciństwo - w ogóle nie pracował, całymi dniami grał w karty, a noce spędzał w kopenhaskich burdelach.

Ale Matyldę przyjął z entuzjazmem. Uściskał ją, ucałował, a jego ministrowie odetchnęli z ulgą, przekonani, że młoda żona odmieni króla. Mylili się. Christian już następnego dnia uznał, że małżeństwo to nudna rzecz. Oświadczył, że "to niemodne kochać własną żonę" i wrócił do swego stylu życia. Sypialni królowej nie odwiedzał.
Mąż Karoliny, nieszczęsny król Christian VII
Młodziutka Karolina została sama. Dosłownie, bo nie pozwolono jej nawet zatrzymać dam dworu, które przywiozła ze sobą z Anglii. Dwórki czekały na miejscu - sprawdzone, zaufane, pewne. Próbowała sobie jakoś radzić. Brała lekcje duńskiego, a żeby nie zwariować w odciętym od świata pałacu, zaczęła w towarzystwie lokaja i damy dworu wychodzić na spacery na ulice Kopenhagi.

Król wciąż był daleko od niej. Zadawała sobie pytanie, czy przypadkiem nie wydała mu się odstręczająca. Nie była pięknością, to prawda. Ale przecież brzydulą też nie! Była uroczą, pełna życia blondynką, a dodatkowo natura obdarzyła ją czystą, brzoskwiniową cerą, której kobiety powszechnie jej zazdrościły. Gdyby tylko zechciała, wcale nie byłaby samotna. Młodzi mężczyźni na dworze widzieli opuszczenie i smutek królowej, i aż się rwali, by ją pocieszyć.

Królewscy ministrowie też to zauważyli. Szepnęli Christianowi, że postępuje niepolitycznie. Bo skoro młoda, zdrowa i hoża królowa nie zachodzi w ciążę, to poddani ani chybi pomyślą, że ich król nie sprawdza się w łożu. To wystarczyło, żeby Christian zmienił upodobania i już wkrótce jego siedemnastoletnia żona powiła zdrowego synka (przyszłego króla Danii Fryderyka VI). Ale myli się ten, kto sądzi, że małżonków połączyła jakaś szczególna więź. Było wręcz odwrotnie. Christian uznał, że swoje obowiązki wypełnił z nawiązką, i wyruszył w podróż (incognito!) po Europie. Nie było go przez wiele miesięcy, a kiedy wrócił, życie Karoliny wywróciło się do góry nogami.

Bo król nie wrócił sam, ale przywiózł ze sobą nowego przyjaciela, niemieckiego lekarza Johanna Struensee'a. Wezwany do kolejnego nieokiełznanego wybuchu temperamentu Christiana (cierpiącego, jak dziś się przypuszcza, na lekką odmianę schizofrenii) nadspodziewanie dobrze wywiązał się z zdania. Szybko okazało się, że towarzystwo i zalecenia lekarza mają dobroczynny wpływ na młodego króla. Były najprostsze z możliwych - Struensee aplikował Christianowi mieszaninę środków na kaca, zalecał ćwiczenia na świeżym powietrzu i mniej całonocnych libacji. Ta garść dobrych rad przynosiła jednak zadziwiające efekty. Król był w stanie spędzać już nawet parę godzin nad papierami w gabinecie, co uznano niemal za cud. A Johann Struensee stał się niezastąpiony.
I ten trzeci, czyli Johann Struensee
Nowy przyjaciel króla ledwie przekroczył trzydziestkę, był bardzo inteligentny i bardzo przystojny. Wysoki, barczysty, o głębokim spojrzeniu intensywnie niebieskich oczu. Karolina szybko utonęła w tym spojrzeniu. Nagle poczuła, że na tym nieprzyjaznym dworze znalazła przyjaciela. Struensee był tu obcy - tak jak ona - może dlatego rozumiał ją lepiej niż ktokolwiek. Ich rozmowy stawały się coraz dłuższe, spojrzenia coraz głębsze. Wkrótce i ona nie mogła przeżyć dnia bez królewskiego lekarza, wzywając go do swoich pokoi nawet po kilka razy dziennie.

Struensee miał wrażenie, że stanął przed swoją życiową szansą. Zawsze był bardzo ambitnym człowiekiem i nie zamierzał spędzić życia jako prowincjonalny lekarz. Zaproszenie na duński dwór potraktował jak dar od losu. A teraz widział wyraźnie, że jego wpływ na młode królewskie małżeństwo może być większy niż kiedykolwiek mógł się spodziewać. Nie zamierzał zaprzepaścić tej szansy!


Karolina w męskim stroju
Karolina rozpływała się na sam jego widok i szybko zostali kochankami. Czekała na takiego mężczyznę - kochanka, mentora i ojca w jednym. Zakochała się, po raz pierwszy w życiu. Wreszcie poczuła się spełniona jako kobieta, była szczęśliwa i pewna siebie. Demonstrowała to przesadnie i głupio, na przykład dosiadając konia okrakiem, jak mężczyzna, ubrana w męską kamizelkę i spodnie z koźlej skóry, z jasnymi włosami splecionymi w warkocz. Bulwersowała wszystkich wokół, ale czuła się wolna - wreszcie! - i chciała, żeby dla każdego to było jasne.

Christian wiedział o jej romansie, ale wcale mu to nie przeszkadzało. Ponoć był nawet rad, że w końcu znalazł się ktoś, kto mógł zaspokoić potrzeby żony, z którą nie łączyło go uczucie. Koniec końców stworzyli swego rodzaju zgodny trójkąt, spędzając razem coraz więcej czasu w zacisznym pałacyku Hirscholm, na wyspie niedaleko od Kopenhagi. Tam Karolina urodziła córeczkę Luizę Augustę, którą król oficjalnie uznał, ale wszyscy wiedzieli, że to dziecko kochanka. Małą złośliwie nazywano la petite Struensee.

A Struensee rządził. Tak, bo to on faktycznie rządził krajem, uwiódłszy skutecznie oboje młodych władców. Jako zwolennik oświecenia miał ambicję przekształcenia Danii w nowoczesne państwo i wprowadzał reformę za reformą. W czasie 16 miesięcy swoich rządów wydał ok. 600 dekretów (niektórzy twierdzą, że było ich nawet 1880), w większości rzeczywiście pożytecznych, jak choćby rozporządzenie w sprawie pańszczyzny, które ulżyło doli chłopów. Ale przy okazji wyrzucał jednych ministrów, zatrudniał innych, meblując świat polityczny Danii po swojemu, w ekspresowym tempie. To prędzej czy później musiało się na nim zemścić.
Dwór Christiana VII na dziewiętnastowiecznym obrazie duńskiego malarza Kristiana Zahrtmanna.
Struensee i Karolina grają w szachy, Christian bawi się z papugą
Tymczasem Karolina już prawie uwierzyła, że ona i Struensee są jak caryca Katarzyna i kniaź Potiomkin. Że mogą urządzać świat po swojemu i nikt im się nie przeciwstawi. Ale to się nie mogło udać. Po pierwsze, Dania nie była Rosją. Tu istniały koterie wpływowych polityków, którzy nie znosili, gdy traktuje się ich jak pionki, i potrafili dać temu odpór. Po drugie, Karolinie daleko było do przenikliwości Katarzyny. Nie miała takich ambicji politycznych, jak caryca Rosji, nie miała też jej inteligencji. Tamta, zanim sięgnęła po władzę absolutną, zadbała o potężnych zwolenników. Karolina i  i Struensee byli sami. I w końcu musieli za to zapłacić.

W ich procesie koronnym dowodem winy miało być wiarołomstwo królowej. Nietrudno było przygotować ten dowód. Na tajnych schodach łączących pokoje Karoliny i  Struensee'a rozsypano proszek. Ślady obojga, które na nim odkryto, stały się jednoznacznym świadectwem zdrady.

Aresztowano ich wcześnie rano. Wybrano dzień tuż po balu maskowym, kiedy było jasne, że oboje będą w łóżku, pogrążeni w głębokim śnie. A potem wszystko przebiegło gładko, zgodnie z regułami klasycznego zamachu stanu. Przestraszony król potulnie podpisał nakazy sądowe, Struensee został skazany na ścięcie, królowa - na wygnanie.

Angielską fregatą wywieziono ją do Niemiec, do zamku Celle koło Hanoweru. Już nigdy nie zobaczyła swoich dzieci. W odosobnieniu miała spędzić całe życie, spędziła zaledwie trzy lata. Zmarła na szkarlatynę 11 maja 1775 roku. Miała tylko 23 lata. Podobno przed śmiercią zwierzyła się jednej z dwórek: "Najbardziej na świecie chciałabym poślubić mężczyznę, którego kocham. Zostawiłabym dla niego mój tron i mój kraj". Tyle tylko, że tego nigdy zrobić nie mogła. Przecież była księżniczką.


Post scriptum

W chwili wygnania Karoliny jej córeczka Luiza Augusta miała zaledwie rok, syn Fryderyk 4 lata. Chłopiec musiał szybko dorastać. Jego szalony ojciec niedługo przetrwał na tronie i Fryderyk objął faktyczne rządy już jako szesnastolatek. Przeszedł do historii jako jeden z najbardziej światłych duńskich monarchów - to jemu kraj zawdzięcza zniesienie niewolnictwa chłopów i wiele innych reform, które wyznaczają początek nowoczesnego duńskiego państwa.
Luiza Augusta, córka Karoliny
Był bardzo mocno związany z siostrą. Rodzeństwo kochało się i wspierało przez całe życie. To Fryderyk wybrał męża piętnastoletniej Luizie. Został nim jego imiennik 23-letni Fryderyk Christian, książę Augustenburg. Król cenił go za światły umysł i wiedział, że znajdzie w nim wspólnika w dziele reformy kraju.
Ale małżeństwo Luizy Augusty nie było szczęśliwe. Śliczna, wesoła i towarzyska dziewczyna (zyskała nawet przydomek "duńskiej Wenus") lubiła się bawić i specjalnie nie grzeszyła intelektem. A jej mąż z kolei nie grzeszył urodą, natomiast lubił spędzać czas zatopiony w lekturze oświeceniowych filozofów. Przez długi czas nie mieli dzieci. Dopiero po dobrych kilku latach przyszła na świat córka, której Luiza nadała imię matki - Karolina Amalia. Potem urodziło się jeszcze dwóch chłopców. Plotkowano wówczas, że Luiza miała kochanków, a ojcem dzieci był... jej lekarz Carl Ferdynand Suadacini, który kurował ją z powodu rzekomej niepłodności. Znowu kochanek i znowu lekarz, jak w przypadku jej matki! Czyżby złośliwy chichot historii? Jednak wszystkie te opowieści do dziś pozostają w sferze domysłów. Mąż Luizy nigdy nie zakwestionował ojcostwa dzieci, bardzo dbał o ich staranne wychowanie i wykształcenie. Dramatyczna historia, która przerwała życie królowej Karoliny, już się nie powtórzyła. Jej córka dożyła spokojnej starości, umierając w wieku 73 lat, otoczona miłością najbliższych.