Pojęcie "wielkiej miłości" wymyślił ktoś, kto nigdy nie musiał przykrawać uczuć do polityki. Bo kiedy romantyczna miłość ma za konkurenta interesy państwa, prawie zawsze przegrywa. Nawet jeśli jest gorąca, nawet jeśli wydaje się stosowna, nawet jeśli niesie zapowiedź szczęścia. Nawet wtedy nie da rady. Nie znam na to lepszego przykładu niż historia polskiej księżniczki Elizy Radziwiłłówny i pruskiego księcia Wilhelma, późniejszego króla i cesarza. W ich historii te dwa plany - prywatny i publiczny, miłosny i państwowy - splotły się nierozerwalnie. I tak ją Wam opowiem.
![]() |
| Wilhelm i Eliza |
Wcale nie zobaczył jej wtedy po raz pierwszy. Gdzieżby tam, znali się całe życie! Ojciec dziewczyny, książę Antoni Radziwiłł, wżenił się w królewski dom Hohenzollernów, poślubiając pruską księżniczkę. Wilhelm i Eliza, których dzieliło ledwie pięć lat, byli bliskimi kuzynami i znali się od dzieciństwa. Razem biegali po pokojach i parkach posiadłości w Antoninie, Książu czy Berlinie, razem bawili się pod okiem wspólnych kuzynek, ciotek, guwernantek.
Ale teraz coś się zmieniło. On już nie był miłym trzpiotem z dziecinnego pokoju. Elizę prosił do tańca wysoki, blondwłosy, bardzo atrakcyjny osiemnastolatek, przyciągający spojrzenia kobiet wiedeńskich salonów. W dodatku wszyscy o nim szeptali, że to bohater - z wojny napoleońskiej wrócił z Żelaznym Krzyżem.
Ona miała ledwie 12 lat i dopiero zaczynała zmieniać się w kobietę. Ale biała empirowa sukienka i modne loki nad uszami przydawały jej dorosłości. Kuzynka Eliza już nie była dzieckiem, stawała się śliczną panną o łagodnym spojrzeniu i słodkim uśmiechu. Wilhelm poczuł, że musi zrobić wszystko, by nikt nie sprzątnął mu jej sprzed nosa. Wiedział, że jeszcze trochę musi poczekać. Wytrzymał całe pięć lat.
Swoją drogą, trudno zrozumieć tę ich miłość. Jeśli prawdą jest, że przeciwieństwa się przyciągają, oni są na to najlepszym dowodem. Bo oboje byli jak ogień i woda.
Ona - wychowana w liberalnym domu Antoniego Radziwiłła, mecenasa sztuk i utalentowanego muzyka (to on jako pierwszy skomponował muzykę do "Fausta" Goethego), uwielbiała wiersze Mickiewicza i muzykę Chopina, sama pięknie śpiewała A przy tym najwyraźniej nie była typową wychuchaną arystokratyczną pannicą. Co prawda, wspomnienia na jej temat ograniczają się do zwyczajowych banałów, że była śliczna i ładnie grała na fortepianie (o tempora! a nie znam nawet koloru jej oczu! to prawdziwe przekleństwo kronikarza kobiecych dziejów!), natknęłam się jednak także na informację, że uwielbiała wyczerpujące piesze wycieczki, co inni uznawali za dziwactwo. Na własnych nogach zeszła Karkonosze, gdy Radziwiłłowie zjeżdżali na wakacje do pałacu w Ciszycach. Wszystko to pokazuje, że była otwartą, ciekawą świata panną bez fochów - nic dziwnego, że lekko sztywny Prusak stracił dla niej głowę.
Bo on wydawał się jej całkowitym przeciwieństwem. Żołnierz, oficer, przeniknięty poczuciem obowiązku, perfekcyjny w roli, jaką narzuciła mu historia. Wiele lat później zasłynie jako reakcjonista, nienawidzący liberalizmu, popierający całym sercem swego konserwatywnego premiera Bismarcka. Może jednak wcale by taki nie był, gdyby to Eliza szła z nim przez życie?
Ale nie wybiegajmy naprzód. Na razie mamy rok 1820 i radosne lato na zamku w Książu. Najszczęśliwsze lato naszej pary. Wtedy Wilhelm oświadczył się Elizie. Wtedy się zaręczyli. Wtedy również zagrali razem Romea i Julię, występując w tak zwanych żywych obrazach, modnej naówczas rozrywce młodych ludzi. Inscenizowano w ten sposób wielkie sceny z literatury, historii albo mitów. Ustrojeni w stosowne kostiumy "aktorzy" trwali zastygli w bezruchu w słynnej scenie, nie wypowiadając ani słowa, co oszczędzało im kompromitacji na wypadek braku aktorskich talentów. Wilhelm i Eliza upozowali się na szekspirowskich kochanków. Wybrali ostatnią scenę dramatu, w której Romeo i Julia kończą tragicznie. Ani oni, ani tym bardziej rozbawieni widzowie, nie przypuszczali nawet, jak wiele z tej szekspirowskiej tragedii przeniknie do ich życia. Bo i skąd? Wtedy jeszcze polityka i historia nie miały zamiaru stawać kochankom w poprzek.
O uczuciu Elizy i Wilhelma jedna i druga rodzina dobrze wiedziała i patrzyła życzliwie na tych "dwoje miłych dzieci". Wszyscy wspierali ich miłość. Z początku. Bo w miarę, jak "miłe dzieci" dorastały, a ich związek stawał się coraz bardziej realny, pojawiła się ta nieszczęsna sprawa - Ebenbuertigkeit.
Ebenbuertigkeit, czyli zasada równego urodzenia. Utrzymująca, że żoną monarchy może być tylko córka króla, nie zaś ledwo księcia. A Wilhelm mógł włożyć pruską koronę. Co prawda, przed nim w kolejce do tronu stał starszy brat Fryderyk, był on jednak słabego zdrowia i wszyscy spodziewali się, że prędzej czy później monarszy obowiązek spadnie na Wilhelma.
Z jednej strony mieliśmy więc królewskie ciotki naszych "miłych dzieci", pełne dobrych chęci i przychylne ich miłości. Z drugiej - ofensywę politycznych doradców pruskiego króla, wrogo nastawionych do pomysłu małżeństwa. Ze starcia tych dwóch przeciwstawnych pragnień zrodził się ekstra dziwaczny projekt - wymyślono, że rosyjski car Aleksander I adoptuje Radziwiłłównę. Byłoby więc niemal tak, jakby Wilhelm brał za żonę nie polską księżniczkę, lecz Rosjankę, z błogosławieństwem samego cara.
Oczywiście, nic z tego nie wyszło. Aleksander I, początkowo nawet chętny do adopcji, wkrótce pożegnał się z tym światem, a jego następcą został Mikołaj I, despota i znany polakożerca. Jeśli więc Prusy chciałyby w przyszłości liczyć na dobre układy z Rosją i mieć wpływ na jej politykę, to przecież nie mogą żenić następcy tronu z Polką!
Cała sprawa skończyła się szybko i ostatecznie - listem króla-ojca do księcia Wilhelma, w którym oświadczył on, że małżeństwo z Radziwiłłówną nie może mieć miejsca. List był chłodny, oficjalny, brzmiał jak rozkaz. Wilhelm nie protestował. Nie mógł, był przecież pruskim oficerem. I miał nieszczęście urodzić się w królewskim domu, w którym przez całe życie mu wpajano, że obowiązek wobec rodziny i państwa, stoi przed szczęściem prywatnym. Zrozumiał.
Ostatni raz spotkali się latem 1828 roku. Odwiedził ją, poszli razem na spacer. Oboje wiedzieli, że to pożegnanie. Zachowały się ich pełne rozpaczy listy z tego czasu, pisane do przyjaciół. Ona: „Czekałam niecierpliwie, aż odejdzie, aż to się skończy. Ten ból nieznośny". On: „Nie rozumiem tej pustki. Kiedy umiera nadzieja, cóż pozostaje? Mówią, że taka jest wola Boga. Czyż to być może?”.
Eliza nigdy nie wyszła za mąż. Umarła młodo, na suchoty, sześć lat po ich ostatnim spotkaniu.
Wilhelm żył długo. 91 lat. 55 lat dłużej niż Eliza. Wypełnił swoją powinność. Został królem Prus. Ożenił się z jakąś saską księżniczką. Spłodził z nią dwoje dzieci i szybko o niej zapomniał. Zasłynął z pracowitości, wojowniczości i chłodnej polityki wobec Rosji. W 1871 roku w zwierciadlanej sali wersalskiego pałacu Bismarck ogłosił go cesarzem zjednoczonych Niemiec. Bezwzględny monarcha. Srogi wojownik. Książę kartaczy. Przez całe życie nosił przy sobie miniaturowy portret Elizy. Zmarł z tym jej zdjęciem pod poduszką.
1) Stanisław Cat-Mackiewicz w napisanej w latach 60. ub. wieku książce "Dom Radziwiłłów", której lekturą wspomagałam się przy pisaniu tego tekstu, znalazł ciekawą paralelę dla związku Elizy i Wilhelma. Porównał go do miłości Koli Rostowa i jego kuzynki Soni z "Wojny i pokoju". Kola także rezygnuje z tego "niewłaściwego" uczucia i także robi to na życzenie rodziny, a nie z oportunizmu czy egoizmu. Uderzyło mnie przy tym zdanie, którym Mackiewicz poprzedził swój wywód: "Wychodzę oczywiście z założenia, że każdy z moich czytelników zna dobrze 'Wojnę i pokój' Tołstoja, a jeśli jej nie zna, to uzupełni ten brak w swojej kulturze jak najprędzej". Piękna uwaga, prawda? Tak elegancko potrafili upominać swoich czytelników tylko - używając słów Jeremiego Przybory - chłopcy przedwojenni. Którzy tego samego taktu mogli oczekiwać ze strony swoich krytyków, a nie jak dziś - ataku hejterów na Facebooku.
2) Jako ilustracje do tego tekstu wykorzystałam obrazy Caspara Davida Friedricha. Ci, którzy o nim nie słyszeli, powinni uzupełnić ten brak jak najprędzej...
(Źródło zdjęć: Wikipedia)






