poniedziałek, 14 stycznia 2013

Mała Polka maluje Danię

Pomysł podsuwa jej Hans Christian Andersen. Tak, tak, ten od najwspanialszych baśni świata. Jej dzieci także je uwielbiają i mogą słuchać godzinami, kiedy Andersen czyta im swoje bajki, podczas gdy ich mama maluje jego portret. Ale teraz pan od bajek mówi jej coś ważnego: - Duńczycy dopiero wtedy uznają cię za artystkę, jeśli namalujesz im dzieło narodowe!
To całkiem jak Polacy, prawda? Pewnie tak właśnie myśli Lisinka i już wie, czego oczekują od niej w nowej ojczyźnie. Idzie za radą Andersena i maluje obraz, ten, który widzicie niżej: jasnowłosą dziewczynę z flagą i mieczem w dłoni, idącą przez pole dojrzałych zbóż. Nazywa go po prostu "Danmark" - Dania.
Dania, 1851
Wszystko to dzieje się dawno, dawno temu, bo w 1850 roku, a dziś złotowłosą ze sztandarem zna każde duńskie dziecko. Reprodukcje obrazu zamieszczane są w elementarzach i książkach do historii, wiszą na szkolnych korytarzach i ścianach klas. Dzieci wiedzą, że autorką obrazu jest Elżbieta Baumann - choć dla nich to raczej Elisabeth Jerichau-Baumann - i potrafią nawet sylabizować jej dziwacznie brzmiący przydomek: Li-sin-ka.
Elżbieta Baumann Jerichau, autoportret z 1850 r.
Lisinka. Tak wołał na nią ojciec, jeszcze w Warszawie. To imię jest jak wspomnienie dzieciństwa, jak powrót do domu na zielonej, wiślanej skarpie, nazywanej Joli Bord, Żoliborzem, "pięknym brzegiem". Stąd Lisinka wyruszy w świat, by szukać swoich kolejnych pięknych brzegów i znajdzie ich zadziwiająco wiele, jak na dziewczynę urodzoną u progu XIX wieku. Będzie żyć raczej tak, jak my dziś, niż jak jej spętane konwenansami rówieśniczki. I tylko wysiłek, jaki włoży w urządzenie tego życia po swojemu, będzie nieporównanie od naszego większy.
W dzieciństwie mówią o niej "dzika". Jest dzieckiem utalentowanym i inteligentnym, ale też upartym i krnąbrnym, co jak wiadomo wyjątkowo często idzie w parze. Na szczęście nikt w rodzinie nie stara się jej przykroić za wszelką cenę. Wyrywa się w świat, żeby studiować malarstwo? Proszę bardzo. Jej tatuś Filip Adolf Baumann, zamożny warszawski przedsiębiorca, właściciel fabryki kart do gry, nie staje w poprzek pragnieniom córki. W 1838 roku dziewiętnastolatka wyrusza do Düsseldorfu, wtedy jednego z ważniejszych ośrodków sztuki w Europie. Po paru latach nauki mała Polka, jak ją tam nazywają, czuje się już na tyle pewnie, że może zacząć szukać kolejnego "pięknego brzegu". Wybiera Włochy. Niezbyt oryginalnie, wszyscy malarze jeżdżą do Włoch, ale Lisinka naprawdę spotka tam swoje przeznaczenie.
Jens Jerichau  na portrecie namalowanym przez żonę, 1846
On jest adonisem o złotych lokach i delikatnych rysach. I artystą, tak jak ona, utalentowanym rzeźbiarzem. Nazywa się Jens Jerichau i przyjechał z Danii. Mała Polka zakochuje się z miejsca i bez pamięci. On też jest oczarowany, szybko ulega jej euforycznemu uwielbieniu i w 1846 roku biorą ślub.
Przez kilka następnych lat żyją jak we śnie, kochając się i pracując. We Włoszech krystalizuje się styl Elżbiety, znakomitej portrecistki, który z czasem stanie się jej znakiem rozpoznawczym. Kocha malować włoski karnawał i szykujące się do zabawy smagłe, ciemnowłose i ciemnookie dziewczyny, wystrojone w swoje papuzie suknie. W przeciwieństwie do kobiet z północy one nie chowają się w stonowanych szarościach i perłowych bielach; wybierają amaranty, szkarłaty, turkusy. Raj dla malarza!
Dwie Włoszki szykujace się na karnawałowy bal, 1850
Czarnowsłosa piękność w turkusowej sukni, dokładna data nieznana
Pobyt we Włoszech jest jak przedłużony miesiąc miodowy, który - nawet najdłuższy - ma to do siebie, że zawsze się kończy. A przebudzenie czasem bywa bolesne. Tak będzie i tym razem.
Jensowi proponują profesurę w kopenhaskiej Akademii Sztuk Pięknych i oboje wyjeżdżają do Danii. Dla Lisinki to kolejny brzeg, ale czy będzie piękny? Jens od początku jest w to małżeństwo zaangażowany mniej niż ona. Ona wciąż jest w niego wpatrzona, on miewa kochanki. On jest artystą, pochłoniętym wielką sztuką, ona musi zadbać o dom i pęczniejącą rodzinę. Rodzi mu dzieci - dziewięcioro! - i pewnie dlatego, z powodu dzieci, się nie buntuje. Gdy on goni  Muzy, ona szuka zarobku. Mała Polka zmienia się Matkę Polkę (namaluje zresztą taki obraz, zobaczycie go niżej) i pracuje już niemal wyłącznie dla pieniędzy, przyjmując zamówienia na portrety królewiąt, książąt i różnych znakomitości.
Ale spokojnie, to jeszcze nie ostatni brzeg! Praca z VIP-ami wyda owoce! Niektóre kontakty przerodzą się w przyjaźnie, jak z ten ze sławnym bajkopisarzem Andersenem, inne umożliwią Lisince najbardziej niezwykłą artystyczną przygodę jej życia.
Hans Christian Andersen, 1850
Duński książę Fryderyk, 1852
Olga, królowa Grecji,  1868
Andersen czytający bajki dzieciom Elzbiety, 1862
Namalowany przez Lisinkę w 1865 r. portret braci Grimm dziś uchodzi za ich najsłynniejszy wizerunek.
Kiedyś znalazł się nawet na tysiącmarkowym banknocie
Zaczyna słynąć jako portrecistka, a zamówienia szrokim strumieniem  płyną z najlepszych domów Europy. Płótna małej Polki robią furorę na wystawach światowych, a brytyjska królowa Wiktoria prosi o prywatną prezentację jej obrazów w Pałacu Buckingham. Lisinka staje się znana wśród rodów panujących Europy i dzięki temu może dobić do swego ostatniego pięknego brzegu - poznać haremy Wschodu. 
Ten egzotyczny i pieprzny temat był bardzo modny wśród artystów pruderyjnej epoki wiktoriańskiej, tyle tylko, że wizerunki sułtańskich hurys na efektownych płótnach rodziły się wyłącznie w wyobraźni malarzy. Do wschodnich haremów nikt z Europejczyków nie miał wstępu. A Lisince się udało!
Uzbrojona w listy polecające od europejskich książąt (m.in. od duńskiej księżniczki Aleksandry, późniejszej królowej brytyjskiej) w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych rusza w rejs po Bliskim Wschodzie i Imperium Osmańskim. Portretuje egipskie hurysy, tureckie księżniczki, zmysłowe odaliski. Jest pierwszym artystą z Europy, który życie haremu może malować z natury.
Wschodnie obrazy Lisinki budzą ciekawość, czasem niezdrową. Nieskrywany erotyzm tych płócien sprawia, że wiele z nich na całe lata zamknięto na cztery spusty w muzealnych magazynach, uznając je za gorszące, i pokazano dopiero całkiem niedawno.
Dziewczyna sprzedająca ceramikę, 1876
Egipcjanka z dzieckiem,  1878
Syrena,  1863
Egipcjanka z okolic Gizy, 1876-78
Wschód jest ostatnim nieznanym lądem Lisinki, nie starczyło jej życia na odkrywanie kolejnych. Umarła w wieku 62 lat, ale kto wie, może gdyby dostała trochę więcej czasu, wróciłaby na swój pierwszy piękny brzeg?  Na Żoliborz, żeby nam o sobie przypomnieć? Bo przecież ciągle czuła się Polką, tęskniła. Ten obraz namalowała kilka lat po swojej słynnej "Danii":
Matka Polka, 1857
Ale my przypomnieliśmy sobie o niej dopiero wtedy, gdy umarła, kiedy w roku 1881 kopenhaskie gazety wypełniły się nekrologami, żegnającymi "wielką narodową malarkę duńską". Redaktorzy warszawskiego "Bluszcza" zareagowali oburzeniem, zauważając - słusznie, słusznie - że Dania była tylko ojczyzną jej męża, a ona była Polką i nigdy o tym nie zapomniała. Ale za późno, za późno! Z Polski malarka nie dostała nigdy żadnego zamówienia, w swojej ojczyźnie nie istniała. Nie istnieje do dziś. Wstyd przyznać, ale - poza historykami sztuki - większość z nas nie miała bladego pojęcia o jej istnieniu do 2004 roku, kiedy to ukazał się polski przekład biografii "Lisinka", napisanej przez Brigit Pouplier.
Lisinka przy pracy
Dziś płótna Lisinki znajdują się w najważniejszych muzeach duńskich, a także w Berlinie, Oslo, Goeteborgu, w zbiorach prywatnych w Niemczech, Wielkiej Brytanii, Włoszech, Szwajcarii, na Bliskim Wschodzie. Wszędzie, tylko nie w Polsce. U nas jest ponoć jeden jej obraz - "Główka dziewczyny" - przechowywany w zbiorach Zamku Królewskiego. Publicznie pokazywany był raz, na wystawie „Artystki polskie”, zorganizowanej w 1991 roku przez warszawskie Muzeum Narodowe. Wybaczcie, że Wam go tu nie pokażę, ale sama też go nie znam. Dostępnych reprodukcji brak, podobnie jak większych śladów po wystawie. Dlaczego?  Dlaczego polskie muzea - i tak biedne, ogołocone przez kolejne wojny - nie potrafią docenić nawet tego co mają? Czemu cudze chwalimy, a to co swoje wciąż lekceważymy? I przypominamy sobie o własnych wybitnych twórcach dopiero wtedy, gdy docenią ich inni? Historia wtedy powie nam zwykle: za późno, za późno...

piątek, 4 stycznia 2013

Królewicz, krew i panna

Uprzejmie proszę, żeby historycy nie czytali tego posta. Jeśli przypadkiem na niego natrafią, niech od razu klikną backspace. Źle ich tu potraktowałam i przyznaję - nie do końca sprawiedliwie, ale czasem zachowują się tak, że trudno opanować irytację. 
Idzie mi o to, że historycy uwielbiają psuć dobre historie. Kiedy już trafi im się opowieść rozegrana wedle najlepszych reguł melodramatu czy thrillera, natychmiast owijają ją tysiącem znaków zapytania. Zaczynają mnożyć wątpliwości, kwestionować, rozszczepiać na kawałki i dopiero po tej operacji czują, że wykonali swoją robotę. Wtedy wreszcie mogą odetchnąć i wyjechać ze swoim ulubionym zdaniem, że właściwie nic nie jest pewne, a to, co się zdarzyło, mogło wcale się nie wydarzyć. Im historia barwniejsza, tym częściej tak kończy - jako wielka wątpliwość.
Ta, którą chcę opowiedzieć, też ich zdaniem mogła być czystą iluzją albo efektem brzydkich (krzyżackich!) plotek. Dlatego bardzo proszę historyków o niezawracanie sobie głowy tym postem. Nie będziecie czytać? Poszliście już sobie? No, to zaczynam...

A opowieść jest straszna. Główne role grają w niej młody polski królewicz i śliczna dwórka, do której młodzieniec ów poczuł miętę. On zostanie jednym z największych władców w historii Polski. Ona przez niego zginie. I zginie straszliwie - w hańbie i cierpieniu, nieludzko okaleczona, wystawiona na pośmiewisko jako dowód podłości i zdrady.
Dzieje się to w roku 1330. Na węgierski dwór królowej Elżbiety, z domu Łokietkówny, przyjeżdża jej młodszy brat, polski królewicz Kazimierz. Tatuś, Władysław Łokietek, wysłał tam swego dziewiętnastoletniego syna na krótkie wakacje, na których ten jednakowoż ma połączyć przyjemne z pożytecznym. Namówić potężnych sąsiadów do udziału w montowaniu koalicji antykrzyżackiej, a przy okazji nabyć trochę ogłady i liznąć wielkiego świata na wspaniałym, znakomitszym od wawelskiego, andegaweńskim dworze.

Kazimierz na Węgrzech zachowuje się tak, jak każdy dziewiętnastolatek spuszczony ze smyczy wymagającego ojca. Chce się zwyczajnie dobrze zabawić. W domu zostawił obowiązki i żonę, którą ojciec mu wybrał, kiedy Kazimierz był jeszcze małym Kaziem, miał ledwie 15 lat! Oczywiście chodziło o sojusze (tym razem z Litwą), a nie o żadne amory. Na dworze siostry zjawia się sam i może do woli przebierać w pięknych pannach. A polski królewicz przyciąga kobiece spojrzenia. Jest przystojny - wysoki, smagły, czarnowłosy, bardzo jeszcze młody, a więc niewątpliwie mniej kudłaty i zarośnięty niż ten, którego znamy z portretów. Szybko wpada mu w oko Klara, piękna dwórka jego siostry. I wszystko wskazuje na to, że on jej też. Ale wcale nie tak łatwo namówić Klarę na schadzkę. Dziewczyna nie jest pierwszą lepszą - pochodzi ze znakomitego, magnackiego rodu Zachów, nauczono ją cenić swój dom i nazwisko, godnie się nosić, dbać o skromność i pilnować cnoty.
Jak jednak możecie się domyślać, im mocniej Klara się opiera, tym bardziej apetyt Kazimierza rośnie. I kiedy młodzieniec czuje, że nie wytrzyma już ani chwili dłużej, na scenę wkracza siostra naszego bohatera, królowa Elżbieta. Idzie w sukurs swemu usychającemu z pożądania braciszkowi i organizuje przemyślną schadzkę.
Królewicz leży w swojej komnacie, rzekomo złożony chorobą. Królowa w towarzystwie Klary idzie go odwiedzić i pod pierwszym lepszym pretekstem zostawia młodych sam na sam. Wtedy szybko się okazuje, że piękny Kazio nie jest złożony niemocą na tyle, by nie wziąć tego, na co ma ochotę. I kradnie Klarze wianek. Po dobroci czy gwałtem? O to do dziś spierają się historycy, ale czy to ma znaczenie? Nawet jeśli Klara też czuje do Kazimierza afekt, to zapewne się broni, jak każda ówczesna uczciwa panna. I zapewne broni się nieskutecznie...

Wszystko niestety kończy się tak, jak w przestrogach od setek lat powtarzanych dziewczynkom przez matki i babki, w tych wszystkich odwiecznych opowieściach pt. "Uważaj, im chodzi tylko o twój wianek!". Bo Kazimierz - dostawszy, co chciał - szybko kończy węgierskie wakacje, zbiera manatki i wieje do domu. A porzucona i pohańbiona Klara? Traci głowę i skarży się ojcu. 
Błąd, Klaro, błąd!  Być może Kazimierz cię zgwałcił, a być może "tylko" uwiódł. Tak czy inaczej powinnaś siedzieć cicho! Powinnaś była wiedzieć, że kobieta domagająca się zapłaty za krzywdę, prędzej sama stanie się ofiarą swoich żądań niż dojdzie sprawiedliwości. Zwłaszcza, gdy winowajca stoi wyżej od ciebie! Tak stanie się i tym razem, a cena, jaką za niecny postępek Kazimierza zapłaci Klara, będzie niewyobrażalna.
Wściekły ojciec dziewczyny, Felicjan Zach, postanawia bowiem odpowiedzieć pięknym za nadobne. A że nieszczęsny zalotnik córki już mu umknął, biegnie z awanturą do swego króla. 17 kwietnia 1330 roku ojciec Klary wparowuje do sali, w której biesiadują król Karol Robert i królowa Elżbieta. I zanim ktokolwiek z dworzan czy rycerzy zdąży się ogarnąć, rzuca się na najjaśniejszą parę z mieczem! (Oni tam w średniowieczu najwyraźniej dosłownie rozumieli zwrot "cięta riposta"). Pierwszą ofiarą rozszalałego ojca Klary staje się Elżbieta. Jej królewski mąż "po męsku" włazi pod stół, ona wykazuje się dzielnością. Osłania męża, skutkiem czego on zostaje tylko lekko ranny w rękę, ona - pozbawiona czterech palców, z której to przyczyny przejdzie do historii z przydomkiem królowej Kikuty.
Felicjan Zach od razu płaci za swoje szaleństwo. Zostaje przez królewskich rycerzy zasieczony na miejscu. Ale to dopiero początek horroru - najstraszniejszego, jaki można sobie wyobrazić, krwawej jatki, jaka dziś przychodzi do głowy tylko porąbanym twórcom filmideł klasy C, typu "Teksańska masakra piłą mechaniczną". Ale siedem wieków temu to się dzieje naprawdę! 

Straszny gniew króla spada na cały ród Zachów. Jego synowie zostają pojmani i zabici w straszliwy sposób, wloką ich końmi po ulicach, póki nie skonają, a posieczone ciała rzucają psom na pożarcie. Jednak największą cenę za gniew swego ojca płaci Klara. On szczęśliwie szybko umiera, ją czeka kaźń.
Zostaje natychmiast wywleczona z tłumu ślicznych dwórek. Obcinają jej nos, wargi, palce u rąk i tak okaleczoną obwożą w klatce po wsiach i miasteczkach. Zanim umrze, Klara musi wyznawać urągającym jej tłumom, że słusznie ją ukarano za występek jej ojca przeciw najświętszemu majestatowi królów, że ona i jej ród cierpią zasłużenie. Wierzyłaś w sprawiedliwość, Klaro? 

I tak kończy się tragiczna historia romansu królewicza Kazimierza i pięknej Klary. Do dziś poruszająca, budząca emocje, niejasna. W Polsce wciąż mamy z tą historią problem. Jest dla nas jak wyrzut sumienia. Nie możemy zaprzeczać, że miała miejsce, ale robimy wszystko, by się z niej wyłgać. Trudno nam przyznać, że nasz król Kazimierz, któremu w dodatku nadaliśmy przydomek Wielki, sprowokował taką krwawą jatkę! Stąd arcykomiczne moim zdaniem publikacje, jakie co i rusz przetaczają się przez polską prasę. Nie dalej niż w ubiegłym roku gazety, w tym m.in. "Focus Historia", uroczyście odtrąbiły, że.... gwałtu nie było! Cytuję początek tekstu pod wymownym tytułem "Kazimierz Wielki: uznany za niewinnego": "Nastoletni polski królewicz nie popełnił gwałtu na węgierskiej dwórce Klarze Zach i nie był winny tragedii jej rodziny w 1330 r., jak do niedawna sądzili historycy". No proszę, więc jednak się udało! Biografowie grzebali się w tej historii przez siedem stuleci i wreszcie odkryli, że Kazimierz był czysty jak łza! A niecny tatuś Klary podniósł rękę na swego króla nie z powodu córki, ale dlatego, że należał do spiskowców planujących odebrać mu władzę! 
Okej, ja rozumiem, że celem historyków jest dociekanie i odkrywanie prawdy o przeszłości. I że czasem trzeba siedmiu wieków, żeby tę prawdę uzgodnić, uwzględniając wszystkie odzierające ją z dramatyzmu wątpliwości. Proszę bardzo, pp. historycy, róbta co chceta i co do was należy. Może macie rację, choć to dość zaskakujące, że o prawdopodobieństwie całej historii przesądza się siedemset lat po fakcie. Czy tzw. historyczna prawda, która jest wynikiem ustaleń i uzgodnień dokonywanych po wiekach, jest wiele więcej warta od legendy? A może właśnie dzięki tym legendom chcemy czytać o przeszłości i do niej wracać? Kiedy piszę ten tekst, wciąż wracają do mnie słowa Anatola France'a (pisarza, ale także historyka), który mawiał: "Wszys­tkie książki historyczne, które nie za­wierają kłamstw, są krańco­wo nudne". Ech, coś w tym jest, coś jest...


Na Węgrzech dzieje miłości i śmierci Klary to wciąż historia kultowa, przywoływana w sztuce, piosenkach, wierszach. W 1911 roku  Aladár Körösfői-Kriesch namalował dwa przemawiające do wyobraźni obrazy, które zatytułował "Historia Klary Zach" - i to one właśnie są ilustracją tego tekstu. A w 1855 roku poeta János Arany napisał balladę o Klarze, która w ostatnich latach zaczęła żyć nowym życiem. Folk-metalowy zespół Dalriada napisał do niej muzykę i zamieścił na wydanej w 2009 r. płycie (nagranie wyżej). Choć taka muzyka to raczej nie moja bajka, a z ballady Arnaya nie rozumiem ani słowa, to piosenka zadziwiająco mocno zapadła mi w pamięć, a główny motyw od paru dni nie może się ode mnie odkleić, ciągle go słyszę. Polskiego tłumaczenia ballady Arnaya nigdzie nie mogłam znaleźć. Czy w ogóle istnieje? Zna je ktoś? A może potraficie sami przełożyć balladę choćby trochę lepiej niż tłumacz Google'a? Napiszcie!

wtorek, 1 stycznia 2013

10 dobrze powiedzianych zdań na Nowy Rok

Niezależnie od tego, kiedy to mówiły - sto czy dziesięć lat temu - zawsze trafiały w sedno. Lubię przypominać sobie celne kobiece myśli na początku roku. Poprawiają samopoczucie, dają napęd i stawiają do pionu!

1. Lepiej być starą niż martwą. 
Brigitte Bardot, aktorka, obrończyni praw zwierząt (ur. 1934)


2. Jest jedna rzecz, której kobieta nie potrafi zrobić tak jak mężczyzna: obsikać muru na stojąco. 
Colettte, pisarka (1873 - 1954) 

3. Kiedy bierzemy życie we własne ręce, dzieje się rzecz straszna: nie ma na kogo zwalić winy. 
Erica Jong, pisarka (ur. 1942)

4.  Pieniądze szczęścia nie dają. Dopiero zakupy. 
Marilyn Monroe, aktorka (1926-1962)


5. Moda to jest to, co wychodzi z mody. 
Coco Chanel, projektantka mody (1883–1971)


6. Historia jest najlepszym nauczycielem. Ale ma najgorszych uczniów. 

Indira Gandhi, premier Indii (1917-1984) 

7. Jeżeli Bóg chciał, abyśmy myślały macicą, to po co dał nam mózg? 
Clare Boothe Luce, pisarka, dziennikarka, polityk (1903-1987)

8. Jestem wyjątkowo cierpliwa. Pod warunkiem, że w końcu wyjdzie na moje. 
Margaret Thatcher, premier Wielkiej Brytanii (ur. 1925) 

9. Boimy się późnego wieku, jakbyśmy mieli pewność, że go osiągniemy. 
George Sand, pisarka (1804-1876)


10. Nie wiem, czy kobiety są lepsze od mężczyzn - mogę tylko powiedzieć, że na pewno nie są gorsze. 

Golda Meir, premier Izraela (1898-1978)

I tego się trzymajmy. Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku!

(Źródło zdjęć: Wikipedia)

piątek, 28 grudnia 2012

Barbie w gorsecie

Lada dzień wielki bal, chcecie wyglądać naprawdę wystrzałowo? Zróbcie się na dziewczynę Gibsona! Żeby było jasne - nie chodzi mi o dziewczynę Mela Gibsona (odkąd widzę, co ze swoim życiem wyrabia ten gwiazdor, nigdy już nie powiem, że kobiety starzeją się gorzej od mężczyzn!). Chodzi mi o amerykańskiego rysownika Charlesa Dana Gibsona, świętej pamięci od z górą pół wieku. To on wymyślił ideał kobiety belle époque, sylwetkę wiotkiej damy o figurze wymodelowanej na kształt klepsydry i z charakterystyczną burzą loków, upiętych w malowniczy, niedbały kok.
Dziewczyna Gibsona mała to coś, co wyróżniało ją z tłumu eleganckich dam przełomu XIX i XX wieku. Była jak lalka Barbie swoich czasów - wyższa niż przeciętna kobieta, bardzo szczupła, za to z obfitym biustem i krągłymi biodrami. Jej doskonale uszyte, eleganckie suknie pozbawione były turniur, nadmiaru kokard,  falban i koronek, aby nic nie psuło nienagannej linii sylwetki, ściśniętej gorsetem w idealne S. Wieńczyła ją zgrabna główka osadzona na długiej szyi i ozdobiona spiętrzonym wodospadem loków.
Dziewczyna była "cute", lekka, pełna wdzięku, swobodna i na luzie. Lubiła uprawiać sporty i aktywnie wypoczywać - Gibson często wkładał jej do ręki kij golfowy, pakował na rower, wysyłał na plażę albo na kort tenisowy. Dorysowywał też tłumy mężczyzn zachwyconych wyglądem panny, gotowych pójść za nią wszędzie i spełnić każde jej życzenie, choćby najbardziej idiotyczne. Na słynnym rysunku niżej zobaczycie młodych ludzi sadzących drzewo korzeniami do góry, bo ona tak chce!

Czy można się dziwić, ze dziewczyna Gibsona szybko stała się ideałem kobiet? Zwariowały na jej punkcie, tak jak my na punkcie Barbie. Wszystkie starały się kopiować jej styl, strój, gesty, a przede wszystkim fryzurę. Zapuszczały loki, a jeśli natura poskąpiła im bujnych splotów, kupowały peruki, wsuwały wałki, dopinały treski. Wzór miały stale pod ręką, bo wizerunki kudłatej panny stały się wszechobecne:

Pojawiały się na okładkach magazynów (powyżej; w środku "Cosmo" z 1910 roku), na kartkach pocztowych i w reklamach, a z czasem także na spodkach, popielniczkach, poduszkach i obrusach, na pokrowcach krzeseł i stojakach na parasole, czyli wszędzie tam, gdzie tylko mogło spocząć damskie spojrzenie. Dziś mówi się wręcz, że był to pierwszy, masowy ideał kobiecego piękna.

Wizerunku swojej panny Charles Gibson nie wysnuł tak całkowicie z męskich marzeń o kobiecie idealnej. Inspiracją były dla niego cztery jak najbardziej realne panie. Na początek dwie śliczne Amerykanki, siostry Irene i Nancy Langhorn. Pierwsza z nich, Irene, była żoną Gibsona, i to ją mąż rysował na początku.
Charles Dana Gibson i jego żona Irene
Druga z sióstr była co najmniej równie ładna, ale zrobiła o wiele większą karierę. Nancy poślubiła brytyjskiego polityka i magnata prasowego Williama Waldorfa Astora, ale wcale nie zadowoliła się rolą bogatej pani domu. W 1919 roku została pierwszą kobietą, która trafiła do Izby Gmin brytyjskiego parlamentu. I zasiadała w niej przez 25 lat, mocno angażując się w sprawy kobiet i rodziny. No proszę, śliczna główka dziewczyny Gibsona miała też fajnie umeblowane wnętrze!
Lady Nancy Astor, ambitna i piękna
Dwie pozostałe panny, których urodą zachwycił się rysownik, to Evelyn Nesbit i Camille Clifford. Pierwszej z nich, słynnej modelce o wyjątkowo burzliwym życiu, poświęciłam już tutaj długi wpis, zajrzyjcie. 
Evelyn Nesbit, śliczna jak z obrazka
Drugą była urodzona w Belgii aktorka Camille Clifford. Na początku 1900 roku wzięła ona udział w gazetowym konkursie, w którym szukano najdoskonalszej "żywej wersji" dziewczyny z rysunków Gibsona. Wygrała właśnie Camille i tak zaczęła się jej światowa kariera w roli "wcielenia dziewczyny Gibsona". Owszem, doceniono też jej talent, angażowano do przedstawień, ale do historii przeszła jako ikona stylu. Jej znakiem rozpoznawczym już na zawsze pozostała wysoka fryzura i długa, elegancka suknia, ciasno opinająca sylwetkę o wąziutkiej 18-calowej talii. Fotografie Camille do dziś są najlepszą ilustracją stylu początku XX wieku w wydawnictwach poświęconych historii mody.
Camille Clifford, idealna dziewczyna Gibsona
Styl dziewczyny Gibsona cieszył się powodzeniem aż do pierwszej wojny światowej. Potem wypadł z łask. I nic dziwnego, bo coraz bardziej praktyczne i pewne siebie kobiety wypowiedziały własną wojnę - gorsetom i sukniom zamiatającym podłogi. I okej, i bardzo dobrze, i tak trzymać. Przecież taka panna od Gibsona praktyczną stronę życia miała za nic, ale... Czy nie dlatego była taka atrakcyjna? Wyjątkowa? Godna pożądania? Nie dziwię się nic a nic, że tak urzekła nasze prababki (a pradziadków nawet bardziej). Może warto sobie o niej czasem przypomnieć, na przykład przed karnawałowym balem?

Dlatego na koniec część praktyczna, czyli instrukcja zwinięcia słynnego gibsonowskiego koka. To wcale nie takie trudne, a jeśli macie szczęście być posiadaczkami długich loków, efekt będzie piorunujący! 



Klasyczna dziewczyna Gibsona ma kręcone włosy, ale i dla tych, które nie chcą używać lokówki, też coś znalazłam - równie efektowny gibsonowski kok zwinięty z prostych włosów. Dobrej zabawy!


poniedziałek, 24 grudnia 2012

Kartka świąteczna



Wszystkim moim Czytelniczkom i Czytelnikom życzę najmilszych Świąt
z najpiękniejszą, starą muzyką w tle!