Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bona Sforza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bona Sforza. Pokaż wszystkie posty

sobota, 18 maja 2013

Co one jadły?

"Nie ma bardziej szczerej miłości niż miłość do jedzenia" - mawiał George Bernard Shaw. Cóż, jeśli tak jest w istocie, to zawartość spiżarni i nasze kulinarne gusta mówiłyby o nas więcej niż można przypuszczać. Popatrzmy, jak to wyglądało w przypadku najsławniejszych dam.
Luis Meléndez, Martwa natura z figami i chlebem, ok. 1773
Jadwiga łasuchuje nocą
O Jadwidze Andegaweńskiej myślałam dotąd jak o bogobobojnej, świętej niewieście, skłonnej do umartwień i niechętnej ucztom. W dodatku delikatnej, kruchej i słabego zdrowia. Szukając czegoś na temat jej diety, byłam pewna, że jadła jak ptaszek i wszystko jej było jedno, czy postawiono przed nią puszysty kołacz czy kubek wody z kawałkiem chleba. A tu nieprawda! Owszem, królowa postów przestrzegała i zapewne nie objadała się nadmiernie, ale na co dzień ani myślała rezygnować z przysmaków.
Królowa Jadwiga przepadała
za gorącymi rogalikami
Stoły na wawelskim dworze uginały się od jedzenia, ale nie było ono specjalnie wyszukane, jak zresztą w całej średniowiecznej Europie. Ilość górowała nad jakością, czasy wyrafinowanych uczt miały dopiero nadejść razem z renesansowym uwielbieniem życia. Póki co misy napełniano po brzegi pieczonym mięsiwem, kaszą i grochem, a między nimi układano stosy pieczywa. To ostatnie było jednakowoż w Polsce rozmaite i bardzo smaczne - pod dostatkiem było wypiekanych na zakwasie chlebów, drożdżowych bułeczek, precli, rogali, słodkich placków z serem i makiem. I właśnie w jednym z tych wypieków szczególnie zagustowała Jadwiga -  przepadała za gorącymi pszennymi rogalikami nazywanymi z łaciny crostuli.
Jadano wówczas tak, że dzisiejszy dietetyk - zalecający pięć małych posiłków dziennie - złapałby się za głowę. Obowiązywała niezdrowa zasada "raz a dobrze". Napychano się do syta, a do posiłków siadano dwa razy dziennie: na późne śniadanie (nazywane prandium) i późny obiad (cena). Tylko jedna Jadwiga wyłamywała się z tego rytmu i bardzo często podawano jej dodatkowo wieczorną kolację. Może dlatego, że wcześniej nie objadała się jak bąk? Ale prędzej dlatego, że po prostu miała chętkę na swój ulubiony przysmak przed snem.
Floris van Dijck, Martwa natura z owocami, orzechami i serem, 1613
Bona lubi zjeść po litewsku
No, jak myślicie, co było przysmakiem królowej Bony? Pieczone pawie na liściach sałaty? Kuropatwy nadziewane kwaśnymi jabłuszkami i konfiturą z pigwy? Dziczyzna w węgierskich przyprawach? Pieczone gołąbki? Orzechowe nugaty z serem śmietankowym, smażone kasztany, neapolitańskie ciasta? Wszystkie te wyrafinowane dania (a także dwadzieścia innych) pojawiły się na uczcie wydanej w Neapolu z okazji ślubu Bony per procura z Zygmuntem Starym. Aż ślinka cieknie przy lekturze tego menu! I pomyśleć, jakie rozczarowanie musiało czekać pannę młodą, kiedy już przybyła do swojej nowej ojczyzny! W Polsce wciąż jeszcze ustawiano na stołach góry mięsiwa w towarzystwie kaszy i grochu, a z jarzyn znano cebulę i rzepę.
Bonie smakował sękacz
Ciągle wkłada nam się do głów, jak to Włoszkę o delikatnym podniebieniu raziła ta polska kuchnia, ociekająca tłuszczem i pozbawiona wszelakiego wyrafinowania, jak to wprowadzała na Wawelu swoje zwyczaje, instalując kucharzy ze słonecznej Italii i serwując zdrową "włoszczyznę". Owszem, tak było. Ale Bona umiała docenić dobre rzeczy i nie jest prawdą, że u nas ich nie znalazła.
Uwielbiała... sękacz. To sławne kresowe ciasto, przypominające pień drewna, do dziś wypiekane jest na Podlasiu według receptury z czasów Bony - na ruszcie nad otwartym ogniem i z nieprawdopodobnej liczby jaj (nawet 60!). Jest dzięki temu tak delikatne, że rozpływa się w ustach, a im starsze, tym lepsze. Dojrzewa jak szlachetne wino. Tym ciastem poczęstowano Bonę w Berżnikach, dzisiaj wsi, ale ze wspaniałą przeszłością pierwszego miasta na Suwalszczyźnie. Założyła je właśnie Bona, co uhonorowano ucztą, na której podano litewski specjał. Przypadł królowej do gustu, i to tak, że postanowiła go wprowadzić na salony. Swój debiut w wielkim świecie sękacz miał podobno na ślubie Zygmunta II Augusta. Wtoczono wówczas na stół ten królewski pień z pachnących warstw śmietany, jajek, cukru i masła... Oj, pociekła mi ślinka, urodziłam się na Podlasiu, wciąż czuję ten smak na języku...
Pieter Claesz, Martwa natura z ostrygami i pieczonym indykiem, 1627
Marysieńka ubija jaja
No, może nie ona sama, ale całe tłumy robiły to dla niej. Niejeden widział, a potem opowiadał, jak wyglądały liczne podróże po kraju króla Jana III i jego ślicznej francuskiej żony. Ledwie ich kareta zatrzymała się w jakimś szlacheckim dworze na popas, a już w następnej chwili z kuchni dochodziły odgłosy ubijania jaj. Na omlet. To było ulubione danie Marii Kazimiery. Sobieski też je polubił, choć podobno wolał jajka po wiedeńsku, ale czego się nie robi dla ukochanej! (Pamiętamy Kmicicowe: "ja bym dla waćpanny i  truciznę wypił"!)
Marysieńka Sobieska, fanka omletów
W ogóle Sobiescy jedli dużo i długo, obficie i suto, pieprznie i słodko. Posiłki na ich dworze wedle dzisiejszych kryteriów wyglądały niczym jakieś uczty Bachusa. Jak pisał Zygmunt Gloger na obiad podawano "33 półmisków wielkich, 12 lub 13 mniejszych, a na śniadanie i na wieczerzę po 13". W czasach barokowego nadmiaru nikomu nie przeszkadzało, że mężczyznom rosną brzuchy, a kobiety nabierają rubensowskich kształtów - to się podobało! Był to chyba jedyny okres w dziejach nowożytnej Europy, kiedy grube było piękne. Każdy, kto tylko mógł, dogadzał sobie przepełnionym talerzem, a król Sobieski mawiał: "Boć to nasze tylko na tym świecie, co zjemy dobrze i smaczno"!
Oboje z Marysieńką lubili słodycze, zwłaszcza owoce smażone w miodzie i paschę doprawianą szafranem i bakaliami. A król najbardziej uwielbiał arkas, dziś trochę zapomniany wschodni deser z jaj i śmietanki. Zapomniany może dlatego, że to gigantyczna bomba kaloryczna, ale jeśli macie w nosie kalorie, przepis na arkas znajdziecie tutaj. Smacznego!
Luis Eugenio Meléndez, Martwa natura z akcesoriami do gorącej czekolady, 1770
Maria Antonina ma mdłości
O Marii Antoninie od dobrych paru lat myślimy językiem Sofii Coppoli - przynajmniej my, kobiety. Mamy przed oczami sugestywną filmową wizję słodkiego, tonącego w różowościach kociaka w typie Paris Hilton, zamkniętego w swoim kosmicznym pałacu, wśród satynowych pantofelków, jedwabnych sukien, perłowych naszyjników i tac z wymyślnym jedzeniem. 
No właśnie, zwłaszcza to jedzenie przemawia do wyobraźni. Ciastka, mnóstwo ciastek, całe góry ciastek... Makaroniki, galaretki, bezy, babeczki, czekoladki, torty... W różowym lukrze, z bitą śmietaną, z kremem, z owocami... Na srebrnych tacach i porcelanowych paterach, w płatkach róży i w kobiecych ustach... Do przesytu, do obłędu, do mdłości.
To był fajny pomysł na ogranie słynnej, cynicznej frazy, rzekomo wygłoszonej przez Marię Antoninę pod adresem poddanych: "Nie mają chleba? To niech jedzą ciastka!”. Królowa nigdy tych słów nie powiedziała (tutaj tekst o tej i innych historycznych plotkach), ale chyba już na zawsze będzie tkwić w historii jako ciasteczkowy potwór z Wersalu.
Maria Antonina na portrecie z epoki i w filmie S. Coppoli z 2006 r.
Uczty w pałacu prawdziwej Marii Antoniny były co najmniej równie wystawne jak w filmie, ale ona sama najwyraźniej niewielką miała z nich przyjemność. Samo siedzenie przy stole było dla niej udręką. Codziennie w towarzystwie jakiejś setki par oczu, bo ludzie ściągali do pałacu popatrzeć, jak najjaśniejsza pani spożywa posiłek. Jadła niewiele. Na śniadanie wypijała tylko filiżankę czekolady. Na zwykły, powszedni obiad podawano jej trzy rodzaje zup, dwie spore sztuki mięsa, dwanaście przekąsek, dwa duże i cztery małe dania deserowe, a na koniec dwa półmiski wyrobów cukierniczych. I to wtedy, gdy siadała do obiadu bez męża, sama! Nie licząc oczywiście tej setki par oczu. Nic dziwnego, że jedzenie stawało jej w gardle i większość dań wracała do kuchni nietknięta.
Trochę więcej apetytu miała królowa, gdy bawiła się w gospodarstwo w swojej sentymentalnej wiosce Trianon, urządzonej w wersalskim parku. Sadziła zioła, wyrabiała śmietanę, ubijała masło, a z zebranych jajek potrafiła nawet sama przyrządzić omlet.
Ostatnim posiłkiem Marii Antoniny była zupa z makaronem. Zdołała przełknąć dwie czy trzy łyżki. To było 16 października 1793 roku, w dzień jej egzekucji. Służącej, która ją namawiała, by coś zjadła, powiedziała: „Moja droga! Wszystko już dla mnie skończone!”
 Jan Davidszoon de Heem, Martwa natura, ok. 1650
Wiktoria lubi herbatkę z prądem
Wygląda na to, że dla królowej Wiktorii symbolem niezależności była... filiżanka herbaty. Jako dziewczyna piła ją tylko od święta - jej wychowawczyni arcyksiężna Northumberland uważała, że młodej panience nie wypada żłopać tego egzotycznego naparu, podobnie jak czytać "Timesa". Rzekomo zaraz po koronacji 28 czerwca 1838 roku dziewiętnastoletnia Wiktoria zażądała jednego i drugiego: filiżanki herbaty i najnowszego wydania "Timesa". Gdy spełniono rozkazy, z uśmiechem stwierdziła: "Oto jest wreszcie dowód, że rzeczywiście panuję".
Wiktoria jak pączek w maśle
Wiktoria nie lubiła sobie odmawiać drobnych przyjemności, a dotyczyło to także tego, co jadała. Kolacyjka u królowej wyglądała naprawdę imponująco! Wieczór zaczynał się od zup zabielanych śmietaną, do których podawano hiszpańskie sherry. Potem szły ryby, zazwyczaj ostrygi, grillowany łosoś lub pstrąg, ale zdarzał się i homar w śmietanowym sosie. Do tego wino mozelskie. Po rybach były przystawki (np. pasztety z krewetek) i dopiero po tej górze jedzenia podawano danie główne - pieczone białe i czerwone mięsa w zawiesistych sosach. Potem zajadano jakiś mały srobecik zaprawiony rumem, by oczyścić kubki smakowe, i na stół wjeżdżało dzikie ptactwo oraz warzywa smażone w winnych sosach. Na koniec desery, do których podawano szampana. Czy można się dziwić, że Wiktoria - ciesząca się znakomitym apetytem i usadzona przed takim stołem - przez większą część życia walczyła z nadwagą? 
Tylko herbaty nie polubiła. Paradoksalnie, bo to właśnie za jej długiego panowania napój ten podbił Wielką Brytanię. Wtedy narodził się zwyczaj popołudniowej herbatki, sławny five o'clock, wtedy też Brytyjczycy zamienili sporą część Indii i Cejlonu w gigantyczne herbaciane plantacje. Ale królowa nie lubiła smaku herbaty, drażnił ją również ten codzienny ceremoniał parzenia i picia. Ponoć u schyłku życia zmieniła zdanie. Gdy któregoś dnia mocno przeziębionej królowej przyniósł parującą filiżankę jej ulubiony służący Brown, uznała, że to najlepsza herbata, jaką kiedykolwiek piła. "Nic dziwnego - wyjaśnił spokojnie Brown - dolałem do niej sporo whisky". 
Cristoforo Munari, Martwa natura z melonem, przełom  XVII i XVIII w.

Sissi robi wyjątek od diety kosmonautów
Śliczna Sissi raczej nie była smakoszką. Może dlatego była śliczna. Eteryczna, wiotka i szczupła, o talii osy, którą z upodobaniem eksponowała na portretach. Osiągała to stosując regularne głodówki i katorżniczą dietę. Ponoć jej fryzjer codziennie rano mierzył ją w talii i jeśli namierzył więcej niż 49,5 centymetra, cesarzowa przez cały dzień głodowała. 
Niejakim zagrożeniem dla słynnej talii Sissi
był apetyt cesarzowej  na słodkości 
Ale nawet gdy talia była wąska, też sobie nie pojadła. Jej zwyczajowe dzienne menu: kilka szklanek mleka lub soku, szklanka wywaru mięsnego, 2 kieliszki wina, surowe jajko z solą, od czasu do czasu mrożone owoce i pomarańcze. Okropne, prawda? Zwłaszcza po opisach uczt okrąglutkiej Wiktorii...
Sissi z powodu swojej diety bywa posądzana o anoreksję, ale to raczej mit. To, że żywiła się po spartańsku, nie wynikało z niechęci do jedzenia, ale z obsesyjnego dbania o urodę i figurę. Katowała się dietami, jak my dziś, ale miała swoje chętki, zwłaszcza na słodycze. Uwielbiała wypić kawę z kawałem wiedeńskiego tortu. Zachowały się rachunki z przeróżnych cukierni, w których cesarzowa zamawiała słodkie wypieki. Starała się wybierać te, które były stosunkowo najmniejszym zagrożeniem dla jej pięknej talii.
Takim ulubionym deserem był omlet (znowu!), który zresztą przeszedł do historii jako omlet Sissi. W jej wersji jest to puchaty naleśnik z rodzynkami i rumem, który z powodu niewielkiej zawartości mąki podczas pieczenia rozpada się na kawałki. Przepis znajdziecie tutaj. Zrobię go sobie zaraz na weekendowe śniadanie. I może wyjątkowo dziś nie zmierzę wcześniej talii...
Anne Vallayer-Coster, Martwa natura z brzoskwiniami i winogronami, druga połowa XVIII w.

Źródła m.in: Maja i Jan Łozińscy, Historia polskiego smaku;
Urszula Borkowska, Dynastia Jagiellonów w Polsce;
Maria Bogucka, Bona Sforza;
Mariusz Misztal, Królowa Wiktoria;
Maria Lemnis i Henryk Vitry, W staropolskiej kuchni i przy polskim stole;
Michel de Decker, Maria Antonina: niebezpieczne związki królowej
Zdjęcia Wikimedia Commons

piątek, 14 grudnia 2012

Wielkie rzeczy!

Jak to jest, kiedy prawdziwe życie zaczyna się dopiero po pięćdziesiątce? Jeśli nie jest to wynik własnych wyborów, ale nagłych splotów okoliczności, może to być prawdziwy dopust boży. Taki właśnie przytrafił się Annie Jagiellonce, córce Zygmunta Starego i Bony. Los sprawił, że z dnia na dzień z nieco nudnych, ale bezpiecznych kulis królewskiego dworu wkroczyła na główną scenę historii. Ani tego chciała, ani się spodziewała. Była tylko siostrą potężnego króla, o którą ten zresztą specjalnie nie dbał. Żyła na uboczu jego świata, haftując mu koszule, modląc się i uprawiając ogród. A tu masz! Nagle okazało się, że sama ma zostać królem! 

Nic dziwnego, że wpadła w popłoch. „Jako żywo, na żadną królewnę nie przyszły tak wielkie rzeczy jako na mnie” – skrobała w panice do swojej siostry Zofii. Prawdziwy pech! Że też akurat na nią trafiło! Ale trafiło i jak tu miała wadzić się z losem? Jej kilka lat starszy brat Zygmunt August właśnie pożegnał się z tym światem, nie zostawiając potomka (no jakżeż mógł!, miał przecież trzy żony!), matka, w którą Anna patrzyła jak w obrazek, umarła dawno temu, a siostry żyły w dalekich krajach ze swymi mężami. W Polsce została tylko jedna Jagiellonka - nieciekawa, nieładna, niemłoda, trochę śmieszna królewna Anna. I właśnie ona wylądowała raptem z całą ogromną Rzeczpospolitą Obojga Narodów na głowie, z największym krajem w Europie! Faktycznie przyszły na nią wielkie rzeczy. I jak ma sobie z nimi poradzić? Weź tu bądź mądry i pisz wiersze!
Pięćdziesięcioletnia Anna Jagiellonka w stroju koronacyjnym
na portrecie Marcina Kobera (po 1575 r.)
A jednak Anna sobie poradziła. Koncertowo, moim zdaniem, zważywszy na to, jaka była i jak ją wychowano. Bo jak zgodnie twierdzą historycy, nie była nikim wybitnym. Żadną tam panną z wielkimi talentami politycznymi, które tylko czekały, by się objawić i -  jak w przypadku angielskiej Elżbiety I - uczynić z niej królową, która zadziwi świat. Choć może gdyby te "terminy" przyszły na Annę, gdy miała lat dwadzieścia i gorącą głowę, niewykluczone, że zostałaby wielką polską królową. Ale była już kobietą w latach, dawno ukształtowaną i przyzwyczajoną do pośledniej roli w dworskim teatrze.


Tak wyglądała Anna, gdy miała 32 lata.
Nie jest chyba tak źle?
O Annie nikt nigdy nie mówił, że jest wyjątkowa. Przeciwnie, od dziecka przywykła być królewną drugiego planu. Jej charyzmatyczna matka miała piątkę dzieci, ale dmuchała i chuchała tylko na dwójkę - na pierworodną Izabelę i jedynego syna, Sigismondo, jak go nazywała. To oni mieli być spełnieniem rodzicielskich marzeń i gwarancją potęgi Jagiellonów. Trzy pozostałe córki - Anna, Zofia i Katarzyna - stanowiły zawsze tylko tło królowej Bony, jej przyboczny orszak. Starannie ubrane, nieźle wykształcone, znające kilka języków, ale zahukane, bez własnego zdania, zawsze pół kroku za matką. Nauczone siedzieć przy niej jak mysz pod miotłą. O przyszłość tych trzech córek Bona troszczyła się niespecjalnie, żadnej nie znalazła męża odpowiednio wcześnie, kiedy ich noty na matrymonialnej giełdzie stały wysoko. Zofię i Katarzynę wydano za mąż grubo po trzydziestce, a najgorzej na matczynej niefrasobliwości wyszła Anna. Została starą panną i zapewne w tym spokojnym stanie zakończyłaby swoje życie w kompletnym zapomnieniu, gdyby nie chichot historii. Jej brat umarł bezpotomnie, a ona nagle ze starej panny zmieniła się w 49-letnią pannę na wydaniu.

I się zaczęło. Z dnia na dzień stała się jedną z najlepszych partii w Europie. O jej rękę już nie zabiegał ślepy na jedno oko pijanica Magnus, brat króla Danii (bo takich konkurentów miała wcześniej Anna), teraz stała się kąskiem dla najlepszych domów w Europie. Oczywiście, nie ona sama, ale potężne królestwo, które za nią stało. Polska szlachta, szczerze przywiązana do Jagiellońskiego domu, nadała Annie tytuł Infans Regni Poloniae, co czyniło ją osobistością numer jeden w państwie. Była infantką, dziedziczką rodu, symbolem i spadkobierczynią całej jego potęgi.

No i co mogła poczuć Anna wtedy, w czasach bezkrólewia, kiedy widziała, że cały naród z nią właśnie wiązał wszystkie nadzieje? Spróbowała dzielnie stanąć na wysokości zadania i sprostać oczekiwaniom. Ambicji, by rządzić samodzielnie nie miała, bo wcześniej nawet przez myśl jej nie przeszło, by kiedykolwiek miało ją to spotkać. Żyła przecież lekceważona przez królewski dwór. Nawet wśród trzech "gorszych" córek Bony uchodziła za najmniej udaną. Zofię uznawano za najmądrzejszą. Katarzynę za najładniejszą, i tylko Annie, szarej myszy, żadnych przymiotów nie przypisywano. A teraz okazało się, że nie ma lepszej! Wyglądało to na złośliwy chichot historii. Bo doprawdy dziwnie ją nagrodziła za lata w cieniu znakomitszego rodzeństwa, dając u schyłku życia rekompensatę, która była raczej przekleństwem niż darem.


Tym niemniej Anna staje do walki. Z całą Rzeczpospolitą czeka na godnego władcę i męża w jednym. Pierwszy zjawia się Henryk Walezy. Rozbawiony, młodziutki  Francuz z kolczykiem w uchu jest jak z innego świata. Przyjmuje koronę, ale - jak piszą biografowie - czmycha na widok brzydkiej Anny. Podobno to jej widok odstręczył go od małżeństwa i koniec końców wygnał z Polski. Ale szczerze mówiąc, nie wierzę, by jadąc do nas miał w ogóle w planach mariaż z Anną. Żaden dwudziestolatek nie zdecydowałby się w ciemno na małżeństwo ze starszą o trzydzieści lat kobietą, nawet gdyby mu przysięgano, że wygląda jak Sophia Loren! A w przypadku Anny o takich przysięgach nie mogło być mowy. Nic dziwnego, że pół roku później było już po wszystkim. Francuz uciekł gdzie pieprz rośnie, gdy tylko usłyszał, że brat mu umarł i może po nim objąć tron Francji. Historycy i biografowie oczywiście rzetelnie przyznają, że z takich powodów czmychnął, a jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że mają Annie za złe. Skrupulatnie opisują, jakim to lękiem napełniła Henryka polska królewna, jak to unikał jej jak ognia. W podtekście tej ucieczki zawsze winowajczynią jest Anna - brzydka, stara panna, zdewociała matrona, prawdziwy straszak na mężczyzn!
Henryk Walezy i Anna Jagiellonka - raczej syn i mama niż mąż i żona....
Tu muszę wtrącić mały akapit o tej sławetnej brzydocie. Faktycznie, Anna nie odziedziczyła urody po swojej matce. Biografowie piszą, że miała raczej rysy charakterystyczne dla Jagiellonów - małe skośne oczka, mocno zarysowaną szczękę i wysokie, wypukłe czoło, które tylko mężczyźnie przydaje uroku. Ale nie była taka do końca niewydarzona. Figurę miała doskonałą! Smukłą, o wąskiej talii i przyjemnych zaokrągleniach tam, gdzie trzeba. Do tego piękne, wąskie dłonie, których urodę widać na portretach. Nie wyglądała też na swój wiek, skoro przebywający w Rzeczpospolitej poseł wenecki tak ją opisał: "Mizernego wzrostu, płeć biała jak u wszystkich Polek, bardzo przyjemna, mimo 40 lat świeża i czerstwa". Ujął jej tym samym dwanaście lat, bo pisał o 52-letniej Annie!

Świeża czy nie, pięćdziesięcioletnia Anna nie składała broni. Musiała spróbować jeszcze raz. Bo czy mogła sobie odpuścić? Po ucieczce Walezego, 13 grudnia 1575 roku, szlachta okrzyknęła królem „zrodzoną z krwi polskiej” Annę Jagiellonkę - nie królową, ale królem właśnie, jak kiedyś Jadwigę. I od razu przydała jej nowego męża, żadnego tam fircyka jak Walezy, ale walecznego (i dziesięć lat młodszego) księcia Siedmiogrodu Stefana Batorego. Tym razem narzeczony nie wydziwiał. Pół roku później odbył się ich ślub, a zaraz potem koronacja pary w katedrze wawelskiej.
Stefan Batory i Anna na portrecie z połowy XIX wieku
No proszę, więc jednak sukces! W wieku 53 lat Anna nie tylko wyszła za mąż, ale została królem Polski, co nigdy nie udało się jej matce, wspaniałej i mądrej Bonie! Można powiedzieć, Anna stanęła na wysokości zadania. Choć, jak się miało okazać, interes kraju wcale nie był tożsamy z jej własnym. 

W powszechnym do dziś mniemaniu wojownik Batory przyjął koronę potężnego królestwa w pakiecie z królewną jako niemiłym balastem. O ich małżeństwie wciąż opowiada się upokarzające dla Anny anegdoty. O tym, jak to całymi nocami wyczekiwała u drzwi mężowskiej sypialni albo jak organizowała imprezy i bankiety, próbując na dłużej zatrzymać go na dworze. Oczywiście bezskutecznie. Historycy odnotowują,  że Batory przepadał Annie na całe lata, prowadząc swoje wojny (w podtekście: wolał być na froncie niż z żoną). Ale znalazłam też zapis, świadczący o tym, że tę niedobraną parę mogła jednak łączyć jeśli nie pewna zażyłość, to przynajmniej akceptacja. Zimą 1578/79 roku Batory zjechał na święta do Warszawy, a Anna starała się umilić mu pobyt. Wydaje się, że z sukcesem, sądząc po zapiskach papieskiego nuncjusza z tego czasu: „My teraz tutaj bardzo swobodnie czas przepędzamy. Król i królowa kochają się, jedzą, śpią i komunikują często razem, ku wielkiej wszystkich radości. Królowa jest tak świeża i ma się dobrze na zdrowiu, że nie uważałbym za cud, gdyby miała zajść w ciążę!”.

Cud oczywiście nie nastąpił, a po dekadzie zmagań w polu i z Anną także Batory zszedł z tego świata. Na szczęście od 63-letniej królowej nikt już nie oczekiwał kolejnego małżeństwa. Wreszcie mogła urządzić dwór po swojemu. Szlachta wciąż się do niej garnęła, bo była niczym ostatnie wspomnienie świetnych czasów panowania jej ojca. I Anna umiała to wykorzystać. Jej siostra Katarzyna, teraz szwedzka królowa, miała przecież dwoje udanych dzieci. Dlaczego nie ściągnąć ich do Polski? Kto inny, jak nie syn Katarzyny, "krew z krwi Jagiellonów", ma prawo zasiadać na polskim tronie? Wszystkie swoje wpływy zaangażowała Anna w poparcie siostrzeńca, i to on, Zygmunt III Waza, w 1587 roku został polskim królem. Anna dopięła swego. I wywiązała się z zadania, które postawili przed nią rodacy. Przekazała tron Jagiellonom. 
Anna i jej matka Bona na starość. Zadziwiająco podobne!
Może więc opinia, że królewna odziedziczyła typowe rysy
Jagiellonów jest nieco przesadzona?
Z dość chłodnym, introwertycznym siostrzeńcem, nigdy nie nawiązała bliższej więzi, ale Zygmunt nie przyjechał do Polski sam. Przybył razem z ukochaną siostrą, także Anną, w której Jagiellonka niespodziewanie odnalazła pokrewną duszę. Kiedy czytam o przyjaźni tych dwóch Ann, ciotki i jej siostrzenicy, wydaje mi się ona wręcz niemożliwa. Bo na pozór były jak ogień i woda. Stara Anna Jagiellonka, której zarzucano dewocję, dziwactwa i staropanieńskie dąsy. I młoda, bardzo inteligentna Anna Wazówna (o niebo lotniejsza od brata, ech!, to ona powinna być polską królową!), protestantka z wyboru i przekonania. A jednak mimo wszystkich tych różnic kochały się, rozumiały i szanowały. 

Wypełniwszy rolę, jaką narzuciła jej historia, Anna mogła w spokoju szykować się do zejścia z tego świata. Umarła godnie, jak królowa, w obecności swego siostrzeńca i króla Zygmunta III, dożywszy sędziwego jak na owe czasy wieku 73 lat. Czy wywiązała się ze swojej roli? Jak najbardziej, choć była ona wyjątkowo trudna. Zaczynanie życia w roli narzeczonej  po pięćdziesiątce to ryzyko, że całe to życie osunie się w groteskę. Po części tak się stało. Lubimy opowiadać o Annie w pociesznej konwencji pt. "Stara panna wychodzi za mąż i co z tego wynika". Nawet zimnokrwiości historycy ulegają tej tendencji, a ci bardziej Annie przychylni piszą, że to postać nijaka i  tylko czasy, w których żyła, były ciekawe. Ale przecież to ludzie tworzą historię i decydują o jej barwach!
Anna na pewno dodała swoim czasom kolorów i przekornej niejednoznaczności. A że rodacy wciąż mają o niej nie najlepszą opinię? Wielkie rzeczy, królewno Anno, wielkie rzeczy! Czy ktokolwiek z nas znalazł się kiedykolwiek w podobnych jak Ty tarapatach? I nie wszyscy Cię źle oceniają, nie wszyscy...

Warszawa wiele zawdzięcza Annie, m.in. pierwszy,
jeszcze drewniany most, który zaczął budować jej brat,
ale inwestycji dopilnowała i ukończyła ją jego siostra
(Przy pisaniu korzystałam z książki "Anna Jagiellonka" Marii Boguckiej)

środa, 5 grudnia 2012

Cztery kobiety znane z tego, czego nie zrobiły

Napoleon mawiał, że historia jest zestawem kłamstw, które ludzie wcześniej ze sobą uzgodnili. Nawet jeśli przesadził, to coś jest na rzeczy. Oto dowód - cztery sławne damy, znane z tego, czego nie zrobiły.

1. Lady Godiva i jej konna przejażdżka nago
Wiemy, że nie rozebrała się dla kaprysu. Przejechała nago ulicami średniowiecznego Coventry w imię wyższej sprawy - chciała wywalczyć obniżkę drastycznych podatków, jakimi jej nadmiernie chciwy mąż, lord Leofric, obłożył swoich poddanych. Kiedy go o to poprosiła, kpiąco odparł, że zrobi to, jeśli jego żona przejedzie nago przez miasto. I wpadł w pułapkę własnego szyderstwa. Bo lady Godiva spełniła warunek, poprosiwszy wcześniej mieszkańców, by zatrzasnęli okiennice i zamknęli się w domach. Usłuchali, wyłamał się tylko jeden (nazwany potem Tomem Podglądaczem). Przez otwór w okiennicy podejrzał jadącą ulicami swoją panią, otuloną jedynie we własne włosy. Za karę oślepł. A Leofric zmiękł - docenił poświęcenie żony i ulżył poddanym.
Brzmi to jak legenda i jest nią w istocie, choć sama lady Godiva była jak najbardziej realna. Naprawdę żyła w XI wieku, naprawdę była żoną lorda. Ale historycy twierdzą, że jej słynna przejażdżka prawdopodobnie w ogóle się nie zdarzyła. Legenda o dzielnej lady pojawiła się w przekazach dopiero w XIII wieku (nie jest jasne, dlaczego akurat wtedy), ale prawdziwą karierę zrobiła setki lat później, dzięki słynnej balladzie Tennysona z 1842 roku. Słowem, tę historię wymyślił poeta. I pewnie dlatego tak nas uwiodła...

2. Włoska trucicielka Lukrecja Borgia
Lukrecji historia przyprawiła wyjątkowo wstrętną gębę. Mamy o niej mniej więcej takie pojęcie, jak użytkownik pewnego historycznego forum (bardzo młody, wnosząc ze stylu), który napisał: "Była to córka Aleksandra VI (papieża!!!), słynna ze swojej piękności, stosunków kazirodczych z bratem i ojcem, sławna trucicielka (próbowała m.in. otruć Michała Anioła), miała blisko 40 kochanków, brylowała na dworze swego ojca, miała nawet ambicje zostać kardynałem!".
Wcielenie zła wszelakiego, prawda? Ale taka właśnie opinia o córce kardynała Rodrigo Borgii, a późniejszego papieża Aleksandra VI  pokutowała przez całe stulecia. Lukrecja stała się znakiem rozpoznawczym potwornej rodzinki Borgiów, której niecne rządy zdominowały renesansową historię Włoch i Europy. Oskarżana o trucicielstwo, rozpustę, kazirodztwo była idealnym symbolem rządów swego opętanego władzą ojca i brata. Piękna i zła, diablica o twarzy anioła - czyż można znaleźć bardziej przemawiające do wyobraźni wcielenie zepsucia?
I tak o niej myślano aż do drugiej połowy XIX wieku, kiedy to historycy poszli w końcu po rozum do głowy. Prześledzenie faktów, a nie żółci wylewanej przez wieki na Borgiów, przyniosło całkiem inny obraz dziewczyny - już nie wyrachowanej hetery o najgorszych instynktach, ale ofiary polityki ojca i brata, traktowanej jak pionek w ich brutalnej grze o władzę. Wydawali ją za mąż trzykrotnie (po raz pierwszy, gdy miała trzynaście lat), nie pytając o zdanie i meblując te małżeństwa po swojemu. Jej pierwszego męża wygnali, a małżeństwo unieważnili jako rzekomo nieskonsumowane. Drugiego bestialsko zamordowali, gdy stał się zawadą w ich polityce. Lukrecja szczerze go opłakiwała i broniła się przed kolejnym, mówiąc: "bo moim mężom źle się wiedzie". Ale kto by jej słuchał! Na trzeciego wyswatano jej księcia Alfonsa d'Este, następcę tronu Ferrary. Ten związek, choć też zawarty pod przymusem, okazał się w miarę trwały i szczęśliwy. Książę d'Este, zachwycony słodyczą  i łagodnością żony, bardzo się do niej przywiązał i został z nią aż do jej śmierci. Umarła na skutek gorączki połogowej, po swojej 11 ciąży, w wieku 39 lat.
Z czasem historycy ze zdumieniem odkryli, że Lukrecja ostatnie dziesięć lat swego życia spędziła jak pokutnica. Codziennie się spowiadała, kilka razy w miesiącu przyjmowała komunię, a pod książęcymi szatami nosiła po kryjomu raniącą ciało włosiennicę. Lukrecja, ta rozwiązła i zdeprawowana córka papieża, umarła jak święta. 

3. Druga włoska trucicielka królowa Bona
Bonę też historia załatwiła na amen. Z naszą pomocą. Do dziś otacza ją w Polsce czarna legenda wrednej, despotycznej Włoszki, która w naszym bogobojnym kraju zaprowadza swoje cudzoziemskie porządki, wspomagając się trucizną. Bo czemuż to ludzie, którym Bona była niechętna, opuszczali ten padół w kwiecie wieku? Jak skończyły żony jej syna Zygmunta Augusta, których nie cierpiała? Śliczna Barbara Radziwiłłówna zeszła przecież z tego świata przed trzydziestką, delikatna Elżbieta Habsburżanka przed dwudziestką nawet! Obu straszna teściowa serdecznie nie znosiła, a że słynęła ze zdecydowania i siły, nie omieszkała zapewne pozbyć się nielubianych kobiet. I kto ją tam wie, jaką "włoszczyznę" hodowała w swoim podwawelskim ogrodzie! Dla niepoznaki sadziła kalarepkę, a obok trujący tojad!
Wszystko to oczywiście wierutne bzdury, rozpuszczane przez - jak mówią dziś historycy - ludzi związanych z habsburskim dworem, z którym Bona miała na pieńku. Ale nam tę truciznę wsączyli do umysłów nie dworscy plotkarze, ale głównie nasz wielki (tak przynajmniej się mówi) powieściopisarz Józef Ignacy Kraszewski. Nie zapominajmy, że dwa, trzy pokolenia temu myślenie o polskiej przeszłości kształtowały właśnie jego powieści (a napisał ich 232, w tym 88 historycznych, jest rekordzistą w historii polskiej literatury!). Wśród tych dzieł były i "Dwie królowe", masowo czytane przez nasze babki i prababki. Bona jest w tej powieści postacią wyjątkowo obmierzłą. Łączy temperament bazarowej przekupy z naturą bezwzględnej, przewrotnej i zazdrosnej despotki, zdolnej posunąć się do każdej podłości w walce o polityczne wpływy. Sięga po swoje, nie przebierając w środkach. Nawet kosztem szczęścia własnych dzieci, nawet kosztem życia innych.
I tak, z pomocą trującej powieści pana Kraszewskiego, przypięliśmy łatkę trucicielki najwybitniejszej bodaj polskiej królowej. Dziś historycy próbują to usprawiedliwiać, argumentując, że silna osobowość Bony mogła w nas budzić lęk. Przybyła do Polski jako egzotyczna księżniczka, nieprzeciętnie piękna i bystra, w dodatku nie wahająca się robić użytku z własnej inteligencji.  Owszem, potrafiła deklamować z pamięci Horacego i Cycerona, ale nie obchodził jej pusty blichtr dworskich spektakli. Była stworzona do rządzenia. I potrafiła zabrać się do rzeczy, na każdym polu walcząc o potęgę dynastii Jagiellonów, a co za tym idzie - Rzeczpospolitej. Zaludniała pustkowia, wznosiła mosty, młyny, tartaki, rozbudowywała miasta i twierdze. Lubiła mawiać: „U was dukaty leżą na gościńcach, schylić się jeno, ażeby je zebrać. Nikt nie chce? Tym lepiej dla mnie”. I zbierała te dukaty workami, zostawiając po sobie świetnie zadbane królewskie dobra, przynoszące wielkie pieniądze, dzięki którym mogła trzymać w szachu i niepokorną szlachtę, i obce mocarstwa. Jak wielkie to były sumy, świadczy polityczna awantura z ubiegłych wakacji - nasi politycy całkiem serio domagali się od Hiszpanii zwrotu pokaźnej pożyczki udzielonej przez Bonę królowi Filipowi II. Było tego 430 tys. złotych dukatów, z czego Hiszpan oddał ledwie dziesięć procent. A gdzie reszta?
Myślę, że Złoty Wiek Rzeczpospolitej, jak nazywamy czasy Zygmunta Starego, ten najlepszy okres naszej historii, w dużej części zawdzięczamy właśnie Bonie. Silnej, władczej, niebanalnej kobiecie, której ambicje budowały potęgę kraju. Ale dostrzegliśmy to dopiero teraz (choć czy nie taki jest los wybitnych postaci?), wcześniej woleliśmy jej przypinać łatkę trucicielki.
Ironią historii w tym wszystkim jest to, że raz w życiu Bony opowieść o truciźnie nie była plotką. Gdy na starość opuściła coraz bardziej wrogą jej Polskę i wróciła do swego Bari, truciznę podał jej podstępny dworzanin. Tam umarła i tam ją pochowano. Polacy nie chcieli jej na Wawelu.

4. Maria Antonina i jej ciastka
Kiedy Maria Antonina usłyszała, że jej poddani głodują z powodu braku chleba, zakpiła ponoć: "To niech jedzą ciastka". Ten słynny wers tradycyjnie jest używany jako ilustracja arogancji władców, ich buty i obojętności na los poddanych, ale czy rzeczywiście były to słowa słynnej królowej Francji? Nie ma żadnych dowodów że kiedykolwiek je wypowiedziała.
Zwrot ten po raz pierwszy pojawił się w odniesieniu do "pewnej księżniczki" w jednym z tomów "Wyznań" filozofa Jeana-Jacquesa Rousseau. Czy ową księżniczką była Maria Antonina? Co najmniej nieprawdopodobne. Tom "Wyznań" z anegdotą o ciastkach został napisany na początku 1766 roku. Maria Antonina miała wtedy ledwo 10 lat i była dzieciakiem na habsburskim dworze, a nie francuską królową. Rousseau zacytował jakąś sobie tylko znaną księżniczkę albo po prostu zwyczajnie ją wymyślił, szukając atrakcyjnej anegdoty, by opisać naturę aroganckich arystokratów. Ale w ogarniętej rewolucyjną gorączką Francji jego słowa tak świetnie pasowały do Madame Deficyt! Marii Antoninie nadano ten przydomek, bo miała wyjątkowy talent do trwonienia pieniędzy. Plotkowano o wielkich sumach, które traciła jako nałogowa hazardzistka (prawda) i pałacyku Petit Trianon, którego ściany wyłożyła złotem i brylantami (czysty wymysł, lecz wierzyli wszyscy). A wszystko to w czasie, gdy jej źle rządzony kraj pogrążał się w coraz większym kryzysie, a poddani umierali z głodu. Kazała im jeść ciastka? Kto, jak nie ona, mógłby się zdobyć na taką kpiącą ripostę?
Dziś wiemy, że wiele z tych opowieści to efekt zwykłego czarnego PR-u, że tylko głupcy mogli obarczać królową winą za finansowy krach Francji, że opowieści o jej rozrzutności też są mocno przesadzone (jej następczyni cesarzowa Józefina, żona Napoleona, pokonała ją w cuglach). Maria Antonina nie była gorsza niż inne arystokratki jej epoki. Ani lepsza, niestety, za co historia zafundowała jej dotkliwą karę. Tkwiła zamknięta w swojej złotej klatce, w wystawnym Wersalu, nie wychylając nosa za bramy, za którymi rozlewało się morze nędzy. I tkwi tam do dziś, jedząc swoje ciastka...