Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Klara Zach. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Klara Zach. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 stycznia 2013

Królewicz, krew i panna

Uprzejmie proszę, żeby historycy nie czytali tego posta. Jeśli przypadkiem na niego natrafią, niech od razu klikną backspace. Źle ich tu potraktowałam i przyznaję - nie do końca sprawiedliwie, ale czasem zachowują się tak, że trudno opanować irytację. 
Idzie mi o to, że historycy uwielbiają psuć dobre historie. Kiedy już trafi im się opowieść rozegrana wedle najlepszych reguł melodramatu czy thrillera, natychmiast owijają ją tysiącem znaków zapytania. Zaczynają mnożyć wątpliwości, kwestionować, rozszczepiać na kawałki i dopiero po tej operacji czują, że wykonali swoją robotę. Wtedy wreszcie mogą odetchnąć i wyjechać ze swoim ulubionym zdaniem, że właściwie nic nie jest pewne, a to, co się zdarzyło, mogło wcale się nie wydarzyć. Im historia barwniejsza, tym częściej tak kończy - jako wielka wątpliwość.
Ta, którą chcę opowiedzieć, też ich zdaniem mogła być czystą iluzją albo efektem brzydkich (krzyżackich!) plotek. Dlatego bardzo proszę historyków o niezawracanie sobie głowy tym postem. Nie będziecie czytać? Poszliście już sobie? No, to zaczynam...

A opowieść jest straszna. Główne role grają w niej młody polski królewicz i śliczna dwórka, do której młodzieniec ów poczuł miętę. On zostanie jednym z największych władców w historii Polski. Ona przez niego zginie. I zginie straszliwie - w hańbie i cierpieniu, nieludzko okaleczona, wystawiona na pośmiewisko jako dowód podłości i zdrady.
Dzieje się to w roku 1330. Na węgierski dwór królowej Elżbiety, z domu Łokietkówny, przyjeżdża jej młodszy brat, polski królewicz Kazimierz. Tatuś, Władysław Łokietek, wysłał tam swego dziewiętnastoletniego syna na krótkie wakacje, na których ten jednakowoż ma połączyć przyjemne z pożytecznym. Namówić potężnych sąsiadów do udziału w montowaniu koalicji antykrzyżackiej, a przy okazji nabyć trochę ogłady i liznąć wielkiego świata na wspaniałym, znakomitszym od wawelskiego, andegaweńskim dworze.

Kazimierz na Węgrzech zachowuje się tak, jak każdy dziewiętnastolatek spuszczony ze smyczy wymagającego ojca. Chce się zwyczajnie dobrze zabawić. W domu zostawił obowiązki i żonę, którą ojciec mu wybrał, kiedy Kazimierz był jeszcze małym Kaziem, miał ledwie 15 lat! Oczywiście chodziło o sojusze (tym razem z Litwą), a nie o żadne amory. Na dworze siostry zjawia się sam i może do woli przebierać w pięknych pannach. A polski królewicz przyciąga kobiece spojrzenia. Jest przystojny - wysoki, smagły, czarnowłosy, bardzo jeszcze młody, a więc niewątpliwie mniej kudłaty i zarośnięty niż ten, którego znamy z portretów. Szybko wpada mu w oko Klara, piękna dwórka jego siostry. I wszystko wskazuje na to, że on jej też. Ale wcale nie tak łatwo namówić Klarę na schadzkę. Dziewczyna nie jest pierwszą lepszą - pochodzi ze znakomitego, magnackiego rodu Zachów, nauczono ją cenić swój dom i nazwisko, godnie się nosić, dbać o skromność i pilnować cnoty.
Jak jednak możecie się domyślać, im mocniej Klara się opiera, tym bardziej apetyt Kazimierza rośnie. I kiedy młodzieniec czuje, że nie wytrzyma już ani chwili dłużej, na scenę wkracza siostra naszego bohatera, królowa Elżbieta. Idzie w sukurs swemu usychającemu z pożądania braciszkowi i organizuje przemyślną schadzkę.
Królewicz leży w swojej komnacie, rzekomo złożony chorobą. Królowa w towarzystwie Klary idzie go odwiedzić i pod pierwszym lepszym pretekstem zostawia młodych sam na sam. Wtedy szybko się okazuje, że piękny Kazio nie jest złożony niemocą na tyle, by nie wziąć tego, na co ma ochotę. I kradnie Klarze wianek. Po dobroci czy gwałtem? O to do dziś spierają się historycy, ale czy to ma znaczenie? Nawet jeśli Klara też czuje do Kazimierza afekt, to zapewne się broni, jak każda ówczesna uczciwa panna. I zapewne broni się nieskutecznie...

Wszystko niestety kończy się tak, jak w przestrogach od setek lat powtarzanych dziewczynkom przez matki i babki, w tych wszystkich odwiecznych opowieściach pt. "Uważaj, im chodzi tylko o twój wianek!". Bo Kazimierz - dostawszy, co chciał - szybko kończy węgierskie wakacje, zbiera manatki i wieje do domu. A porzucona i pohańbiona Klara? Traci głowę i skarży się ojcu. 
Błąd, Klaro, błąd!  Być może Kazimierz cię zgwałcił, a być może "tylko" uwiódł. Tak czy inaczej powinnaś siedzieć cicho! Powinnaś była wiedzieć, że kobieta domagająca się zapłaty za krzywdę, prędzej sama stanie się ofiarą swoich żądań niż dojdzie sprawiedliwości. Zwłaszcza, gdy winowajca stoi wyżej od ciebie! Tak stanie się i tym razem, a cena, jaką za niecny postępek Kazimierza zapłaci Klara, będzie niewyobrażalna.
Wściekły ojciec dziewczyny, Felicjan Zach, postanawia bowiem odpowiedzieć pięknym za nadobne. A że nieszczęsny zalotnik córki już mu umknął, biegnie z awanturą do swego króla. 17 kwietnia 1330 roku ojciec Klary wparowuje do sali, w której biesiadują król Karol Robert i królowa Elżbieta. I zanim ktokolwiek z dworzan czy rycerzy zdąży się ogarnąć, rzuca się na najjaśniejszą parę z mieczem! (Oni tam w średniowieczu najwyraźniej dosłownie rozumieli zwrot "cięta riposta"). Pierwszą ofiarą rozszalałego ojca Klary staje się Elżbieta. Jej królewski mąż "po męsku" włazi pod stół, ona wykazuje się dzielnością. Osłania męża, skutkiem czego on zostaje tylko lekko ranny w rękę, ona - pozbawiona czterech palców, z której to przyczyny przejdzie do historii z przydomkiem królowej Kikuty.
Felicjan Zach od razu płaci za swoje szaleństwo. Zostaje przez królewskich rycerzy zasieczony na miejscu. Ale to dopiero początek horroru - najstraszniejszego, jaki można sobie wyobrazić, krwawej jatki, jaka dziś przychodzi do głowy tylko porąbanym twórcom filmideł klasy C, typu "Teksańska masakra piłą mechaniczną". Ale siedem wieków temu to się dzieje naprawdę! 

Straszny gniew króla spada na cały ród Zachów. Jego synowie zostają pojmani i zabici w straszliwy sposób, wloką ich końmi po ulicach, póki nie skonają, a posieczone ciała rzucają psom na pożarcie. Jednak największą cenę za gniew swego ojca płaci Klara. On szczęśliwie szybko umiera, ją czeka kaźń.
Zostaje natychmiast wywleczona z tłumu ślicznych dwórek. Obcinają jej nos, wargi, palce u rąk i tak okaleczoną obwożą w klatce po wsiach i miasteczkach. Zanim umrze, Klara musi wyznawać urągającym jej tłumom, że słusznie ją ukarano za występek jej ojca przeciw najświętszemu majestatowi królów, że ona i jej ród cierpią zasłużenie. Wierzyłaś w sprawiedliwość, Klaro? 

I tak kończy się tragiczna historia romansu królewicza Kazimierza i pięknej Klary. Do dziś poruszająca, budząca emocje, niejasna. W Polsce wciąż mamy z tą historią problem. Jest dla nas jak wyrzut sumienia. Nie możemy zaprzeczać, że miała miejsce, ale robimy wszystko, by się z niej wyłgać. Trudno nam przyznać, że nasz król Kazimierz, któremu w dodatku nadaliśmy przydomek Wielki, sprowokował taką krwawą jatkę! Stąd arcykomiczne moim zdaniem publikacje, jakie co i rusz przetaczają się przez polską prasę. Nie dalej niż w ubiegłym roku gazety, w tym m.in. "Focus Historia", uroczyście odtrąbiły, że.... gwałtu nie było! Cytuję początek tekstu pod wymownym tytułem "Kazimierz Wielki: uznany za niewinnego": "Nastoletni polski królewicz nie popełnił gwałtu na węgierskiej dwórce Klarze Zach i nie był winny tragedii jej rodziny w 1330 r., jak do niedawna sądzili historycy". No proszę, więc jednak się udało! Biografowie grzebali się w tej historii przez siedem stuleci i wreszcie odkryli, że Kazimierz był czysty jak łza! A niecny tatuś Klary podniósł rękę na swego króla nie z powodu córki, ale dlatego, że należał do spiskowców planujących odebrać mu władzę! 
Okej, ja rozumiem, że celem historyków jest dociekanie i odkrywanie prawdy o przeszłości. I że czasem trzeba siedmiu wieków, żeby tę prawdę uzgodnić, uwzględniając wszystkie odzierające ją z dramatyzmu wątpliwości. Proszę bardzo, pp. historycy, róbta co chceta i co do was należy. Może macie rację, choć to dość zaskakujące, że o prawdopodobieństwie całej historii przesądza się siedemset lat po fakcie. Czy tzw. historyczna prawda, która jest wynikiem ustaleń i uzgodnień dokonywanych po wiekach, jest wiele więcej warta od legendy? A może właśnie dzięki tym legendom chcemy czytać o przeszłości i do niej wracać? Kiedy piszę ten tekst, wciąż wracają do mnie słowa Anatola France'a (pisarza, ale także historyka), który mawiał: "Wszys­tkie książki historyczne, które nie za­wierają kłamstw, są krańco­wo nudne". Ech, coś w tym jest, coś jest...


Na Węgrzech dzieje miłości i śmierci Klary to wciąż historia kultowa, przywoływana w sztuce, piosenkach, wierszach. W 1911 roku  Aladár Körösfői-Kriesch namalował dwa przemawiające do wyobraźni obrazy, które zatytułował "Historia Klary Zach" - i to one właśnie są ilustracją tego tekstu. A w 1855 roku poeta János Arany napisał balladę o Klarze, która w ostatnich latach zaczęła żyć nowym życiem. Folk-metalowy zespół Dalriada napisał do niej muzykę i zamieścił na wydanej w 2009 r. płycie (nagranie wyżej). Choć taka muzyka to raczej nie moja bajka, a z ballady Arnaya nie rozumiem ani słowa, to piosenka zadziwiająco mocno zapadła mi w pamięć, a główny motyw od paru dni nie może się ode mnie odkleić, ciągle go słyszę. Polskiego tłumaczenia ballady Arnaya nigdzie nie mogłam znaleźć. Czy w ogóle istnieje? Zna je ktoś? A może potraficie sami przełożyć balladę choćby trochę lepiej niż tłumacz Google'a? Napiszcie!