piątek, 14 grudnia 2012

Wielkie rzeczy!

Jak to jest, kiedy prawdziwe życie zaczyna się dopiero po pięćdziesiątce? Jeśli nie jest to wynik własnych wyborów, ale nagłych splotów okoliczności, może to być prawdziwy dopust boży. Taki właśnie przytrafił się Annie Jagiellonce, córce Zygmunta Starego i Bony. Los sprawił, że z dnia na dzień z nieco nudnych, ale bezpiecznych kulis królewskiego dworu wkroczyła na główną scenę historii. Ani tego chciała, ani się spodziewała. Była tylko siostrą potężnego króla, o którą ten zresztą specjalnie nie dbał. Żyła na uboczu jego świata, haftując mu koszule, modląc się i uprawiając ogród. A tu masz! Nagle okazało się, że sama ma zostać królem! 

Nic dziwnego, że wpadła w popłoch. „Jako żywo, na żadną królewnę nie przyszły tak wielkie rzeczy jako na mnie” – skrobała w panice do swojej siostry Zofii. Prawdziwy pech! Że też akurat na nią trafiło! Ale trafiło i jak tu miała wadzić się z losem? Jej kilka lat starszy brat Zygmunt August właśnie pożegnał się z tym światem, nie zostawiając potomka (no jakżeż mógł!, miał przecież trzy żony!), matka, w którą Anna patrzyła jak w obrazek, umarła dawno temu, a siostry żyły w dalekich krajach ze swymi mężami. W Polsce została tylko jedna Jagiellonka - nieciekawa, nieładna, niemłoda, trochę śmieszna królewna Anna. I właśnie ona wylądowała raptem z całą ogromną Rzeczpospolitą Obojga Narodów na głowie, z największym krajem w Europie! Faktycznie przyszły na nią wielkie rzeczy. I jak ma sobie z nimi poradzić? Weź tu bądź mądry i pisz wiersze!
Pięćdziesięcioletnia Anna Jagiellonka w stroju koronacyjnym
na portrecie Marcina Kobera (po 1575 r.)
A jednak Anna sobie poradziła. Koncertowo, moim zdaniem, zważywszy na to, jaka była i jak ją wychowano. Bo jak zgodnie twierdzą historycy, nie była nikim wybitnym. Żadną tam panną z wielkimi talentami politycznymi, które tylko czekały, by się objawić i -  jak w przypadku angielskiej Elżbiety I - uczynić z niej królową, która zadziwi świat. Choć może gdyby te "terminy" przyszły na Annę, gdy miała lat dwadzieścia i gorącą głowę, niewykluczone, że zostałaby wielką polską królową. Ale była już kobietą w latach, dawno ukształtowaną i przyzwyczajoną do pośledniej roli w dworskim teatrze.


Tak wyglądała Anna, gdy miała 32 lata.
Nie jest chyba tak źle?
O Annie nikt nigdy nie mówił, że jest wyjątkowa. Przeciwnie, od dziecka przywykła być królewną drugiego planu. Jej charyzmatyczna matka miała piątkę dzieci, ale dmuchała i chuchała tylko na dwójkę - na pierworodną Izabelę i jedynego syna, Sigismondo, jak go nazywała. To oni mieli być spełnieniem rodzicielskich marzeń i gwarancją potęgi Jagiellonów. Trzy pozostałe córki - Anna, Zofia i Katarzyna - stanowiły zawsze tylko tło królowej Bony, jej przyboczny orszak. Starannie ubrane, nieźle wykształcone, znające kilka języków, ale zahukane, bez własnego zdania, zawsze pół kroku za matką. Nauczone siedzieć przy niej jak mysz pod miotłą. O przyszłość tych trzech córek Bona troszczyła się niespecjalnie, żadnej nie znalazła męża odpowiednio wcześnie, kiedy ich noty na matrymonialnej giełdzie stały wysoko. Zofię i Katarzynę wydano za mąż grubo po trzydziestce, a najgorzej na matczynej niefrasobliwości wyszła Anna. Została starą panną i zapewne w tym spokojnym stanie zakończyłaby swoje życie w kompletnym zapomnieniu, gdyby nie chichot historii. Jej brat umarł bezpotomnie, a ona nagle ze starej panny zmieniła się w 49-letnią pannę na wydaniu.

I się zaczęło. Z dnia na dzień stała się jedną z najlepszych partii w Europie. O jej rękę już nie zabiegał ślepy na jedno oko pijanica Magnus, brat króla Danii (bo takich konkurentów miała wcześniej Anna), teraz stała się kąskiem dla najlepszych domów w Europie. Oczywiście, nie ona sama, ale potężne królestwo, które za nią stało. Polska szlachta, szczerze przywiązana do Jagiellońskiego domu, nadała Annie tytuł Infans Regni Poloniae, co czyniło ją osobistością numer jeden w państwie. Była infantką, dziedziczką rodu, symbolem i spadkobierczynią całej jego potęgi.

No i co mogła poczuć Anna wtedy, w czasach bezkrólewia, kiedy widziała, że cały naród z nią właśnie wiązał wszystkie nadzieje? Spróbowała dzielnie stanąć na wysokości zadania i sprostać oczekiwaniom. Ambicji, by rządzić samodzielnie nie miała, bo wcześniej nawet przez myśl jej nie przeszło, by kiedykolwiek miało ją to spotkać. Żyła przecież lekceważona przez królewski dwór. Nawet wśród trzech "gorszych" córek Bony uchodziła za najmniej udaną. Zofię uznawano za najmądrzejszą. Katarzynę za najładniejszą, i tylko Annie, szarej myszy, żadnych przymiotów nie przypisywano. A teraz okazało się, że nie ma lepszej! Wyglądało to na złośliwy chichot historii. Bo doprawdy dziwnie ją nagrodziła za lata w cieniu znakomitszego rodzeństwa, dając u schyłku życia rekompensatę, która była raczej przekleństwem niż darem.


Tym niemniej Anna staje do walki. Z całą Rzeczpospolitą czeka na godnego władcę i męża w jednym. Pierwszy zjawia się Henryk Walezy. Rozbawiony, młodziutki  Francuz z kolczykiem w uchu jest jak z innego świata. Przyjmuje koronę, ale - jak piszą biografowie - czmycha na widok brzydkiej Anny. Podobno to jej widok odstręczył go od małżeństwa i koniec końców wygnał z Polski. Ale szczerze mówiąc, nie wierzę, by jadąc do nas miał w ogóle w planach mariaż z Anną. Żaden dwudziestolatek nie zdecydowałby się w ciemno na małżeństwo ze starszą o trzydzieści lat kobietą, nawet gdyby mu przysięgano, że wygląda jak Sophia Loren! A w przypadku Anny o takich przysięgach nie mogło być mowy. Nic dziwnego, że pół roku później było już po wszystkim. Francuz uciekł gdzie pieprz rośnie, gdy tylko usłyszał, że brat mu umarł i może po nim objąć tron Francji. Historycy i biografowie oczywiście rzetelnie przyznają, że z takich powodów czmychnął, a jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że mają Annie za złe. Skrupulatnie opisują, jakim to lękiem napełniła Henryka polska królewna, jak to unikał jej jak ognia. W podtekście tej ucieczki zawsze winowajczynią jest Anna - brzydka, stara panna, zdewociała matrona, prawdziwy straszak na mężczyzn!
Henryk Walezy i Anna Jagiellonka - raczej syn i mama niż mąż i żona....
Tu muszę wtrącić mały akapit o tej sławetnej brzydocie. Faktycznie, Anna nie odziedziczyła urody po swojej matce. Biografowie piszą, że miała raczej rysy charakterystyczne dla Jagiellonów - małe skośne oczka, mocno zarysowaną szczękę i wysokie, wypukłe czoło, które tylko mężczyźnie przydaje uroku. Ale nie była taka do końca niewydarzona. Figurę miała doskonałą! Smukłą, o wąskiej talii i przyjemnych zaokrągleniach tam, gdzie trzeba. Do tego piękne, wąskie dłonie, których urodę widać na portretach. Nie wyglądała też na swój wiek, skoro przebywający w Rzeczpospolitej poseł wenecki tak ją opisał: "Mizernego wzrostu, płeć biała jak u wszystkich Polek, bardzo przyjemna, mimo 40 lat świeża i czerstwa". Ujął jej tym samym dwanaście lat, bo pisał o 52-letniej Annie!

Świeża czy nie, pięćdziesięcioletnia Anna nie składała broni. Musiała spróbować jeszcze raz. Bo czy mogła sobie odpuścić? Po ucieczce Walezego, 13 grudnia 1575 roku, szlachta okrzyknęła królem „zrodzoną z krwi polskiej” Annę Jagiellonkę - nie królową, ale królem właśnie, jak kiedyś Jadwigę. I od razu przydała jej nowego męża, żadnego tam fircyka jak Walezy, ale walecznego (i dziesięć lat młodszego) księcia Siedmiogrodu Stefana Batorego. Tym razem narzeczony nie wydziwiał. Pół roku później odbył się ich ślub, a zaraz potem koronacja pary w katedrze wawelskiej.
Stefan Batory i Anna na portrecie z połowy XIX wieku
No proszę, więc jednak sukces! W wieku 53 lat Anna nie tylko wyszła za mąż, ale została królem Polski, co nigdy nie udało się jej matce, wspaniałej i mądrej Bonie! Można powiedzieć, Anna stanęła na wysokości zadania. Choć, jak się miało okazać, interes kraju wcale nie był tożsamy z jej własnym. 

W powszechnym do dziś mniemaniu wojownik Batory przyjął koronę potężnego królestwa w pakiecie z królewną jako niemiłym balastem. O ich małżeństwie wciąż opowiada się upokarzające dla Anny anegdoty. O tym, jak to całymi nocami wyczekiwała u drzwi mężowskiej sypialni albo jak organizowała imprezy i bankiety, próbując na dłużej zatrzymać go na dworze. Oczywiście bezskutecznie. Historycy odnotowują,  że Batory przepadał Annie na całe lata, prowadząc swoje wojny (w podtekście: wolał być na froncie niż z żoną). Ale znalazłam też zapis, świadczący o tym, że tę niedobraną parę mogła jednak łączyć jeśli nie pewna zażyłość, to przynajmniej akceptacja. Zimą 1578/79 roku Batory zjechał na święta do Warszawy, a Anna starała się umilić mu pobyt. Wydaje się, że z sukcesem, sądząc po zapiskach papieskiego nuncjusza z tego czasu: „My teraz tutaj bardzo swobodnie czas przepędzamy. Król i królowa kochają się, jedzą, śpią i komunikują często razem, ku wielkiej wszystkich radości. Królowa jest tak świeża i ma się dobrze na zdrowiu, że nie uważałbym za cud, gdyby miała zajść w ciążę!”.

Cud oczywiście nie nastąpił, a po dekadzie zmagań w polu i z Anną także Batory zszedł z tego świata. Na szczęście od 63-letniej królowej nikt już nie oczekiwał kolejnego małżeństwa. Wreszcie mogła urządzić dwór po swojemu. Szlachta wciąż się do niej garnęła, bo była niczym ostatnie wspomnienie świetnych czasów panowania jej ojca. I Anna umiała to wykorzystać. Jej siostra Katarzyna, teraz szwedzka królowa, miała przecież dwoje udanych dzieci. Dlaczego nie ściągnąć ich do Polski? Kto inny, jak nie syn Katarzyny, "krew z krwi Jagiellonów", ma prawo zasiadać na polskim tronie? Wszystkie swoje wpływy zaangażowała Anna w poparcie siostrzeńca, i to on, Zygmunt III Waza, w 1587 roku został polskim królem. Anna dopięła swego. I wywiązała się z zadania, które postawili przed nią rodacy. Przekazała tron Jagiellonom. 
Anna i jej matka Bona na starość. Zadziwiająco podobne!
Może więc opinia, że królewna odziedziczyła typowe rysy
Jagiellonów jest nieco przesadzona?
Z dość chłodnym, introwertycznym siostrzeńcem, nigdy nie nawiązała bliższej więzi, ale Zygmunt nie przyjechał do Polski sam. Przybył razem z ukochaną siostrą, także Anną, w której Jagiellonka niespodziewanie odnalazła pokrewną duszę. Kiedy czytam o przyjaźni tych dwóch Ann, ciotki i jej siostrzenicy, wydaje mi się ona wręcz niemożliwa. Bo na pozór były jak ogień i woda. Stara Anna Jagiellonka, której zarzucano dewocję, dziwactwa i staropanieńskie dąsy. I młoda, bardzo inteligentna Anna Wazówna (o niebo lotniejsza od brata, ech!, to ona powinna być polską królową!), protestantka z wyboru i przekonania. A jednak mimo wszystkich tych różnic kochały się, rozumiały i szanowały. 

Wypełniwszy rolę, jaką narzuciła jej historia, Anna mogła w spokoju szykować się do zejścia z tego świata. Umarła godnie, jak królowa, w obecności swego siostrzeńca i króla Zygmunta III, dożywszy sędziwego jak na owe czasy wieku 73 lat. Czy wywiązała się ze swojej roli? Jak najbardziej, choć była ona wyjątkowo trudna. Zaczynanie życia w roli narzeczonej  po pięćdziesiątce to ryzyko, że całe to życie osunie się w groteskę. Po części tak się stało. Lubimy opowiadać o Annie w pociesznej konwencji pt. "Stara panna wychodzi za mąż i co z tego wynika". Nawet zimnokrwiości historycy ulegają tej tendencji, a ci bardziej Annie przychylni piszą, że to postać nijaka i  tylko czasy, w których żyła, były ciekawe. Ale przecież to ludzie tworzą historię i decydują o jej barwach!
Anna na pewno dodała swoim czasom kolorów i przekornej niejednoznaczności. A że rodacy wciąż mają o niej nie najlepszą opinię? Wielkie rzeczy, królewno Anno, wielkie rzeczy! Czy ktokolwiek z nas znalazł się kiedykolwiek w podobnych jak Ty tarapatach? I nie wszyscy Cię źle oceniają, nie wszyscy...

Warszawa wiele zawdzięcza Annie, m.in. pierwszy,
jeszcze drewniany most, który zaczął budować jej brat,
ale inwestycji dopilnowała i ukończyła ją jego siostra
(Przy pisaniu korzystałam z książki "Anna Jagiellonka" Marii Boguckiej)

28 komentarzy:

  1. Mam tą książkę i lubię do niej wracać. Bardzo fajnie napisana notka:) Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  2. No właśnie, też mnie zastanawiało, czemu mamy takiego fioła na punkcie Barbary Radziwiłłówny, a z Anny Jagiellonki notorycznie się wyśmiewamy. Pierwsza była kompletnie bierną osobą w dziejach, druga musiała się sporo napocić w niespodziewanej roli króla, jaka na nią spadła, i jak się jej odwdzięczyliśmy? Dobrze, że przypomniałaś Annę. Pozdrawiam świątecznie.
    Małgorzata

    OdpowiedzUsuń
  3. Andromedo, zamiast spać czytam Twojego bloga. I nie zamierzam przestać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyśpij się, ja nigdzie się nie wybieram, będę tu na Ciebie czekać!
      A poważnie - dzięki, takie głosy sprawiają, że jeszcze bardziej chce mi się pisać.

      Usuń
  4. jak dla mnie rewelka..dzieki masz talent...idz dalej)))

    OdpowiedzUsuń
  5. No popatrz! Zawsze wierze, ze kobieta podola wszywtkiemu, jesli tylko zechce!
    Serdecznosci
    Judith

    OdpowiedzUsuń
  6. Czytało się jak kryminał:) To oczywiście komplement. Tak mawiał mój polonista w LO. Na lekcjach historyczka opowiadała nam, że Walezy przestraszył się widoku Anny i dlatego uciekł.

    OdpowiedzUsuń
  7. Fajnie piszesz, to jest dowód na to, że historia może byc ciekawa:)

    OdpowiedzUsuń
  8. Od kilku dopiero dni siedzę w historii kobiet,albo roli kobiet w historii.
    Odkryłam nowe przestrzenie, które mogą fascynować,czarować i inspirować.
    Dziękuję!

    OdpowiedzUsuń
  9. A mnie ciekawi jakby sprawy z Henrykiem dalej się potoczyły, gdyby nie opróżnił się tron Francji. Ciekawe, czy by poślubił królewnę, czy nie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie by poślubił, bo czy miał inne wyjście? Ale chyba powinniśmy być wdzięczni Opatrzności, że skończyło się tak, jak się skończyło...

      Usuń
  10. Może tak, ale przecież i tak bardzo długo Henryk wymigiwał się od tego małżeństwa, a tu nagle taki korzystny zbieg okoliczności - śmierć króla Francji. Ja wogóle nie widzę sensu małżeństwa Anny z jakimkolwiek facetem, skoro ono i tak było skazane na porażkę, Anna nie była zdolna rodzić, nie mogła więc zapewnić dziedzica. Po co to więc to było?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, właśnie, dobre pytanie! I szczerze mówiąc, stojąc przed takim dylematem staję się zagorzałą feministką. No bo skoro przywiązana do Jagiellonów szlachta koniecznie chciała mieć Jagiellonkę na tronie, to przecież mogła ją mieć - samą. Anna nie była głupia, nie rządziłaby gorzej niż Walezy. Ale zdaje się u nas nie do pomyślenia była sytuacja taka, jak w Anglii z Elżbietą I, żeby rządziła kobieta. Mieliśmy dwóch kobiecych królów (królów, nie królowe) - Jadwigę Andegaweńską i Annę Jagiellonkę. I żadnemu z tych królów nie pozwoliliśmy się wykazać, każdego musieliśmy wydać za mąż...

      Usuń
    2. Biorąc pod uwage przezycia Elzbiety z dzieciństwa , to na co sie naptrzyłą co on wyprawiał z zonami a później sisostry, która tez nie była najlepiej traktowana przez męża i jak oceniano ja przez pryzmat urodzenia potomstwa, nie dziwie sie ze tak desperacko walczyła o samodzielna władze. Anna az takich przeżyc przykrych nie miała we wspomnieniach co by nie mowic o Zygmuntach nie byli najgorsi.

      Usuń
    3. Biorąc pod uwage przezycia Elzbiety z dzieciństwa , to na co sie napatrzyła, w zachowaniu ojca i jego postepowaniu, oceniając to co on wyprawiał z zonami a później oceniając przeżycia siostry, która tez nie była najlepiej traktowana przez męża i jak traktowano ją przez pryzmat urodzenia potomstwa, nie dziwie sie, ze tak desperacko Elżbieta walczyła o samodzielną władze. Anna az takich przeżyc przykrych nie miała we wspomnieniach co by nie mowic o Zygmuntach nie byli najgorsi.

      Usuń
  11. Walezjusz to wg mnie wielkie nieporozumienie, i tu się zgodzę, że chyba lepiej było wybrać samą Annę na tron niż Francuza, który nie znał polskiej mentalności i sposobu rządzenia, przyzwyczajony do absolutyzmu,nie potrafił odnaleźć się w Polsce. Nie możemy mu tego mieć za złe, również był pod wpływem dominującej matki, a różnica w obyczajowości była przepaścią. Sądzę, że najchętniej wcale by tutaj się nie wybierał, zresztą długo zwlekał z wyzjazdem z Francji. Poruszyłaś też ciekawe zagadnienie - Anna na tronie jako samodzielna władczyni. Prawdę mówiąc, nie widzę jej w roli króla. Gdyby posadzić na tronie jej matkę, Bonę, o tak, ta by potrafiła rządzić, ale też sądzę, że nie porządziłaby długo, bo by jej na to po prostu nie pozwolono. Sprawa z odbieraniem królewszczyzn, która wyszła od Bony, pomiary włóczne, dobitnie pokazały wielki opór magnatów, wtedy jeszcze chronił Bonę majestat króla- małżonka, którego szlachta poważała, pod jego opiekuńczyni skrzydłami, Bona mogła dążyć do realizacji ambitnych celów uzdrowienia państwa.
    Co do Anny jako samodzielnej władczyni, sądzę, że byłaby jedynie marionetką w rękach magnatów, wychowana cieniu matki, tak jak każda z córek Bony, nie była zdolna do udźwignięcia roli, którą powierzyłby jej ten korzystny zbieg okoliczności.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie masz rację, ale kto wie, co by było, gdyby na Annę odpowiedzialność za królestwo złożono. W końcu tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono... Jakoś lubię myśleć, że każdy z nas ma w życiu swoje pięć minut, w którym jest w stanie przekroczyć samego siebie. Jak mawiała Virginia Woolf, nawet nudziarze i głupcy miewają przebłyski, a Anna zdecydowanie głupia nie była. Brakowało jej odwoagi i pewności siebie, ale przy takiej mamie każdy by miał deficyty!

      Usuń
  12. I to chodzi. Możemy sobie snuć historie alternatywne, i to jest właśnie fascynujące. Dziękuję za sympatyczną wymianę myśli, miło się gawędziło.

    OdpowiedzUsuń
  13. Czy Ty uczysz historii w jakiejś szkole? Mam nadzieję, dzieciaki muszą być zafascynowane. Nie mogę przestać czytać Twoich wpisów... O ileż łatwiej historyczne fakty i daty kotwiczą się w głowie...
    Podziwiam.
    Pisz dalej!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie uczę, nawet nie mogłabym, bo jestem po polonistyce, historia to tylko moja pasja. Może dlatego patrzę na nią świeższym okiem? Ale niezmiernie się cieszę, że ten punkt widzenia komuś jeszcze się podoba!

      Usuń
  14. wspaniała nie mogę przestać czytać, wszystkie opisy sa rewelacyjne, w ciagu 3 godzin przeczytałam prawie wszystkie:)wiecej prosze:)J>O

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niezmiernie się cieszę, że te historie mogły zatrzymać Cię na kilka godzin. Będzie więcej! Pozdrawiam.

      Usuń
  15. Błędy w pisowni:

    1. "no jakżesz mógł!" - pisze się "jakżeż", bo drugie i ostatnie "ż" to partykuła wzmacniająca, więc nie można pisać w tym miejscu "sz",

    2. nie najlepsza - "nie" z przymiotnikami w stopniu najwyższym pisze się oddzielnie (a nie razem, tak jak w zapisie pod koniec tekstu).

    Andromedo, popraw błędy i usuń mój wpis o nich. Mam nadzieję, że możesz, a moje pozwolenie na usunięcie tego właśnie zapisu masz i mieć będziesz.

    Dziękuję Ci za ciekawe teksty. Chętnie je czytam i podziwiam swobodę, z jaką je tworzysz, jak również to, że potrafisz wyrazić swoje zdanie na temat danej postaci, jej postępowania i bronić go przekonującymi argumentami. To rzadki i cenny dar. Może byś więc książkę napisała i jeszcze ją wydała? Czemuż by nie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Błędy już poprawiłam, ale Twojego wpisu nie usunę (choć mogę), bo bardzo mi się podoba i wpis, i jego ton. To wielka sztuka wytknąć błąd w taki sposób, że krytykowany ma ochotę powiedzieć tylko jedno: dziękuję! Pozdrawiam serdecznie

      Usuń
  16. Bardzo ciekawa historia i pomyśleć, że w szkole była o niej zaledwie wzmianka, taki prolog to Zygmunta III Wazy. Naprawdę nie mogę oderwać się od bloga ;)

    OdpowiedzUsuń
  17. Bardzo mi się podoba ten wpis, nigdy nie czytałam tak ciekawej i pozytywnej opinii o Annie Jagiellonce. Rzeczywiście raczej przedstawiana jest jak dewotka, stara panna, nieatrakcyjna... dobrze, że przedstawiasz jej mocne strony!

    OdpowiedzUsuń
  18. zwykła przeciętna kobieta, anna, nieładna, skoro od niej uciekali nie patrząc na królewski ród, gdyby nie była królewną z pewnością zostałaby stara panna, nieciekwa postać, historia jej pomogła i przywiazanie szlachty do rodu i to wszystko, a gdybać sobie mozemy,,,,,,

    OdpowiedzUsuń