wtorek, 21 stycznia 2014

Nellie z domu wariatów

Przyzwoite panny siedzą w domu. Nie łażą bez eskorty po ulicach, miarkują brzydką ciekawość, nie wściubiają swoich zgrabnych nosków tam, gdzie śmierdzi. No i nie szukają pracy poza domem! Wszelka publiczna kariera jest przeciw ich naturze. Zmienia te łagodne domowe boginie, których przeznaczeniem jest troska o dzieci i męża, w jakieś przerażające monstra!
Jeśli czujecie w tym ironię, to zapewniam, że w oryginale jej nie było. Bo takiej to mniej więcej treści artykuł pt. „Co jest dobre dla dziewcząt” ukazał się pewnego dnia 1885 roku w „The Pittsburgh Dispatch”, jednej z największych amerykańskich gazet. Autor najwyraźniej mierzył się z coraz bardziej wojowniczymi emancypantkami, które powoli torowały kobietom drogę do aktywności poza domem. Jak przypuszczam, ze strony gazety była to pewna prowokacja, zamieszczono ten mizoginiczny tekst w nadziei na huczny odzew. Był, i to jaki! Napłynęły stosy listów, głównie z wyrazami oburzenia, podpisane nie tylko przez kobiety, lecz także mężczyzn. Zwłaszcza jeden przykuł uwagę redaktorów. Zjadliwy, świetnie napisany, sygnowany nazwiskiem niejakiego Cochrane. Niezłe pióro, dobrze byłoby mieć je w redakcji, pomyśleli w „Pittsburgh Dispatch”. I zaprosili obiecującego polemistę na rozmowę.
Jakież było ich zdziwienie, gdy zamiast pana Cochrane’a zjawiła się śliczna dwudziestolatka. Idealny kandydat na domowego anioła! Oczywiście, redaktorzy chcieli spotkanie grzecznie i szybko zakończyć, ale anioł nagle nabrał diabelskich cech. Panna Elizabeth Jane Cochrane na żywo okazała się równie przekonująca, jak na piśmie. Była wygadana, pewna siebie i wyglądało na to, że dobrze wie, czego chce. Właśnie szukam pracy, powiedziała, państwa propozycja spadła mi jak z nieba i naprawdę dam z siebie wszystko! Co wam szkodzi spróbować?
Faktycznie, ryzykowali niewiele. Postanowili wziąć ją na próbę, Niech znajdzie sobie nowe nazwisko (piszące kobiety chowały się wtedy pod pseudonimami, całkiem jak dziś my, blogerki) i niech pisze. Wybrała Nellie Bly z powszechnie wówczas nuconej piosenki. Ale ani redaktorzy, ani ona sama nie podziewali się, że już za kilka lat to nie popularna piosenka, ale jej praca sprawi, że nazwisko „Nellie Bly” będzie znane jak świat długi i szeroki.
Nellie Bly na zdjęciu z 1884 r.
Dziewczyna nie była żadną rozpieszczoną pannicą, chcącą dla kaprysu zatrudnić się w redakcji. Ona naprawdę potrzebowała pracy. Po śmierci jej ojca matce trudno było utrzymać gromadkę dzieci, a tym bardziej je wykształcić. Nelly średnią edukację zakończyła na jednej klasie, musiała zarabiać! Z doświadczenia wiedziała, jak trudno dziewczynie znaleźć pracę. Jak niechętnie są zatrudniane kobiety i jak źle opłacane. Postanowiła właśnie o tym pisać - o zwykłych ludziach, o pracujących dziewczynach, jak ona, które zamiast wsparcia, dostają kolejny, idiotyczny artykuł o tym, co przystoi przyzwoitym pannom.

Zabrała się do roboty, a efekty przeszły wszelkie oczekiwania. W „Pittsburgh Dispatch” już wkrótce nikt nie miał wątpliwości, że rośnie im gwiazda. Nellie nie bała się trudnych tematów i co ważne przygotowywała je tak, jak nie odważył się nikt przed nią. Jej nie wystarczały reporterskie rozmowy, ona musiała doświadczyć tego, co jej bohaterowie. Gdy słyszała o niegodziwych warunkach pracy w fabrykach Pittsburgha, po prostu się w nich zatrudniała. Na własnej skórze czuła udrękę dwunastogodzinnych dni pracy, na własne oczy widziała harujące tam dzieci. I o tym pisała artykuły, dotykając prawdy najbardziej, jak się da.
Niestety, długo to nie trwało. Bo choć teksty Nellie cieszyły się wielkim powodzeniem u czytelników, to wydawca szybko zaczął mieć z nimi kłopot. Zaczęło ubywać ogłoszeń, z których żyła gazeta, bo wielu reklamodawców pisma to byli ci sami brzydcy kapitaliści, których Nellie piętnowała w swoich demaskatorskich tekstach. Naczelny powiedział: dość! I przesunął dziewczynę do działu dla pań. Kazał pisać o modzie i urodzie.
Jasne, że nie zamierzała tego robić. Na szczęście już nie musiała, bo jej nazwisko stawało się znane. Dostała propozycję od Josepha Pulitzera (późniejszego fundatora sławnej dziennikarskiej nagrody), wydającego w Nowym Jorku skandalizujący dziennik o wielkim zasięgu (tabloid, powiedzielibyśmy dziś). W „The New York World” Nellie rozwinęła skrzydła. Tam przyjmowano ze zrozumieniem jej najdziksze pomysły, choć ich też potrafiła zaskoczyć.

Któregoś dnia przybiegł do Pulitzera zaaferowany sekretarz redakcji:
- Ta dziewczyna chce się zamknąć w domu wariatów, żeby napisać reportaż! - krzyczał. - Nie dałem na to zgody!
Chodziło o niesławny zakład psychiatryczny na Blackwell's Island. O warunkach, w jakich przetrzymywano tam kobiety, opowiadano straszne historie, ale ile było w tym prawdy - nie wiedział nikt. Nellie postanowiła się dowiedzieć. Rozumiała też, że wiarygodne informacje zdobędzie tylko wtedy, gdy trafi tam jako pensjonariuszka, a nie dziennikarka.
Pulitzerowi pomysł się spodobał. Wyczuł, że może to być czytelniczy hit. Dał zezwolenie.
Nellie badana przez psychiatrę.
Rysunek ilustrujący jej artykuł w "The New York World"
Dalej wszystko potoczyło się tak, jak w scenariuszu thrillera. Nellie trafiła do zakładu ze zdiagnozowanym szaleństwem (całkowita amnezja), spędziła tam dziesięć dni, a potem zaczęła pisać. O maltretowaniu i wiązaniu sznurami. O lodowatych kąpielach. O szczurach i robactwie. O fałszywych diagnozach, dzięki którym na wyspę Blackwell trafiały kobiety, których chciały się pozbyć rodziny, czasem zupełnie zdrowe. O posiłkach, na które składały się śmierdzący bulion, zapleśniały chleb i brudna woda. „W naszych krótkich spacerach - pisała - mijałyśmy kuchnię, w której przygotowywano jedzenie dla lekarzy i pielęgniarek. Migały nam przed oczyma melony, winogrona, pachnące białe pieczywo, rumiane kawałki mięsa, a uczucie głodu rosło dziesięciokrotnie”.

Cykl reportaży „Dziesięć dni w domu wariatów” stał się wydarzeniem. Gazety z tekstami Nellie sprzedawały się jak świeże bułeczki, ale najważniejsze - zmieniały rzeczywistość. Reporterski opis barbarzyńskich warunków w „domu wariatów” był jak chłośnięcie biczem, jak publiczny wyrzut sumienia - nagle znalazły się i pieniądze, i fachowcy, którzy zaczęli ten nieludzki świat reformować.

Nellie była dumna. I strasznie zmęczona. Po kilku latach intensywnej pracy w najmroczniejszych zakamarkach wielkich miast czuła, że potrzebuje oddechu, bo inaczej naprawdę zwariuje. Najchętniej uciekłaby na koniec świata... na koniec świata… na koniec świata…. Zaraz! A może to jest pomysł? Natychmiast się skrystalizował: "Ja potrzebuję wakacji, moja gazeta atrakcyjnych tematów, przecież można połączyć jedno z drugim!"
Czytelniczym bestsellerem tamtych czasów była powieść Juliusza Verne’a „W osiemdziesiąt dni dookoła świata”. Jej bohater, angielski dżentelmen Fileas Fogg, założył się ze znajomymi o duże pieniądze, że objedzie świat dookoła w ciągu 80 dni. Udało mu się, choć z trudem, dosłownie na styk przybył na czas do londyńskiego klubu. A gdyby tak… gdyby tak naprawdę przemierzyć świat dookoła i poprawić książkowy rekord Fileasa Fogga? Zrobić to w czasie krótszym niż 80 dni?

Tak sobie pomyślała Nellie i powędrowała ze swoim pomysłem do redaktorów. Znów złapali się za głowę. Owszem, dodali szybciutko, oni też myśleli o takiej wyprawie, ale zamierzali wysłać mężczyznę. MĘŻCZYZNĘ! Przecież kobieta, która z zasady nie podróżuje sama, czyni całe przedsięwzięcie niemożliwym, o biciu rekordu nie wspominając!
Nellie jednak umiała walczyć o swoje. Zagrała va banque. Proszę bardzo, powiedziała, wyślijcie mężczyznę. Wasza strata. Bo ja zrobię to samo z konkurencyjną gazetą i waszego reportera pokonam.
No i znów postawiła na swoim. 14 listopada 1889 roku elegancka młoda dama, ubrana w kraciasty płaszczyk i z podróżnym neseserem w ręku, weszła na pokład liniowca Augusta Victoria i ruszyła w podróż życia.

25-letnia Nellie sfotografowana tuż przed wielką wyprawą. Ma solidne buty, kraciasty
płaszcz podróżny, a w ręku neseser z kilkoma zmianami bielizny i przyborami toaletowymi.
Pieniądze trzyma w zawieszonym na szyi woreczku 
Co to było za wydarzenie! Wyprawę Nellie śledził cały świat. Jej gazeta zamieszczała relacje, które dziennikarka starała się nadawać, skąd tylko mogła. Dzięki sieci telegraficznej docierały do redakcji stosunkowo szybko. Podróżowała z Anglii do Egiptu, przez Cejlon, Singapur, Hong Kong i Japonię. We Francji poznała mimowolnego sprawcę całego zamieszania, pisarza Juliusza Verne'a, który oczywiście także dopingował ją do bicia powieściowego rekordu (no masz, lepszej reklamy nikt by mu nie wymyślił). 
Zainteresowanie podsycał ogłoszony przez redakcję konkurs, w którym czytelnicy obstawiali datę powrotu Nellie. Wzięło w nim udział ponad milion osób! Zapanowała prawdziwa Nelliemania, podróżniczkę w charakterystycznym kraciastym płaszczyku znał niemal każdy. Jej wizerunek wyzierał z gazet, pojawiał się na kartach reklamowych rozmaitych firm, Nellie została nawet bohaterką gry planszowej.

Reklamy z wizerunkiem Nellie, w środku gra planszowa, której tematem jest jej wyprawa
No i jak to się skończyło? Dobrze się skończyło. Okazało się, że samotna młoda dama doskonale poradzi sobie nawet w podróży dookoła świata. Że żadna opieka nie jest jej potrzebna, jeśli ma trochę pieniędzy i rozumną głowę na karku. 25 stycznia 1890 r. Nellie szczęśliwie i bez przeszkód wróciła do domu. Na dworcu powitały ją tłumy Amerykanów - rozradowanych, że ich rodaczka nie dość, że wróciła cało i zdrowo, to jeszcze z lepszym czasem niż Fileas Fogg! Okrążyła świat w siedemdziesiąt dwa dni, sześć godzin, jedenaście minut i czternaście sekund.

Nellie wraca do domu, ilustracja z 1890 r.
Późniejsze życie Nellie było równie nieprzewidywalne i pełne nagłych zwrotów akcji, jak jej młodość. Zaskoczeniem dla wszystkich było jej małżeństwo z bogatym przemysłowcem Robertem Seamanem, czterdzieści lat od niej starszym. Po śmierci męża na chwilę zmieniła się w kobietę interesu, kierując przedsiębiorstwem, ale do zarządzania nie miała głowy. Firma szybko splajtowała na skutek malwersacji pracowników, a Nellie znów wróciła do dziennikarstwa. Była na wakacjach w Austrii, gdy wybuchła I wojna światowa. Ani chwili nie wahała się, co robić. Pojechała na front i zaczęła pisać korespondencje dla amerykańskich gazet. Europejskie wakacje zmieniły się w pięć lat ciężkiej pracy.
Niedługie życie Nellie (zmarła w wieku 57 lat na zapalenie płuc) zapisało się w historii prasy - jest uznawana za prekursorkę dziennikarstwa śledczego, za mistrzynię reportaży wcieleniowych, za jedną z pierwszych korespondentek wojennych w historii. Dziś młodym reporterom wręcza się nagrody jej imienia. Ale każda z nas, kobiet, widzi, że udało jej się o wiele więcej. Hej, Nellie, panno, która nie wiedziała, co jest dobre dla dziewcząt... Nellie z wyprawy dookoła świata… Nellie z domu wariatów... Cały nasz świat był w Twoich czasach domem wariatów. Zaczął normalnieć dzięki takim jak Ty.


Źródła: www.nellieblyonline.com
Zdjęcia: Wikimedia Commons

51 komentarzy:

  1. Wspaniała kobieta i świetny blog

    OdpowiedzUsuń
  2. Jej rywalką w wyścigu była, zatrudniona przez miesięcznik Cosmopolitan, Elisabeth Bisland.
    Okrążyła świat w 76 i 1/2 dnia.

    Dziękuję za ciekawe teksty.

    OdpowiedzUsuń
  3. Że też nie miałam o niej pojęcia! A studiowałam dziennikarstwo. Ale żyłam w przekonaniu, że przebojowe dziennikarki narodziły się mniej więcej razem z Orianą Fallaci, Dzięki Ci za ten tekst!
    Ina

    OdpowiedzUsuń
  4. Jak tak czytam to chciałabym aby niektóre z tych zwyczajów wróciły... dzisiaj duże grono kobiet nie ma klasy...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Które zwyczaje? Te, które zamknęłyby cię w kuchni i zmieniły w jakąś pożal się Boże "łagodną boginię domowego ogniska", niewartą splunięcia? Zastanów się, zanim coś napiszesz, bo jeszcze ci się spełni...

      Usuń
    2. Możliwe ,ze się nie zrozumiałyśmy...Miałam na myśli , kobiety, które reprezentowały pewien poziom kultury , naczytałam się książek Jane Austen.. zresztą nie miałabym nic przeciwko siedziec w domu , zajmowac sie rodziną i domem.Przeciez nie wszyscy mężczyźni źle traktowali kobiety..

      Usuń
    3. Cóż jestem Kurą Domową, ale czy niewartą splunięcia??? Nigdy nie miałam ambicji zawodowych, mąż utrzymuje nas oboje i doprawdy nie widzę w tym niczego złego. Wolność i tolerancja polega na tym aby akceptować czyjeś prawo wyboru, a mam wrażenie, że feminizm w dzisiejszych czasach w swojej ogromnej tolerancji wszystkiego zapomniał o tolerancji wyboru kobiet do pozostania w domu i prowadzenia zaplecza życia rodzinnego.

      Usuń
    4. A blog sam w sobie i wpisy bardzo ciekawy i przyjemnie się czyta:-)

      Usuń
    5. Tylko że to jest WASZ WYBÓR. W tamtych czasach byście go nie miały. Więc marząc o ich powrocie chcecie pozbawić wyboru siebie oraz inne kobiety, niekoniecznie chętne siedzieć w domu.
      Mężczyźni w tamtych czasach źle traktowali kobiety. Wszyscy. Prawie bez wyjątków. Nie dlatego, że źle im życzyli, tylko dlatego, że tak mieli wdrukowane - nawet jeśli odnosili się do nich życzliwie, wciąż patrzyli na nie z góry, nie jak na partnera. Kobieta była własnością męża. Większość z nich, mimo urodzenia gromadki dzieci, nigdy nie miała orgazmu (chyba że w ramach leku na histerię ktoś zalecił jej terapię wibratorem, ewentualnie mogła się jeszcze "zaprzyjaźnić" z inną damą). Kobieta była nikim. To zupełnie coś innego niż USTALENIE z mężem, że Ty siedzisz w domu, a on pracuje.
      (Zresztą - bez urazy - "brak ambicji zawodowej" jest szkodliwy i w dzisiejszych czasach. Jeśli mąż umrze albo znajdzie sobie młodszą, czego oczywiście żadnej z Was nie życzę, znajdziecie się w bardzo, bardzo niewygodnej sytuacji).

      Usuń
    6. Nie popadajmy w przesadę i dawniej było różnie, były małżeństwa gdzie nie było szacunku i takie gdzie ludzie się szanowali wzajemnie. Co do braku ambicji zawodowych nie widzę w tym niczego szkodliwego zarówno społecznie jak i subiektywnie - jest coś takiego co się nazywa wspólnota majątkowa, poza tym wszystkim Luna mówiła o pewnych elementach dawnych czasów i do tego się odnosiłam. A tak na marginesie, nie znam zbyt wielu udanych i trwałych małżeństw, nie widzę szacunku dla kobiet nie tylko ze strony mężów i mężczyzn, ale przede wszystkim ze strony innych kobiet, nienawidzą się wzajemnie, nie szanują się. A na sam koniec jeszcze nie widzę niczego ambitnego w chodzeniu na osiem godzin do pracy, dzięki temu szczęściu, że nie muszę pracować, mogę rozwijać swoje pasje (np.hodowanie koni dla czystej przyjemności i zgłębianie wiedzy hippicznej), czytać, wsłuchiwać się w samą siebie i w otaczający świat. Kocham mojego męża, szanuję i jestem mu niezmiernie wdzięczna, że mogę zajmować się naszym domem - jestem szczęśliwa. I jeszcze tylko jedno, kobiety wywalczyły sobie mnóstwo praw, a to co widzę dookoła, to praca na dwa etaty, rozwody, nieszczęście i nawet widzę, że kobiety nie tylko nie wspierają się, ale nawet nie korzystają zbyt często z praw wyborczych jakie mają - parytety są dowodem na nienawiść kobiet w stosunku do kobiet, gdyby kobiety głosowały na kobiety nie trzeba by parytetów, a tu jedyna partia stworzona przez kobiety i dla kobiet nie dostała się do sejmu. Tak, wywalczyłyśmy sobie równość i wolność, tylko co z tego dla nas wynika, że same otwieramy sobie drzwi i same dźwigamy zakupy...

      Usuń
    7. Konik polski, bardzo ciekawe uwagi. Bo z jednej strony Nefariel ma oczywiście rację, że nasza sytuacja nie ma porównania z tym co było sto lat temu, bo mamy wolność wyboru. Ale czy jesteśmy szczęśliwsze? To już inna sprawa. Też jestem zdania, że kobieca solidarność nie istnieje i spora w tym wina agresywnego feminizmu ("jazgotliwego, bolszewickiego popfeminizmu", jak go nazywa prof. Mikołejko), który z jednej strony promuje wolność kobiet, ale z drugiej jest w nim obecna wyraźna sugestia: siedzisz w domu, mąż cię utrzymuje, to jesteś be. A skoro same feministki dzielą kobiety na lepsze i gorsze, na "siostry" i "ignorantki", "zacofane wsteczniczki", to jasne jest, że wszystkie się w tym nie odnajdziemy. Bo wygląda na to, że i dla nich nie interes kobiet jest najważniejszy, tylko dokładnie to samo, co w męskich rozgrywkach - żeby moje było na wierzchu.

      Usuń
    8. No właśnie - wolność kobiety - czy aby prawdziwa. Wolność powinna polegać na całkowicie suwerennym wyborze stylu życia. Ja nie jestem na bieżąco z feminizmem, ale czasem docierają do mnie rożne pomysły i hasła, że dziewczynce wpaja się się - możesz być pilotem, żołnierzem, naukowcem, ale nie gospodynią domową. Według moich kryteriów wolność polegała by na ustawieniu pilota i gospodyni domowej na równym poziomie wyboru. Przecież nie wszystko jest dla wszystkich dostępne w równym stopniu wszystkich nas ogranicza nasza własna psychofizyka, są ograniczenia intelektualne, które uniemożliwiają spełnienie marzeń i fizyczne, które czynią to samo. Ale stawia się na etykiety, nie wpaja się młodym dziewczynkom świadomości wartości wewnętrznej człowieka, tylko wartość etykiety społecznej. Nie wpaja się potrzeby odnalezienia własnej drogi i pogodzenia się ze swoim ja w czasoprzestrzeni, ze swoimi możliwościami, ale i ograniczeniami - tylko akceptacja daje prawdziwe szczęście. Teraz kobieta musi się realizować zawodowo, i nie ważne, że po porodzie ma silny instynkt i zostałaby najchętniej sama ze swoim dzieckiem w domu - jest presja pracy i rozwoju zawodowego, a ile osób spełnia się w swojej pracy, ile dokonało właściwego wyboru kierunku studiów i praca jest ich pasją, nie mówiąc już o mniej wyrafinowanych zawodach, które też ktoś musi wykonywać. Kobiety mają ogromny wpływ na wychowanie dzieci, przez co kształtowanie mężczyzn, dlaczego więc nic się nie zmienia, dlaczego wolne kobiety w dzisiejszych czasach nie wpajają swoim synom szacunku do kobiet, do ich roli w społeczeństwie, dlaczego matki nie kształtują swoich synów na lepszych mężów, tylko rywalizują z młodszymi kobietami i powielają wielowiekowe schematy. Temat, to jeden z moich ulubionych, dlatego tak się rozpisałam, za co przepraszam, ale z drugiej strony wydaje mi się, że dobrze iż blog skłania do poruszania trudnych zagadnień.

      Usuń
    9. "Nie popadajmy w przesadę i dawniej było różnie, były małżeństwa gdzie nie było szacunku i takie gdzie ludzie się szanowali wzajemnie."
      Ani przez moment nie popadłam w przesadę. Owszem, były małżeństwa, w których ludzie się szanowali - ale to były WYJĄTKI. Nie zasługa jakichś dziwnych tradycji i obyczajów, które nie przetrwały do naszych czasów.

      "jest coś takiego co się nazywa wspólnota majątkowa"
      ...która nie pomoże Ci, jeśli Twój mąż zarabia tyle, żeby Was utrzymać i niewiele więcej. Okej, będziesz miała gdzie mieszkać - ale co włożyć do garnka? Ty masz o tyle dobrze, że Twoje hobby może okazać się dochodowe.Tu nie chodzi o to, żeby wmówić Ci, że Twój wybór jest zły, bo feminizm tak mówi - po prostu w przypadku większości kobiet podjęcie takiego wyboru może się źle skończyć. Taka gospodarka. Mnie też się to nie podoba, bo jako feministka szanuję prawo kobiet do podejmowania wyborów - chociaż sama nie wytrzymałabym finansowej zależności od drugiej osoby.

      "A tak na marginesie, nie znam zbyt wielu udanych i trwałych małżeństw"
      Bo teraz istnieje możliwość rozwodu. Kiedyś jej nie było. Małżeństwa nie były trwałe dlatego, że ludzie się kochali i szanowali (mówię tu o XIX wieku, nie o czasach nam bliższych; jedyne znane mi udane i kochające się małżeństwo to moi dziadkowie, chociaż zaznaczam, że jestem młoda i ludzi w związku małżeńskim nie znam zbyt wielu).

      "nie widzę szacunku dla kobiet nie tylko ze strony mężów i mężczyzn, ale przede wszystkim ze strony innych kobiet, nienawidzą się wzajemnie, nie szanują się."
      Dlaczego "przede wszystkim"? Nie neguję istnienia podłych i głupich kobiet (np. obwiniających ofiary gwałtu albo wyśmiewających osoby otyłe/ubierające się nieskromnie/cokolwiek), ale jednak częściej zdarza mi się zaobserwować karygodne zachowanie mężczyzn (a raczej samczyków, bo mężczyzna szanuje kobiety i uznaje je za równe sobie).

      " I jeszcze tylko jedno, kobiety wywalczyły sobie mnóstwo praw, a to co widzę dookoła, to praca na dwa etaty, rozwody, nieszczęście"
      No straszne. A wiesz, jak było kiedyś? Brak możliwości posiadania własnych pieniędzy i porzucenia znęcającego się męża. Sama radość, co nie?

      "Tak, wywalczyłyśmy sobie równość i wolność, tylko co z tego dla nas wynika, że same otwieramy sobie drzwi i same dźwigamy zakupy..."
      STRASZNE. Mam dwie zdrowe ręce, umiem sobie otworzyć drzwi (chociaż jeśli ktoś spróbuje mi je otworzyć, nie rzucę się na niego z maczetą). Dźwiganie za kogoś zakupów zawsze odbierałam jako przejaw troski nad osobą słabszą albo zmęczoną, płeć nie ma tu nic do rzeczy. Sama często proponuję drobniejszym koleżankom, że coś im poniosę...

      "A skoro same feministki dzielą kobiety na lepsze i gorsze, na "siostry" i "ignorantki", "zacofane wsteczniczki", to jasne jest, że wszystkie się w tym nie odnajdziemy."
      Bzdurny stereotyp.

      "Ja nie jestem na bieżąco z feminizmem, ale czasem docierają do mnie rożne pomysły i hasła, że dziewczynce wpaja się się - możesz być pilotem, żołnierzem, naukowcem, ale nie gospodynią domową."
      No właśnie widać, że nie jesteś na bieżąco, bo wypisujesz bzdury. To trochę tak, jakbyś zupełnie serio twierdziła, że docierają do Ciebie wizje homoseksualisty jako różowej wróżki-pedaluszki z piórami w dupie i używała tego jako argumentu w dyskusji. Ten sam poziom braku zgodności z rzeczywistością.

      "Według moich kryteriów wolność polegała by na ustawieniu pilota i gospodyni domowej na równym poziomie wyboru."
      I na tym właśnie polega feminizm. NAPRAWDĘ.

      "Kobiety mają ogromny wpływ na wychowanie dzieci, przez co kształtowanie mężczyzn, dlaczego więc nic się nie zmienia, dlaczego wolne kobiety w dzisiejszych czasach nie wpajają swoim synom szacunku do kobiet, do ich roli w społeczeństwie, dlaczego matki nie kształtują swoich synów na lepszych mężów, tylko rywalizują z młodszymi kobietami i powielają wielowiekowe schematy."
      Bo feminizm nadal jest potrzebny.

      Usuń
    10. Przepraszam bardzo, ale jest mnóstwo agresji i niekonsekwencji w Twoich wypowiedziach, odnosiłaś się do kobiet pozostających w domu jako do niewartych splunięcia, a następnie próbujesz udowodnić, że akceptujesz (szanujesz?) ich wybór. A na koniec, to o otwieraniu drzwi i zakupach, to był taki obrazek - skrót myślowy. A na samiuśki już koniec:-) uważam, że feminizm w obecnej postaci jest zbędny i wręcz szkodliwy dla kobiet, pełen agresji nieuzasadnionej, zapalczywy, pusty i głupi mówiąc wprost. Dawniej chodziło o upodmiotowienie kobiet, a teraz feminizm ogranicza i krzywdzi kobiety, są potrzebne zmiany ale ogólnospołeczne nie feministyczne. A teraz idę już do stajni posprzątać, bo moja przerwa w pracy się kończy :-)
      PS Droga Nefariel -żaden z Twoich argumentów mnie nie przekonał, ale pozdrawiam serdecznie, pewnie jeszcze tu zerknę. Z wyrazami sympatii i szacunku - P.S.

      Usuń
    11. Nefariel, a nie przyszło Ci do głowy, że właśnie taka postawa, jak Twoja odstręcza od feminizmu? Wystarczy włączyć myślenie, żeby mieć go dość. I żeby było jasne - mówię o polskim feminizmie, na świecie z tym dużo lepiej. Ale ten nasz jest wrzaskliwy i potwornie płyciutki, wiecznie coś piętnuje, o coś apeluje, na coś się oburza i poszczekuje, ale - nie zadaje zasadniczych pytań. Na przykład właśnie o to, czy kobiety nie byłyby szczęśliwsze, gdyby zamiast zasuwać w korporacjach, zajmowały się tylko domem. Albo czy zamiast walczyć z facetami, nie mogłyby się z nimi dogadywać. Albo (to kamyczek do Twojego ogródka), DLACZEGO tak wiele Polek nie pracuje zawodowo i nie chce pracować – mamy pod tym względem najwyższy wskaźnik w Europie i jest to wg mnie największa klęska naszych feministek. Które zamiast dociekać przyczyn, wolą poczęstować kobiety obelgą, ze są „niewarte splunięcia”. Intelektualna nędza „feminizmu po polsku” w pełnej krasie. I kto tu jest niewart splunięcia?

      Usuń
    12. "Przepraszam bardzo, ale jest mnóstwo agresji i niekonsekwencji w Twoich wypowiedziach, odnosiłaś się do kobiet pozostających w domu jako do niewartych splunięcia, a następnie próbujesz udowodnić, że akceptujesz (szanujesz?) ich wybór."
      Bo szanuję ich wybór. Nie szanuję za to kobiet, które uważają to za jedyne słuszne rozwiązanie. W XIX wieku wybór był bardzo ograniczony - być kurą domową albo narażać się na ostracyzm. Dostrzegasz subtelną różnicę?

      "Dawniej chodziło o upodmiotowienie kobiet, a teraz feminizm ogranicza i krzywdzi kobiety, są potrzebne zmiany ale ogólnospołeczne nie feministyczne."
      Nie widzę różnicy.

      "Ale ten nasz jest wrzaskliwy i potwornie płyciutki, wiecznie coś piętnuje, o coś apeluje, na coś się oburza i poszczekuje,"
      No tak, oburzanie się i piętnowanie ludzi obwiniających ofiary gwałtu jest płyciutkie i poszczekujące. Nie wypowiadaj się na tematy, o których nie masz pojęcia, dobra?

      "Na przykład właśnie o to, czy kobiety nie byłyby szczęśliwsze, gdyby zamiast zasuwać w korporacjach, zajmowały się tylko domem."
      Nie byłyby. Normalna kobieta jest szczęśliwa, kiedy ma wybór czy chce zasuwać w korpo, czy zająć się domem, czy robić coś jeszcze innego.

      "Albo czy zamiast walczyć z facetami, nie mogłyby się z nimi dogadywać"
      Kolejny przykład godnej pożałowania wypowiedzi na temat, na który nie masz bladego pojęcia. Feminizm NIE POLEGA na walce z facetami.

      Trochę to przykre, że robisz się agresywna, kiedy zaczyna brakować ci argumentów.

      Usuń
    13. Odnosisz się do dwóch rozmówczyń jednocześnie i troszkę to się robi nieczytelne. Mam pytanie jeśli zechcesz odpowiedzieć, to będę wdzięczna - ile masz lat?

      Usuń
    14. Okej, też zwróciłam na to uwagę, niestety już po opublikowaniu postu.
      Co do tego, ile mam lat - najprawdopodobniej mniej niż Ty i najprawdopodobniej więcej niż przypuszczasz, zadając mi takie pytanie. ;)

      Usuń
    15. Nefariel, przekroczyłaś granice śmieszności. Jeśli feministki naprawdę mają Cię w swoich szeregach (w co jednak wątpię), już dawno powinny się Ciebie pozbyć. Ty nie używasz argumentów, tylko stwierdzeń. „My mamy rację, wy jesteście idiotki” - to chciałaś powiedzieć? Ile Ty masz lat? Dwanaście? Troszkę poczytaj, dziecko (a nawet więcej niż troszkę), to będziesz wiedziała, z czym się to kojarzy ludziom odrobinę lepiej intelektualnie wyposażonym. Jeszcze raz przywołam Mikołejkę i jego „jazgotliwy, bolszewicki popfeminizm”. Profesor, skądinąd wielki wróg patriarchatu (dodaję info, bo zapewne i tego nazwiska nie znasz), znalazł dla Ciebie idealną etykietkę.
      Mnie nie jest przykro, że Tobie jest przykro, Głupota, w dodatku demonstrowana publicznie, w XIX wieku była powodem do wstydu. I przynajmniej w tym jednym przejawia się niekwestionowana wyższość tamtych czasów nad naszymi.

      Usuń
    16. Pytanie nie było wredne i nie miało Cie umniejszyć w żaden sposób, było czysto poglądowe i miało mi ułatwić argumentacje dostosowując ją do wieku rozmówcy. Nie jestem absolutnie osobą, która by sądziła, że wiek stanowi o mądrości, ale stanowi o doświadczeniu, z którego nie wszyscy jednak potrafią czerpać, tak więc nie jest wyznacznikiem czegokolwiek, ale potrafi być cenną wskazówką. Ja mam 36 lat, od 12 jestem w związku, a od 10 po ślubie, staram się żyć świadomie i szczęśliwie, wyciągać wnioski z własnych doświadczeń i innych, lubię obserwować ludzi i staram się mieć otwarty umysł na poglądy z którymi się nie zgadzam, ale aby to czynić w pełni trzeba mieć pogląd na jak największą składową sytuacji - dlatego spytałam o Twój wiek:-)

      Usuń
    17. Misianka - wybacz, nie odniosę się do tego potoku agresywnego bełkotu. Jeśli nie umiesz normalnie odpowiadać na argumenty, dyskusję z tobą uważam za zakończoną.

      Konik Polski - okej, nie ma sprawy. W celu ułatwienia Ci doboru argumentów w tej dyskusji mogę powiedzieć, że jestem studentką.
      Cieszę się, że masz udane życie, ale niestety - nie każda kobieta ma tyle szczęścia. Czasem jest to kwestia osobnicza albo przypadkowa, ale czasem płci. I właśnie dlatego feminizm nadal jest potrzebny. Istnieją wrzaskliwe i piskliwe feministki, które najbardziej rzucają się w oczy, chociaż stanowią mniejszość (zresztą wrzaskliwe i piskliwe antyfeministki też się zdarzają, co pokazała ta dyskusja), ale to nie zmienia ani nie umniejsza wartości samej idei.
      Umysł otwarty na poglądy to dobra rzecz, ale niektóre idee (nie nazywam ich poglądami) ograniczają ludzi i są po prostu szkodliwe. I taką ideą jest marzenie o powrocie zwyczajów z XIX wieku. Chociaż prawdę powiedziawszy, nie przypuszczam, żeby Luna naprawdę chciała przyjąć je z całym dobrodziejstwem inwentarza - w jej przypadku było to najpewniej tylko niewinne marzenie po lekturze książek. Ale faktem jest, że wyrażanie go na forum publicznym było nieco bezmyślne.
      BTW, cieszę się, że dyskusja z Tobą zeszła na spokojniejszy tor.

      Usuń
    18. Nefariel - wybaczam. Sorry, że nie znalazłam racjonalnej repliki na Twój superracjonalny „argument”: "nie wypowiadaj się na tematy, o których nie masz pojęcia, dobra?".
      Trochę szkoda, że się wycofujesz, tak dobrze się bawiłam! Łatwość, z jaką ludzie na forach odsłaniają swoją intelektualną mizerię, to dla mnie nieustający powód do radości!

      Usuń
    19. Każdy człowiek ma prawo do wolności, ale wszyscy ludzie różnią się między sobą. Kobiety od kobiet, mężczyźni od mężczyzn, ale największe różnice są między kobietami a mężczyznami - fizyczne i psychiczne, różnie myślimy i różnie postrzegamy świat. Ja zauważam coraz większą potrzebę szacunku dla odmienności kobiety i mężczyzny bez wartościowania jej, od usilnej próby zrównywania we wszystkim kobiet i mężczyzn.
      Zwróciłaś dużą uwagę na potrzebę posiadania własnych pieniędzy, ale co to oznacza w małżeństwie - osobne portfele, osobne cele, osobne życie... Nawet traktując małżeństwo nie jak związek uczuciowy, (który absolutnie na początku swego istnienia nie powinien zakładać jego rozpadu, a istnienie po sam kres) a firmę dajmy na to, to jak będzie prosperować taka, w której są dwie księgowości, rozbieżne cele, plany. Tylko tam jest prawdziwy rozwój dynamiczny, gdzie jest wspólny cel i realizacja. Tak właśnie jest w małżeństwie, tam gdzie portfel jest jeden, cele, zainteresowania, marzenia, znajomi, wspólne spędzanie czasu, pasje wspólne, gdzie nie ma moich i twoich przyjaciół, gdzie jest jedność - tam jest sukces. A budowa związku małżeńskiego w oparciu o moje i twoje to ciągła walka ciągłe życie w okopach i pilnowanie aby wróg nie zbliżył się do naszych zasieków. Czy istnieje coś trudniejszego niż dwoje zupełnie obcych sobie ludzi, nie znających się dobrze, pochodzących z dwóch różnych światów, wyznających czasem różny system wartości, którzy próbują zbudować jeden wspólny, spójny świat? Jeśli na samym początku tej drogi pojawia się moje i twoje z założeniem rozwodu, to to nie ma prawa powodzenia. Małżeństwo, to nie trzymanie się swego za szelką cenę, a kompromisy, w oparciu przede wszystkim o przyjaźń, wspólne cele i zainteresowania. Nie chodzi o to aby rezygnować z siebie, ale aby się zmieniać osiągając inną jakość, bo wszystko sprowadza się do tego aby być szczęśliwym, a człowiek nie ma predyspozycji i pragnień do życia w pojedynkę, ale do budowania związków międzyludzkich, a tym najpiękniejszym jest ten między kobietą a mężczyzną. Nie mam patentu na wszechwiedzę, ale dostrzegam w obecnych feministkach ogrom lęków, kompleksów i niezbyt mądrych pomysłów na życie.

      Usuń
    20. "Kobiety od kobiet, mężczyźni od mężczyzn, ale największe różnice są między kobietami a mężczyznami - fizyczne i psychiczne, różnie myślimy i różnie postrzegamy świat. Ja zauważam coraz większą potrzebę szacunku dla odmienności kobiety i mężczyzny bez wartościowania jej, od usilnej próby zrównywania we wszystkim kobiet i mężczyzn."
      Różnice są w porządku, ale narzucanie ich komukolwiek IMHO mija się z celem. Równouprawnienie nie musi oznaczać jednolitości, z tym że niestety - tak się utarło, że mężczyznom przypisuje się cechy przede wszystkim pozytywne, a kobietom - negatywne lub mające na celu zadowolić mężczyzn. W takiej kulturze ciężko jest szanować te różnice, chyba że za typowo kobiece cechy uznamy np. odporność na ból czy długotrwały stres.
      Poza tym średnio dostrzegam te ogromne psychiczne różnice między kobietami i mężczyznami. Nie licząc tych uwarunkowanych kulturowo.

      " Tak właśnie jest w małżeństwie, tam gdzie portfel jest jeden, cele, zainteresowania, marzenia, znajomi, wspólne spędzanie czasu, pasje wspólne, gdzie nie ma moich i twoich przyjaciół, gdzie jest jedność - tam jest sukces."
      Okej, może być jeden portfel. Tylko że kiedy mąż zarabia, a żona nie - portfel należy do mężczyzny. Nawet jeśli on jest wspaniałym człowiekiem i w zamian za dbanie o dom oddaje jej połowę pensji, oficjalnie te pieniądze nadal należą do niego. To może być problemem nie tylko w przypadku rozwodu czy śmierci, ale też niespodziewanych sytuacji w rodzaju np. informacji o dziecku z byłą, o którego istnieniu nie miał pojęcia. Przykład może jak z telenoweli, ale wiadomo, o co chodzi.
      Kiedyś była feministka domagająca się poważnego traktowania pracy w domu, niestety ten problem ucichł. Szkoda.
      Z ciekawości - jak rozwiązałabyś sytuację, w której mąż nie polubiłby jednego z Twoich przyjaciół? Zrezygnowałabyś z kontaktu, a może to on starałby się do niego lub do niej przekonać? Jeśli to zbyt osobiste, to nie odpowiadaj, tak tylko pytam.

      "Nie mam patentu na wszechwiedzę, ale dostrzegam w obecnych feministkach ogrom lęków, kompleksów i niezbyt mądrych pomysłów na życie."
      Lęki i kompleksy to norma wśród ludzi w dzisiejszych czasach, ważne jest, żeby nie one kierowały człowiekiem. I tak czy inaczej - z feministkami jest tak samo jak z gejami, patriotami i każdą kontrowersyjną grupą społeczną. Najgłośniej krzyczy jaskrawa mniejszość zagłuszająca większość.

      Usuń
    21. (Od logiki mi urwało w jednym miejscu, przepraszam. Nie powinnam była pisać o oddawaniu żonie części pensji, tylko o dzieleniu się z nią - po prostu nie umiem sobie wyobrazić sytuacji, w której całość pieniędzy jest wspólna, bez części na osobiste wydatki).

      Usuń
    22. Misianka, czy Ty prowadzisz jakiegoś bloga? Z chęcią bym cię poczytała!

      Usuń
    23. Różnice w psychice i sposobie myślenia są ogromne np mężczyźni mają rozwiniętą orientację przestrzenną o wiele lepiej niż kobiety, sposoby rozwiązywania zagadnień są różne, mężczyźni ukierunkowują jeśli dobrze pamiętam sposób myślenia jednokierunkowo a kobiety szerzej i zarówno jeden model jak i drugi ma swoje plusy i minusy są różne po prostu nie lepsze czy gorsze jeśli chcesz szczegółów to mogę poprosić męża aby Ci opisał różnice jest psychologiem.

      No to może posłużę się własnym przykładem jest jedno konto mojego męża do którego jestem całkowicie upoważniona i mam do niego kartę. Zaraz po ślubie gdy mieszkaliśmy w mieście to ja przejmowałam wszystkie dochody, którymi zarządzałam tak aby było na wszystko mąż miał na paliwo i drobne wydatki ja prowadziłam rachunki jego malutkiej firmy - gabinetu i rachunki domowe zajmowałam się opłatami, budżet domowy prowadziłam tak aby było na wszystko i były jeszcze oszczędności na wspólne wydatki zakupy robiliśmy większe ustalając co jest priorytetem i szanowaliśmy swoje potrzeby wzajemne bardzo naturalnie bez ustalania czegokolwiek. Odkąd mamy gospodarstwo a ja jestem tylko czasem w mieście zmieniły się priorytety i potrzeby i to mąż przejął całość odpowiedzialności za prowadzenie finansów domowych ja 5 lat a teraz on 5 lat zarządza gotówką. Naprawdę można uwierz mi tylko trzeba naprawdę wspólnoty realnej i nie może każde ciągnąć w swoją stronę.

      Teraz co do znajomego. Na początek - to mój mąż jest moim przyjacielem najbliższym nawet jeśli się pokłócimy co jest normalnym zjawiskiem w małżeństwie, to zarówno on jak i ja jest pierwszą osobą której bym powiedziała co mi ten mój mąż zrobił podłego:-))) Jeśli mój mąż kogoś by nie lubił, a ja bym lubiła to próbowałabym przekonać go do tej osoby, jeśli ten znajomy okazywał by niechęć mojemu mężowi to nie byłby moim znajomym, bo mój mąż jest moim największym i najukochańszym przyjacielem, to z nim dzielę się swoimi smutkami i radościami, to z nim spędzam najwięcej czasu, to z nim łączy mnie moje życie osobiste i intymne - jest najważniejszy - jest moją połówką jakże różną ode mnie ale moją własną. Tego wszystkiego nie osiąga się od razu, trzeba nad tym pracować, trzeba się przede wszystkim lubić i starać:-) Moje małżeństwo nie jest idealne, ale z roku na rok od dnia ślubu jesteśmy sobie nie tylko bliżsi, ale i się znamy już lepiej nawzajem niż siebie samych. Trzeba ze sobą rozmawiać - szczerze, nie pogrywać sobą nie manipulować, pokłócić się, ale osiągnąć kompromis. Przyjaźń to podstawa, przyjaciela się nie oszukuje, nie zdradza, przyjaźń się pielęgnuje, z przyjacielem można porozmawiać na każdy temat.

      Usuń
    24. Do Lilith - nie, nie prowadzę bloga, choć może powinnam, skoro pytasz? :) Trochę brak czasu, dość intensywnie pracuję (PAN), zaglądam więc tylko na rozmaite fora i zostawiam opinie, często właśnie tutaj, u Andromedy, bo ona tak pisze o kobietach z przeszłości, że nie wiadomo, czy im współczuć, czy wręcz przeciwnie - zazdrościć! „Bodajbyś żył w ciekawych czasach” - to ponoć przekleństwo, ale ja bym sobie tego życzyła. Dla kobiet te ciekawe czasy były bardzo długie, mniej więcej do połowy XX w. Musiały mocno walczyć o swoje, żeby nie przepaść w historii. Kobieca odwaga była wtedy szalenie droga, uwielbiam te z nas, które się na nią zdobyły!

      Usuń
    25. Konik Polny - nie chciałabym niepotrzebnie fatygować Twojego męża, ale jeśli byłby w stanie polecić jakąś dobrą książkę albo witrynę na ten temat, byłabym zobowiązana.

      Twoja wypowiedź skłoniła mnie do przemyśleń na szereg tematów - to nie tak, że nie "akceptowałam" takiego modelu związku, po prostu jego istnienie nie przychodziło mi nawet do głowy. A bardzo lubię dowiadywać się nowych rzeczy. Dzięki.

      Usuń
    26. Ciekawa książka to "Płeć mózgu" napisana przez Anne Moir i Davida Jessela, polecam serdecznie i było mi niezmiernie miło, że mogłam z Tobą podyskutować na tak ciekawy temat. Pozdrawiam serdecznie - Paulina Szulc:-)

      Usuń
    27. Dziękuję i również pozdrawiam. :)

      Usuń
  5. Nareszcie! I jaka historia! Dziękuję za ten post i za wszystkie inne! :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Kolejna niezwykła kobieta o której nie miałam pojęcia. Jej życie jest gotowym materiałem na film :)
    Sylwia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W 1981 nakręcono o niej telewizyjny film "The Adventures of Nellie Bly", ale zdaje się arcydzieło to to nie było. Dla ciekawych - fragment jest pod tym linkiem (niestety, też bardzo marnej jakości): http://www.youtube.com/watch?v=6X92obK8Sc4
      Nellie wciąż czeka na dobrego scenarzystę!

      Usuń
  7. Świetny post, jeden z ciekawszych, jakie czytałam ostatnio na blogach. Cieszę się, że tutaj trafiłam. Wcześnie nie spotkałam się z tą postacią. Ta podróż dookoła świata jest niesamowita. :)

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  8. czytałam o tej kobiecie, ale z dużą przyjemnością zgłębiłam się w jej historię raz jeszcze:) Dziękuję:)

    OdpowiedzUsuń
  9. O Nelli jest jeszcze dużo więcej w książce "W gorsecie i krynolinie przez dzikie ostępy". Nelli miała w czasie swojej podrózy konkurentkę, niestety nie pamietam jej nazwiska. Świetny i ciekawy post. Jak zwykle :)

    OdpowiedzUsuń
  10. A mnie ciekawi wątek kiedy zamknęli ją w szpitalu psychiatrycznym. Skoro stwierdzili, że jest chora psychicznie i zamknęli ją, to jak ona stamtąd wyszła w tak szybkim czasie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To, jak Nellie przygptowywała się do tego pobytu i jak łatwo oszukała psychiatrów (na dobrą sprawę wystarczyła jedna noc treningu "szalonych min" przed lustrem), to kolejny ciekawy wątek,tej historii, na który nie miałam już miejsca. A ze szpitala zwolniono ją dzieki interwencji redakcji, która po prostu ujawniła, że była to dziennikarska prowokacja.

      Usuń
    2. Sprytne:) Fantastyczny blog:)

      Usuń
  11. Cudowny blog!!! Podziwiam Twoją pracę i pasję :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Niesamowita historia i niesamowita kobieta. Dzielna i odważna.

    OdpowiedzUsuń
  13. Cześć.

    Bardzo ciekawie przedstawiasz historię.
    Może napisałabyś coś na temat Marii Antoniny, Anastazji Romanowej - córki Mikołaja II

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już trochę o nich pisałam - zajrzyj do postów "Cztery kobiety znane z tego, czego nie zrobiły" i "Królewskie mistyfikacje". Cieszę się, że blog Ci się podoba, pozdrawiam.

      Usuń
    2. chciałabym coś więcej :)

      Usuń
    3. Jak tylko znajdę dobry pomysł na opowieść, będzie więcej!

      Usuń
  14. Nasza historia ma wiele pięknych kart, które nie wszyscy odkryli. I trzeba o tym opowiadać. Pozdrawiam. http://www.agdybytak.cba.pl

    OdpowiedzUsuń
  15. " Zjadliwy, świetnie napisany, sygnowany nazwiskiem niejakiego Cochrane. Niezłe pióro, dobrze byłoby mieć je w redakcji, pomyśleli w „Pittsburgh Dispatch”. I zaprosili obiecującego polemistę na rozmowę.Jakież było ich zdziwienie, gdy zamiast pana Cochrane’a zjawiła się śliczna dwudziestolatka. "

    Eee... nie. Nellie podpisała się jako "Lonely Orphan Girl", a zaproszenie zostało opublikowane na łamach gazety jako anons, ponieważ redakcja nie znała adresu.

    A to tylko jeden z wielu critical research failures tej notki.

    OdpowiedzUsuń
  16. @konik polski
    "największe różnice są między kobietami a mężczyznami - fizyczne i psychiczne, różnie myślimy i różnie postrzegamy świat"
    Wydaje mi się, że to przereklamowany mit. Naukowcy co i rusz opracowują "genialne teorie", jak to niby mózg kobiety różni się od mózgu mężczyzny, a potem wczytujesz się dokładnie i jakoś opada im pompka, a szumna zapowiedź okazuje się niezbytz znaczącą różnicą-detalem. ;) Tak naprawdę, wszyscy należymy przede wszystkim do gatunku ludzkiego. O ile lepiej byłoby, gdybyśmy tak o sobie myśleli - jak o ludziach, a nie kobietach i mężczyznach. Po co dzielić, lepiej łączyć.

    @konik polski
    "Tak, wywalczyłyśmy sobie równość i wolność, tylko co z tego dla nas wynika, że same otwieramy sobie drzwi i same dźwigamy zakupy..."
    @Nefariel"
    STRASZNE. Mam dwie zdrowe ręce, umiem sobie otworzyć drzwi (chociaż jeśli ktoś spróbuje mi je otworzyć, nie rzucę się na niego z maczetą). Dźwiganie za kogoś zakupów zawsze odbierałam jako przejaw troski nad osobą słabszą albo zmęczoną, płeć nie ma tu nic do rzeczy. Sama często proponuję drobniejszym koleżankom, że coś im poniosę..."

    Nefariel, wyjęłaś mi to z ust. :) Rany boskie, jeśli bycie kobietą ma polegać na robieniu z siebie upośledzonej lebiegi, to ja się wypisuję. Owszem, przeciętna kobieta ma nieco mniejsze możliwości udźwigowe niż przeciętny mężczyzna (cieńsze kości, mniej mięsa na tychże kościach;), ale to nie znaczy, że nie jest w stanie NICZEGO zrobić! Ja mam dość kurduplowaty wzrost (162 cm), więc do "pudzianów" nie należę. Ale wniesienie kilku dość ciężkich toreb z zakupami na 4 piętro nie sprawia mi kłopotu. Otwarcie drzwi tym bardziej. ;) Swego czasu pomagałam jako młoda dziewczyna rodzicom na budowie domu i nosiłam ciężkie pustaki i cegły, i jakoś korona z głowy mi nie spadła. Kości mi nie pękły, nie zarwałam się pod tym "kolosalnym" obciążeniem, żyję i mam się dobrze.
    @konik polski Otwórz oczy, pooglądaj reportaże z dalekich krajów. Nabierzesz pokory i szacunku. Zdziwisz się, jak ciężko pracują kobiety w Azji, Afryce, Ameryce - podejrzewam, że wielu z naszych mężczyzn by nie podołało takiej pracy. Bycie kobietą nie ogranicza się do malowania paznokietków, odkurzania, gotowania, "realizowania swych pasji" i czekania na męża. Są kobiety, które harują fizycznie na budowie, w polu, w fabryce - i DAJĄ SOBIE RADĘ. Więc weź i nie przesadzaj, bo jak słyszę kolejny tekst o "przepuszczaniu w drzwiach" i "noszeniu zakupów", to robi mi się gorzej. Obrażasz tym te wszystkie ciężko pracujące kobiety, które nie robią z siebie słabiutkich istotek.

    Co do zdawania się na współmałżonka w kwestii finansów, to szczerze mówiąc, mnie by przerażało takie ryzyko. Nawet jeśli pominę fakt, iż korzystanie z czyjegoś finansowania wydaje mi się niezbyt godne (przepraszam, mówię o sobie, swoich odczuciach - jeśli ktoś czuje inaczej, to ok), to pozostaje taki podświadomy lęk: a co, jeśli...? Któregoś dnia (to może być 2 lata po ślubie, a może 25) mąż cię zostawi/umrze/ciężko zachoruje i co wtedy? Nie masz pieniędzy (tym bardziej, jeśli mąż wiele nie zarabiał i "majątku" nie ma), doświadczenia zawodowego, nic. Nie będziesz mieć emerytury! A jeśli mąż zachoruje i nie będzie zdolny do pracy, hm? Naprawdę warto tak ryzykować, liczyć, że życie ci się ułoży? Różnie bywa. Nie chciałabym w wieku np. 60 lat obudzić się z ręką w nocniku - bez pieniędzy, bez perspektyw, bez niczego. :(

    - tey

    OdpowiedzUsuń