Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lotusland. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lotusland. Pokaż wszystkie posty

środa, 8 maja 2013

Hania

O mały włos, a przeszłaby do historii jako modelowe beztalencie. Jako groteskowa damulka o wybujałych ambicjach, które stara się zaspokoić wykorzystując bogatych mężów. Rzekomo to właśnie ją sportretował Orson Welles w swoim słynnym "Obywatelu Kane" (1941), opowieści o wzlocie i upadku potężnego magnata prasowego. Jednym z symboli tego upadku jest jego kochanka, a potem żona, z której usiłuje zrobić operową gwiazdę. Że dama nie umie śpiewać? Że żaden teatr nie chce dać jej angażu? Nie szkodzi, Mr. Kane kupi jej teatr! I wynajmie najdroższych nauczycieli śpiewu! Oczywiście wszystko skończy się klęską, bo i w Paryżu nie zrobią z owsa ryżu, a publiczności w końcu znudzą się żałosne popisy. Solistka zamieni wielką scenę na zadymiony bar, a jej historia trafi do anegdoty, a nie do operowych kronik.

Z naszą Hanią mogło być wypisz wymaluj tak samo. Mogła pozostać raz na zawsze nieszczęsną śpiewaczką z filmu Wellesa, usiłującą wedrzeć się na wielkie sceny z pomocą kolejnych sześciu mężów, z których co jeden to bogatszy. A jednak... Dziś jej nazwisko zamiast uśmieszków politowania wywołuje promienny, szeroki uśmiech. Zapytajcie o nią któregokolwiek z Kalifornijczyków. Każdy wam powie, że była wielką artystką, stworzyła wspaniałe dzieło i wyśle was natychmiast do Santa Barbara, żebyście je sobie obejrzeli.

Młodziutka Ganna Walska
Miło to słyszeć, zwłaszcza nam, bo Hania była Polką. Urodziła się w 1887 roku w Brześciu Litewskim jako Hanna Puacz, ale do historii przeszła jako Ganna Walska. Dziwne imię to po prostu rosyjska wersja Hanny, która wydała jej się bardziej stylowa. Nazwisko wymyśliła sobie sama - przywodziło na myśl walce, które uwielbiała. W jej życiu trudno w ogóle odsiać prawdę od kłamstwa, nawet dzień urodzin nie jest pewny, bo liczne paszporty pani Hani podają różne daty. Ale czy nie jest tak, że wszystkie najciekawsze biografie na poły składają się ze zmyśleń? A Madame Walska była mistrzynią autokreacji, jak byśmy dziś powiedzieli. Świat był dla niej wielką sceną, dla której to ona pisała sztuki i obsadzała się w głównych rolach. Choć prawdę mówiąc życie ułożyła sobie tak niezwykłe, że żadne zmyślenia nie są konieczne, by dodać mu barw.

Czerpiemy o niej wiedzę głównie z jej wspomnień, z wydanej w Ameryce książki "Always Room at the Top''. Dowiemy się z niej, że pierwszym przełomem w życiu Hani był wyjazd do Petersburga. Nastoletnia, kruczowłosa piękność zrobiła tam furorę i szybko złowiła bogatego męża, barona Arkadija d'Eighnhorn. To wtedy właśnie narodziła się jej operowa pasja, wymyślona jak sądzę głównie po to, by wydać się bardziej interesującą. W Petersburgu Hania Puacz zmieniła się w Gannę Walską i kokietowała wyznaniami: "Jak wszyscy Polacy kocham tańczyć, zwłaszcza walca". (Byłyście świadome tej naszej narodowej cechy?)

Ganna w 1920 r.
Rosyjskie małżeństwo szybko zakończyło się rozwodem (podobno baron spędzał czas głównie na hulankach), ale jak wspaniale po tych paru latach prezentowała się Hania! Już nie była anonimową nastolatką z jakiegoś prowincjonalnego Brześcia, o którym pies z kulawą nogą nie słyszał. Wystylizowana na bogatą rosyjską hrabinę, obwieszona klejnotami, była gotowa pisać kolejne, wspaniałe rozdziały swego życia. Razem ze swoją kosztowną biżuterią opuściła Rosję i ruszyła na podbój świata.
Wkrótce usłyszano o niej we wszystkich metropoliach, od Paryża po Nowy Jork. Smukła, bardzo zgrabna, czarnowłosa Polka stała się ozdobą salonów. Opowiadano o jej urodzie, słabości do szarmanckich, bogatych mężczyzn, zamiłowaniu do luksusu i opery (w tej kolejności). Chodzono na jej spektakle, nawet się podobały, bo niedostatki głosu kompensowała pociągająca powierzchowność solistki. Adoratorzy ustawiali się do Hani w ogonku, posypały się kolejne, krótkotrwałe małżeństwa. W sumie było ich sześć, z czego cztery zawarte z milionerami.

Z Haroldem McCormickiem,
swoim czwartym mężem
Najsławniejszy był bodaj ten czwarty związek, który rozgrzał plotkarzy po obu stronach Atlantyku, a Wellesa sprowokował do nakręcenia "Obywatela Kane". Czwarty mąż Hani, amerykański multimilioner Harold Fowler McCormick, kompletnie stracił dla niej głowę. Porzucił swoją żonę, bajecznie bogatą Edith Rockefeller, i zajął się czarnowłosą Polką. Kupował jej drogie futra, klejnoty, ubrania od najlepszych projektantów, wydawał krocie na lekcje śpiewu, a nawet sfinansował wystawienie "Zazy" Leoncavalla w operze chicagowskiej z udziałem ukochanej. Drwiono z niego na potęgę, twierdząc, że cienki głos Madame Walskiej podoba się tylko zakochanemu w niej McCormickowi.

Piękne kostiumy operowe Walskiej wymyślał dla niej słynny francuski projektant Erté

A Hania korzystała z życia, brylując na nowojorskich salonach, okupując rubryki towarzyskie gazet, uwodząc kolejnych mężczyzn. I tak do pięćdziesiątki. Potem znalazła coś, co też na początku zapowiadało się na kolejną wielką zabawkę. Jej ostatni mąż Theos Bernard, pisarz i wyznawca tybetańskiego buddyzmu (notabene dwadzieścia lat z hakiem od niej młodszy) namówił ją na zakup 15-hektarowej posiadłości w Santa Barbara. Był rok 1941, trwała wojna i Bernard chciał, by to miejsce stało się schronieniem dla tybetańskich mnichów. Hania posiadłość kupiła, ale plany osadzenia w niej Tybetańczyków szybko się rozwiały. Głównie dlatego, że małżeństwo z Bernardem skończyło się (jak zwykle) ekspresowo, po czterech latach. Żądna życia Madame Walska znów mogła wyprawiać się w świat, szukać kolejnych mężów i przygód. Ale już nie chciała. 

Nadspodziewanie dobrze poczuła się na tej "słonecznej ziemi", jak o niej pisała, w Kalifornii. W rozedrganym od gorąca powietrzu, w splątanym buszu roślin, miedzy czerwonymi ścieżkami swojego ogrodu. Pomyślała wtedy, że jeśli istnieje jakaś zaczarowana kraina pisana tylko jej, jakiś "wonderland", to właśnie go znalazła. Ten ogród stał się jej miłością, trwalszą i wierniejszą niż wszystkie inne. Spędzi w nim następne czterdzieści lat, prowadząc go tak, jak wcześniej swoje życie - nieprzewidywalnie, ekscentrycznie, z wyczuciem dramatyzmu. I spójrzcie, co nam zostawi:










Jesteście zachwycone, jak ja? Oto Lotusland, jeden z najpiękniejszych egzotycznych ogrodów świata. Ganna Walska dała mu nazwę od kwiatów lotosu, które kochała i których tu bez liku. Właściwie nie jest to jeden ogród, ale labirynt wielu - jest ogród błękitny i ogród motyli, ogród japoński i australijski, ogród kaktusów i paproci. Każdy inny, a tym, co je łączy, jest osoba właścicielki. 

Wędrówka po tym gąszczu przypomina odsłony dobrego teatralnego spektaklu, zaplanowanego tak, by maksymalnie nas zaskoczyć. Gdy już zatoniemy w gorących fioletach i różach setek bromelii, następna ogrodowa aleja maksymalnie nas wyciszy krajobrazem zen, widokiem na staw usiany pąkami lotosów i wodnych lilii. Ledwo zdążymy się z nim oswoić, następuje kolejna zmiana planu i klasyczny japoński krajobraz topnieje w tropikalnym australijskim buszu. 

Pracę Walskiej w zaprojektowaniu tego parku fachowcy uznają dziś za przejaw wyjątkowej kreatywności. Dowody jej sztuki są wszędzie - w zaskakujących zestawieniach form i w tym, jak manipuluje naszymi oczekiwaniami, idąc im pod prąd. Spójrzcie na stado kaktusów przed jej domem - przypomina pułk jakiegoś wojska z innej planety! Albo ogród błękitny, właściwie las, zasadzony z roślin o wyłącznie niebieskich odcieniach. I fontanna z falistych muszli gigantycznych małży, to właśnie z takiej muszli musiała wypłynąć Wenus Botticellego!

Ten ogród zapiera dech w piersiach. I żeby było jasne - nie jest zwykłą fanaberią bogatej damy, choćby utalentowanej. Pełen jest rzadkich okazów roślin. Kolekcja sagowców (to te atrakcyjne "palmy", które hodujemy w doniczkach) należy do jednej z największych na świecie, zawiera około 170 z 230 znanych odmian tych roślin, często unikatowych i bardzo drogich. Oczywiście, Madame Walska była bogatą kobietą. Ale potrafiła też wszystko poświęcić swojej pasji. W latach 70. i 80. po kolei wyprzedawała swoje klejnoty, by ściągnąć jak najwięcej rzadkich drzew i krzewów. Kochała je, znała ich wartość i cenę (choć nigdy nie nauczyła się ich łacińskich nazw), a uprawiając ogród kierowała się zasadą, która przyświecała całemu jej życiu - im więcej, tym lepiej. 

Ganna Walska pod koniec życia w swoim tajemniczym ogrodzie
Do ostatnich dni przed śmiercią w 1984 roku sędziwa, 97-letnia Madame Walska, wsparta na dwóch kijkach, odbywała codzienną przechadzkę po swoim ogrodzie. Dziś zarządza nim powołana przez nią fundacja, a my możemy oglądać jej cudo niemal przez cały rok, od lutego do listopada.
Co za szczęście, że okazała się marną śpiewaczką! Przecież gdyby spełniła swoje marzenia o karierze operowej diwy, Lotusland byłby dziś jeszcze jedną, banalną posiadłością milionera, z bramą zatrzaśniętą na cztery spusty. Nie zawsze świat staje się lepszym miejscem, gdy ambitna kobieta dostaje to, czego chce. Ech... nie sądziłam, że kiedykolwiek to napiszę...


Szczegółowe informacje o ogrodzie i rosnących tam roślinach znajdziecie na stronie Lotusland
Zdjęcia: Wikimedia Commons, lotusland.org