czwartek, 17 października 2013

77 postów Anki S.

Hej, Anno, co za szkoda, że nie urodziłaś się trzysta lat później! Dziś byłabyś królową blogosfery! Wszystkie pękałybyśmy z ciekawości, otwierając Twój kolejny post. Co tam nowego wywinął Ezop, Twój niewydarzony małżonek? Znów chciał podpalić kościół, bo pchły go w nim obsiadły? A może po raz kolejny narobił Ci wstydu, opowiadając, że ma żonkę, która za jednym posiedzeniem wychyli siedemdziesiąt kieliszków wina? 
Trzymałybyśmy kciuki, żeby w końcu udało Ci się posłać go w diabły! Wow, Anno, dziś nie czułabyś się taka opuszczona i samotna. Wszystkie byłybyśmy z Tobą! 
Anna na portrecie z epoki
Anna ze Stanisławskich Zbąska. Znacie ją? Ja odkryłam ją całkiem niedawno, choć studiowałam polonistykę i powinnam przynajmniej mieć pojęcie, że istniała. Żyjąca w XVII wieku Anna uchodzi za - cytując Wikipedię - „najdawniejszą znaną polską poetkę”. A tam, zaraz poetkę. W tym, co pisała, poezji niewiele, za to dużo prozy. Wspaniałej prozy życia. 

Anna po prostu jako trzydziestokilkuletnia kobieta spisała swoją historię w wierszach, które, owszem, rymują się, ale to by było na tyle, jeśli chodzi o poezję. Nie posiadała talentu do piętrowych metafor, ale jak sądzę, wcale jej nie zależało, by stworzyć epicki poemat. Ona miała po prostu zwykłą, babską potrzebę przelania na papier swoich losów, taką jaką mamy my, piszące pamiętniki i blogi. W jej zapiskach nie rymy są ciekawe, ale kobiece życie. Zaskakująco nam bliskie, choć zagubione w studni czasu.

Nazywa się to „Transakcyja albo opisanie całego życia jednej sieroty przez żałosne treny od tejże samej pisane roku 1685”. Owych trenów jest 77, zaś autorka nie bez powodu wybrała żałobną formę: 

„Nie dziwuj się, żem taki tytuł książce dała,
żem ją przez treny opisować chciała,
Bo życie ludzkie jednem trenem sądzę;
kto czytasz, wybacz, jeżeli w tym błądzę!”

Czytam i wybaczam, bo nielekkie miałaś życie, kobieto! A teraz pozwól, że opowiem je razem z Tobą i siedemnastowiecznymi malarzami, którzy zostawili zaskakująco dużo obrazów pokazujących codzienność Twoich czasów. Ruszajmy w podróż.

Jan Vermeer, Lekcja muzyki, ok. 1659-1664
Anna Stanisławska pojawia się na świecie między rokiem 1651 a 1654. Ma to szczęście, że w magnackiej rodzinie, która zapewnia swoim członkom pełny talerz, jednakowoż żadnych gwarancji osobistego szczęścia. Anna ma ledwo trzy latka, gdy zaczyna się pierwszy tren jej życia - umiera jej matka. 

Żwawy tatuś pozbywa się kłopotliwego maleństwa, oddając je na wychowanie do dominikanek, a sam szybko żeni się po raz drugi. Anna tymczasem pędzi życie za klasztorną furtą, ucząc się tego, co przystało pannom z dobrych domów: haftu, prowadzenia gospodarstwa, może bierze lekcje muzyki, na szczęście nabywa też swobody w księgach, za co jesteśmy wdzięczni, bo zostawi nam potem coś od siebie. No i czeka aż rodzina sobie o niej przypomni.

Przypomina sobie, gdy dziewczyna kończy 16 albo 17 lat. Osiąga wiek stosowny do małżeństwa i jest gotowa, by złapać męża, który pomnoży rodzinne dobra. Oczywiście Anna przy wyborze męża nie ma nic do gadania. Może się tylko modlić, by ojciec z macochą nie znaleźli jej jakiegoś safanduły. Niestety, wybierają okropnie.

Willem Pieterszoon Buytewech, Zaloty, 1616-1620
Kiedy Anna wraca do domu, czeka na nią Jan Kazimierz Warszycki. Patrzy na niego i własnym oczom nie wierzy. Nie umie powstrzymać okrzyku: „A na cóż ja nędzna żyję?!” Bo narzeczony nie dość, że odrażająco brzydki, to regularny idiota („boć cokolwiek tylko powie, każdy widzi, że źle w głowie”). Jedynym jego atutem jest, że to krakowski kasztelanic, majętny i z dobrego rodu. Ale co po tym młodziutkiej Annie? 

Próbuje walczyć. Płacze, błaga ojca, by jej takiego męża oszczędził, ale kto by jej słuchał! „Już wesele naznaczają, intercyzy spisywają!”. Ubijają ślubne interesy, a dziewczyna w ciężkim żalu. Jej „podobniej o pogrzebie myślić trzeba albo niebie, niż gotować na wesele”. No, ale czy ma inne wyjście?

Wesele urządzają w domu, z czego Anna rada, bo wstyd jej publicznie prezentować takiego pana młodego. Połyka łzy podczas uroczystości: „Biskup stułą wiąże ręce. O, w jakiej teraz jest męce serce, które czym się brzydzi, towarzyszem sobie widzi!”.

Jan Vermeer, Dama i dwóch panów, ok. 1662
I tak zaczyna się ten okropny rok, który Anna spędzi z Ezopem, jak nazywa męża z powodu jego wyglądu (grecki bajkopisarz Ezop był ponoć brzydki jak noc). Śmieję się, kiedy czytam o jego wyskokach. Anna też chichocze. Choć przyznaje: „mnie się coraz serce kraje, widząc jego obyczaje”, to i u niej „śmiech na pół z żałością”. Zdrowa wesołość pozwala znieść codzienność z mężulkiem-wariatem, w którego podgolonym łbie aż buzuje! 

Chce palić baby po wioskach, bo ściągnęły deszcz i suknie mu zmokły, takoż księdza, bo w kościele pchły go oblazły. Wykazuje się osobliwą logiką szaleńca, co przyprawia Annę o paroksyzmy śmiechu. Dlaczegóż to niemiła mu służba wojskowa, którą za zaszczyt uważa cała młoda szlachta Rzeczpospolitej? No bo przecie może na wojnie zginąć! A wtedy marny jego los, bo… srogi ojczulek bez dwóch zdań obije go kijem! („Pewnie by mię ojciec witał, a po bokach kijem chwytał”).

Okej, może to i zabawne. Ale jak długo inteligentna dziewczyna wytrzyma farsę zamiast małżeństwa? „Jakoż dalej pędzić lata? Czyż ja z nim zażyję świata?” - pyta sama siebie. Żadnych radości w tym związku, bo i w sypialni z Ezopa nie ma pożytku. Zabawia się „swoimi klejnotami”, a nie z młodą żoną, o czym Anna pisze bez najmniejszej pruderii i zahamowań. Postanawia więc zrobić to, co i my dziś: wziąć z idiotą rozwód.

Jan Steen, Poranna toaleta, 1663
Ojciec Anny już nie żyje, dziewczyna musi radzić sobie sama. „Żadnych postrachów nie boję, o honor i wolność stoję!” - zapowiada dzielnie i udaje jej się poprowadzić sprawę znakomicie! Szuka pomocy u swego możnego krewnego, hetmana Sobieskiego, który radzi jej, by naprawiła stosunki z nielubianą macochą. Wszak ona będzie ważnym świadkiem w czasie kościelnego procesu rozwodowego. 

Anna chowa dumę do kieszeni, układa na nowo stosunki z macochą i planuje sprytne posunięcie. Głównym powodem rozwodu nie będzie szaleństwo męża, ale „przymuszenie ojca”, który jako żywo nie może niczemu zaprzeczyć, bo od dawna leży w grobie. Wszystko idzie jak po maśle. Nie mija kilka miesięcy i Anna znów jest wolna. Co prawda, nie na długo.

Młoda, ładna i posażna dziedziczka to łakomy kąsek na siedemnastowiecznym rynku małżeńskim - zalotnicy ustawiają się w kolejce na samą wieść o staraniach o rozwód. Dziewczynie jednak się nie spieszy: „Żem się dopiero wybiła z niewoli tej, w którejm była, jeśli jeszcze w gorszą wpadnę, czyż ja swoją dolą zgadnę?” - pyta sceptycznie, zerkając jednak kątem oka na kandydatów. 

Jeden jej się podoba - Jan Zbigniew Oleśnicki, młody, bezdzietny wdowiec. Co prawda, krążą o nim brzydkie plotki, że rozpustnik, a swoją pierwszą żonę otruł, ale serce Anny szepce, by nie dawać im wiary. O niej zresztą też rodzina Ezopa rozpowiada, że jest złośnicą i pijaczką, ale Jan kompletnie to lekceważy. Oboje przypadają sobie do gustu i nie chcą długo czekać. Biorą ślub.

Cornelis de Man, Para grająca w szachy, druga połowa XVII wieku
Anna jest zakochana. I po raz pierwszy w życiu naprawdę szczęśliwa. Zdaje się, że trafiła idealnie, bo w ukochanym znalazła też przyjaciela i partnera, skoro pisze: „Równo sobie pomagają, gdy żal i pociechy mają” i konkluduje: „Jedna wola, jedno zdanie, gdzie obopólne kochanie”. Temu mężowi również znajduje starożytny przydomek, jak kiedyś pokracznemu Ezopowi, ale tym razem to „Flawonijusz miły”, bóg ciepłego zachodniego wiatru, zwiastun wiosny.

Ta wiosna w życiu Anny trwa ledwie kilka lat. Jesteśmy przecież w siedemnastowiecznej Polsce, gdzie wojna goni wojnę, a Jan Oleśnicki nie należy do mężczyzn, którzy migają się od służby publicznej. Anna jest zresztą bardzo z tego dumna. „Obrady żadne bez niego nie są; sejmiku żadnego” - chwali się, dodając, że mąż „przy swojej młodości, wie, jak stawać przy wolności”.

Willem Cornelisz Duyster, Żołnierze grający w karty, ok. 1620

No i Jan staje w sławnych bitwach u boku hetmana, a potem już króla Jana III Sobieskiego. Ma swój udział w chocimskiej wiktorii („Poszczęścił mu Bóg imprezę”, cieszy się Anna), ale z wojny z Turcją wraca chory. Zapada na jakąś zarazę przywleczoną z obozu i umiera na rękach żony. „Któżby to mógł zgadnąć komu, że cię śmierć czeka w twym domu! Nie tu na Marsowym polu, gdzie jej czekasz przy tym boju?!” - krzyczy zrozpaczona Anna. Miesiącami nie może się pozbierać po tym ciosie, leży w łóżku niemal bez życia, modląc się o śmierć dla siebie.

Jan Steen, Wizyta doktora, 1658-1662
Ale to jest XVII wiek, nie zapominajmy. Wtedy śmierć, zwłaszcza żołnierska, jest powszednia jak kromka chleba. Do Anny, po niedługim okresie żałoby, znów ruszają konkurenci. Jednak ona nie chce. Upiera się, że jej „wolność w wdowim stanie miła” i nie zamierza ryzykować, że znów trafi się jej jakiś Ezop. Jest zamożna, a z zarządzaniem majętnościami radzi sobie nad podziw dobrze („swego wziąć nie dam i gwałtem - nie próbować choć i żartem”, deklaruje buńczucznie) i zmieniać zdania nie zamierza.

Ale oczywiście w końcu je zmieni. Rodzina, przyjaciele, nawet król i królowa bardzo naciskają: jest wciąż młoda, szkoda „wiek trawić w żałości”, no i przecież jeszcze nie doczekała się dzieci! Może więc spojrzy łaskawszym okiem na kolejnego wdowca, Jana Stanisława Zbąskiego, który nieba by jej uchylił?

Anna całe trzy lata opiera się jego zalotom. Wciąż hołubi pamięć o zmarłym mężu i ewidentnie bardzo jej w smak wdowia niezależność. Szczerze wyznaje, że miło nie mieć nad sobą żadnej zwierzchności, samej decydować i wydawać rozkazy. Zbąski jednak nie odpuszcza, a krew nie woda. 

Któregoś dnia, żegnając go po wizycie, Anna patrzy, jak dosiada konia i serce jej się budzi. „Tuż Wenus, strzałą rzuciła, gdyś go na konia wsadziła” - napisze i dodatkowo dopowie prozą: „Że na koniu dobrze siedział, z tego mi się lepiej podobał”.

Rembrandt, Jeździec polski, ok. 1655-57

No więc jest trzeci ślub i trzecie małżeństwo. Mimo obaw Anny okaże się ono równie udane jak poprzednie. Sama się dziwi: „Bom się już nie spodziewała, ażbym tak ukochać miała”. Jan numer 2 sprawdzi się zarówno jako mąż, jak i przyjaciel. W chwilach radości i smutku, bo Anna przeżyje jedne po drugich, gdy zajdzie w ciążę i kiedy poroni. Nie bez powodu napisze potem swoją autobiografię w żałobnych trenach. Bo niestety, ten kolejny dobry rozdział jej życia też będzie krótki i też skończy się łzami.

Przed nami bowiem wielka siedemnastowieczna bitwa, ta najsławniejsza, pod Wiedniem. Jan oczywiście rwie się w pole, choć Anna - jakby przeczuwając najgorsze - stara się go od tego odwieść. „Prawiem się w łzy rozpuściła” - pisze. Ale on, choć też spłakany, rusza z królem Sobieskim. 

Zostaje ranny, dostaje postrzał w nogę, niegroźny, jak zapewniają medycy. Jednak Anna jest pełna lęku („serce moje czuło ten postrzał dzień prawie”). Wie, że nie powinna czekać na powrót męża, tylko ruszyć mu na spotkanie. No więc śpieszą do siebie - on wraca do niej, ona jedzie do niego, ale nie zdążą się spotkać. W ranę wdaje się gangrena, Jan umiera, nim zdąży zobaczyć Annę.

„Do czytelnika książki
Teraz nie żyję, lecz jakbym umarła,
Bom, jak pociechy, tak smutki zawarła:
W zimnem grobowcu one już złożyła.
Ani się cieszyć, ni będę smuciła”.

Tak kończy Anna swoją opowieść, którą spisała dwa lata po śmierci Jana. Już nie wyszła za mąż, pozostała sama przez ostatnie dwadzieścia lat swego życia. Wiemy, że do końca była bardzo aktywna - sprawnie zarządzała majątkiem, udzielała się charytatywnie, wspomagała zakony, fundowała kościoły. Ale jaka wtedy była? Z czego się śmiała? Co czuła? Żałuję, że tego się już nie dowiem. Mam tylko nadzieję, że pisanie tej autobiografii przyniosło jej spokój, tak jak mnie sprawiło radość jej czytanie. 

Dzięki Anno, że spisałaś swoje życie. Czasem miło jest poczuć, że stulecia nie mają znaczenia. Minęło trzysta lat, a przecież wciąż Cię rozumiem.
Pozdrawiam.
Twoja czytelniczka z XXI wieku.

Jan Vermeer, Pisząca list, ok. 1671
Źródła: Dariusz Rott, Kobieta z przemalowanego portretu, Katowice 2004
„Transakcyję…” można przeczytać w całości na:http://www.wbc.poznan.pl
Zdjęcia: Wikimedia Commons, Web Gallery of Art

środa, 11 września 2013

Trzy adresy z dziewczyńskich lektur

Nosimy te miejsca w sobie od dzieciństwa, pojawiają się w książkach, z którymi rośniemy. A jakie są naprawdę?

Prawdziwy tajemniczy ogród
"Mary wsunęła ręce pod liście i poczęła je rozgarniać na boki. Gęsto wiszący bluszcz tworzył jakby luźną, powiewną zasłonę, chociaż część gałęzi pięła się na drzewo i po żelazie. Serce dziewczynki poczęło bić jak młotem, a ręce drżeć ze szczęścia i podniecenia. A rudzik śpiewał i ćwierkał dalej, tak przechylając główkę, jakby i on czuł się podniecony. Mary poczuła pod ręką kwadratowy, żelazny zamek z otworem na klucz"...
I tak to właśnie było. Tajemniczy ogród istniał naprawdę, a wejście do niego zostało odkryte z pomocą rudzika, w kamiennym murze zarośniętym bluszczem. Tyle że odkrywcą nie była mała dziewczynka, ale dojrzała kobieta.
Był rok 1898. Sławna pisarka Frances Hodgson Burnett skończyła 49 lat i miała dość swego życia. Bo wyglądało na to, że los już za wszystko będzie jej kazał słono płacić. Myślała, że wyczerpała limit przydzielonych jej nieszczęść, że wszystko najgorsze już było - najpierw biedne dzieciństwo w robotniczym Manchesterze, potem śmierć ojca, emigracja do Ameryki i lata pracy, by utrzymać gromadkę rodzeństwa. Przetrwali dzięki niej - dzięki temu, że umiała opowiadać historie. Magazyny kobiece chciały je kupować, więc pisała, ciągle pisała. Także kiedy wyszła za mąż i Swan potrzebował środków na medyczne studia w Paryżu. Wtedy też całymi dniami siedziała przy biurku, przy którym spało jej dwóch małych synków.
Ale teraz jej byt nie zależał od gazetowych honorariów. Teraz była ukochaną autorką dziecięcych lektur, które biły rekordy sprzedaży - uroczego „Małego lorda” i równie uroczej „Małej księżniczki". Teraz mogła odpocząć.
Tyle, że los najwyraźniej nie przewidywał dla Frances takich szczęśliwych scenariuszy. Bo w 1898 roku, zrozpaczona, błąkała się jak duch po Europie, zmieniając miasta i kraje. Kilka lat wcześniej jej szesnastoletni syn umarł na gruźlicę. Małżeństwo, które już od  dawna było fikcją, rozpadło się ostatecznie. Mogła liczyć tylko na siebie - poddać się depresji albo spróbować z nią walczyć. Wybrała to drugie. Wzięła rozwód ze swym amerykańskim mężem i postanowiła wracać do domu, do Anglii. I tak znalazła się w Great Maytham Hall.

Great Maytham Hall dzisiaj 

Było to ogromne, trzykondygnacyjne domiszcze, położone na skraju angielskiej wsi, wtedy trochę bardziej baśniowe, dzikie, nie tak wymuskane, jak na tym współczesnym zdjęciu. Frances poczuła, że właśnie tu powinna się zatrzymać. "Widziałam wiele interesujących miejsc, ale Maytham kocham” - napisała w liście do syna. Wynajęła dom, a potem... potem było tak, jak w powieści. 
Na skraju posiadłości leżał ogromny ogród, właściwie sad - dziki, zarośnięty krzakami jeżyn, otoczony kamiennym murem przykrytym bluszczem. Nikt tam nie wchodził, nikt nawet nie pamiętał, czy w murze jest jakaś furtka. Ale Frances ją znalazła, tak jak znajdzie ją później mała Mary Lennox w jej powieści. Wspomagana przez rudzika, siedzącego na gałęzi śliwy, odkryła pod falami błyszczącej zieleni wejście do ogrodu.
Prawdziwy tajemniczy ogród

Spędziła w Great Maytham Hall prawie dziesięć lat. Większość czasu - w dzikim gąszczu ogrodu, który pod jej ręką zmieniał się w kwitnący raj. Wyrywała zielsko, wytyczała klomby i sadziła róże, setki, tysiące róż. Pracowała z taką pasją, jakby od życia kwiatów zależało jej własne. A potem napisała „Tajemniczy ogród”, swoją najlepszą powieść z przesłaniem o uzdrawiającej, wręcz mistycznej sile przyrody. Dzięki niej brzydkie dziewczynki odzyskują urodę, chorowici chłopcy wracają do zdrowia, a dorosłe kobiety osiągają spokój.
Frances Hodgson Burnett i Mary Lennox, którą w ekranizacji "Tajemniczego ogrodu" z 1993 r. zagrała Kate Maberly

Great Maytham Hall jest dziś ekskluzywnym pensjonatem, w którym wynajmują drogie apartamenty bogaci ludzie. Ci, których na to nie stać, przyjeżdżają oglądać ogród, bo jest otwarty dla zwiedzających.
Frances wróciła do Ameryki. Nigdy jednak nie zapomniała czasu spędzonego za kamiennym murem. Pod oknami swoich domów wciąż sadziła róże. Mawiała: "Dopóki ktoś ma ogród, ma przyszłość, a dopóki ma przyszłość - wciąż żyje".

Jak Maud straciła Zielone Wzgórze
„Avonlea to taka piękna nazwa - brzmi jak muzyka” - mawiała Ania Shirley. Od z górą stu lat wszystkie dziewczynki świata są tego samego zdania. Avonlea na Wyspie Księcia Edwarda to miejsce najpiękniejszych wakacji naszego dzieciństwa. Nie szkodzi, że naprawdę wcale nie istnieje i nie ma go na żadnej mapie. Wystarczy, że przymkniemy oczy i zaraz się pojawi - znajome czerwone drogi, kwitnące sady i białe domy o zielonych okiennicach, między którymi przemykają dziewczynki w wysokich bucikach i słomkowych kapeluszach. Ania Shirley nauczyła nas robić użytek z własnej wyobraźni!
Megan Follows jako Ania w filmie z 1985 r.
„Ta wstrętna Ania” - prychnęłaby Lucy Maud Montgomery. Właśnie tak się złościła, kiedy wydawca po sukcesie "Ani z Zielonego Wzgórza", kazał jej pisać ciąg dalszy. - „Na samą myśl o tym robi mi się niedobrze. Czuję się jak magik z egzotycznej baśni, który zostaje niewolnikiem wyczarowanego przez siebie dżinna. Jeśli do końca życia będę zaprzęgnięta do karety powożonej przez Anię, gorzko pożałuję tego, że kiedyś stworzyłam tę postać” - pisała w liście do przyjaciela.
Lucy Maud Montgomery i jej "wstrętna Ania"
Czy Maud naprawdę żałowała - nie wiem, ale z Anią rzeczywiście było trochę tak, jak z dżinnem uwolnionym z butelki. Niemal natychmiast wyrwała się spod kontroli i zaczęła żyć własnym życiem. Popularność książki przeszła wszelkie oczekiwania. Na Wyspę Księcia Edwarda tłumnie ruszyli turyści, chcący obejrzeć dom rudowłosego brzdąca. Wiedzieli, że pisarka sportretowała jako Avonlea rodzinne Cavendish, a Zielone Wzgórze to dom jej kuzynostwa, rodziny MacNeillów. Wobec takiego czytelniczego szaleństwa, w 1936 roku, a więc niespełna trzydzieści lat po pierwszym wydaniu powieści, władze Wyspy Księcia Edwarda wpadły na pomysł stworzenia Parku Narodowego, w którego centrum miało się znaleźć właśnie Zielone Wzgórze.
Zielone Wzgórze na Wyspie Księcia Edwarda - tak wygląda dziś

Gdy Maud poproszono o pomoc w projektowaniu parku, na początku się zżymała. Stwierdziła, że profanacją jest wystawianie na widok publiczny "wszystkich alejek i zagajników, które były mi kiedyś tak drogie". No i to urządzanie domu Ani... Przecież wymyślona postać nie może mieszkać w naprawdę istniejącym domu! Tym niemniej "zaprzęgnięta do karety powożonej przez Anię” zrobiła to, o co poproszono. Urządziła jej pokój na facjatce dokładnie według opisu w książce. Do dziś nic się w nim nie zmieniło i wygląda tak:

Po kilku latach Maud uznała, że bała się niepotrzebnie. Drogie jej miejsca nie zostały rozdeptane, przetrwały, może nawet piękniejsze, bo pielęgnowane i kochane nie tylko przez nią. Do dziś są takie, mimo tłumów turystów:

Cóż, Maud najwyraźniej nie doceniła ani swojej bohaterki, ani czytelników. Gdy "Anię" przyjęto do druku, pisała w liście do przyjaciela: „Proszę nie myśleć, że oto powstała wielka powieść literatury kanadyjskiej. To jedynie książeczka dla młodzieży, a właściwie dla dziewcząt”. I dodawała: „Nie przypuszczam, aby odniosła wielki sukces i nawet nie marzę o innej grupie czytelników”.
Po części miała rację. "Ania z Zielonego Wzgórza" rzadko miewa innych czytelników niż dziewczęta (w różnym wieku), nikomu też nie przyszłoby do głowy nazwać ją „wielką powieścią literatury kanadyjskiej”. Tylko co do tego sukcesu Maud trafiła jak kulą w płot. "Anię" przetłumaczono na 22 języki, kilka razy zekranizowano, fragmenty umieszczono w szkolnych podręcznikach (nawet tak egzotycznych, jak japońskie). Opisana w powieści Wyspa Księcia Edwarda wychynęła z niebytu i stała się najbardziej znanym miejscem Kanady. A wszystko dzięki tej niepoważnej grupie małych czytelniczek. Po co marzyć o innej?


Dlaczego słodka Jane nie lubiła Gretna Green
Zazwyczaj po raz pierwszy słyszymy o tej szkockiej wiosce właśnie od Jane Austen. Gretna Green co i rusz pojawia się w jej powieściach. Wiemy, że to był azyl zakochanych sprzed wieków, skrawek wolności w świecie pełnym podziałów i zakazów, miejsce, gdzie młodzi mogli się pobrać bez formalności i natychmiast.
Rozważna Jane Austen
Ale Gretna ewidentnie nie ma u Jane dobrej opinii. Wystarczy spojrzeć, jakie pary tam posyła! W "Dumie i uprzedzeniu" do Gretny zamierzał zwiać niegodziwy Wickham, i to dwukrotnie - najpierw z małoletnią Georgianą, potem z Lidią Bennet. Tam też uciekła z pierwszym lepszym narzeczonym mało sympatyczna Julia Bertram z "Mansfield Park". Jane - raczej rozważna niż romantyczna - poucza, że to miejsce dla łobuzów, awanturników, łowców posagów i żadna szanująca się panna nie naraziłaby rodziny na taki skandal, jak ucieczka do Szkocji. Tę opinię podzielała ogromna większość obdarzonych potomstwem bogatych Anglików, którym przez lata Gretna Green spędzała sen z powiek.
A spędzała go od 1754 roku, kiedy to w Anglii ogłoszono tzw. akt małżeństwa, który precyzyjnie regulował okoliczności łączenia się w pary. Najpierw trzeba było dać na zapowiedzi, wziąć ślub w kościele (koniecznie za dnia!), a narzeczeni musieli być pełnoletni (czyli co najmniej 21-letni). Jeśli nie byli, musieli przyjść ze zgodą rodziców. Oczywiście, już się domyślamy, dlaczego wprowadzono to prawo. Właściciele pokaźnych fortun nie zamierzali ryzykować uszczerbku majątku w imię durnych, romantycznych porywów ich młodocianego potomstwa. Najpierw szli do notariusza, dopiero potem posyłali swoje dzieci przed ołtarz.
Za to w Szkocji hulaj dusza! Tam czas stanął w miejscu, Szkoci wciąż hołdowali lokalnej tradycji, wyjątkowo łaskawej dla młodych zakochanych. Za gotowe do małżeństwa uznawano 12-letnie dziewczęta i 14-letnich chłopców. Nikt od nich nie wymagał zgody rodziców na ślub. A sam ślub był sprawą czysto prywatną, kościół czy państwo nie mieli tu nic do gadania. Młoda para mogła zostać połączona węzłem małżeńskim przez kogokolwiek i w dowolnym miejscu.
Co więc robili młodzi angielscy kochankowie, gdy staruszkowie piętrzyli przeszkody dla ich związku? Wsiadali w dyliżans i gnali do Szkocji. Po przekroczeniu granicy w pierwszym napotkanym przysiółku mogli legalnie wziąć ślub. A najbliżej granicy leżała właśnie Gretna Green.

Droga do Gretna Green na obrazie Heywooda Hardy'ego

Ślubna ucieczka do Gretna Green na pocztówce z epoki
W Gretna obowiązek udzielania ślubów wziął na siebie miejscowy kowal. Nie bez powodu - w owych czasach kowal był siłą napędową każdej wioski, doskonale znali go woźnice dyliżansów i podróżni. Ten z Gretna Green szybko dostosował się do nowej sytuacji i w jego kuźni zakochana para nawet w środku nocy miała za niewielką opłatą zapewniony full serwis - dwoje świadków i szybki ślub, który pieczętowało walnięcie w kowadło. Wściekli rodzice, którzy gnali za uciekinierami, zwykle docierali za późno...
Za późno! Tatuś nie zdążył...
Jedna z popularnych pocztówek przedstawiająca szkocki ślub nad kowadłem
Kowal z Gretna Green robił świetny biznes na uciekających kochankach. I zażywał wielkiej sławy nie tylko w Anglii, ale w całej Europie, również u nas, co pokazuje informacja, zamieszczona w "Monitorze Warszawskim" z 30 lipca 1827 roku: „Dnia 10 m.b. nad wieczorem umarł w Springfield David Loing, sławny kowal dający śluby w Gretna Green, w 72. r. życia. Zaziębił się on w podróży do Lancaster i od tego czasu chorował. Sprawował urząd swój przez 35 lat”.
Warsztat Starego Kowala dzisiaj - wciąż cieszy się niesłabnącą popularnością wśród nowożeńców

Dziś zakochani już nie muszą uciekać przez rodzicami. Dziś normą są małżeństwa z miłości, a przedślubne intercyzy rzadko sporządza ktoś poza gwiazdorami z Hollywood. Ale Gretna Green kwitnie. To wciąż najpopularniejsze miejsce zawierania małżeństw. Co roku przyjeżdża tam około pięć tysięcy par z całego świata, żeby wziąć ślub, taki jak sto i dwieście lat temu, w sławnym Warsztacie Starego Kowala (dla zainteresowanych: uroczystość kosztuje 60 funtów i 50 pensów, łącznie z aktem małżeństwa). Romantyczno-awanturnicza historia Gretna Green wciąż żyje wśród zakochanych i jest to moim zdaniem jeden z ładniejszych hołdów oddawanych przeszłości. Ciekawe, co powiedziałaby na to nieromantyczna Jane?

Źródła m.in.: Mollie Gillen, "Maud z Wyspy Księcia Edwarda", The Real Secret Garden/ The Telegraph
Zdjęcia: Wikimedia Commons

czwartek, 1 sierpnia 2013

Zdjęcie z Hitlerem

Jest sierpień 1936 roku. Igrzyska olimpijskie w Berlinie. Na stadionie trwa właśnie konkurs oszczepniczek. Do rzutu przygotowuje się dwudziestotrzyletnia Polka, Marysia Kwaśniewska. Ciemnooka, zgrabna i śliczna. Staje na starcie, dmucha w grot oszczepu, jakby chcąc dodać mu lekkości, potem rozbieg, rzut i... świetnie! Oszczep wbija się w trawę ponad czterdzieści metrów dalej. Wynik jest znakomity, ale dwie Niemki rzucają jeszcze lepiej. Polka zdobywa brązowy medal.
W czasie dekoracji stoi na podium wyprostowana, w dresie z orłem na piersi, jak wycięta z innego świata, bo wszyscy wokół niej unoszą rękę w hitlerowskim pozdrowieniu. Na trybunach siedzi Adolf Hitler. Nikt z organizatorów nie miałby nic przeciwko temu, by to on dekorował najlepszych, na szczęście regulamin olimpijski tego zabrania. Natomiast Führer chce osobiście pogratulować medalistkom. Prowadzą je do loży honorowej. Wokół wodza cała nazistowska wierchuszka, jest Göring i Goebbels. Uśmiechnięty Hitler ściska dłonie dziewcząt, a do Marysi mówi:
- Gratuluję małej Polce.
Na to ona, niewiele myśląc: - Pan też niezbyt wysoki.
Wszyscy wybuchają śmiechem, ale potem Goebbels nieźle się namęczy, żeby do niemieckich gazet nie przedostała się błyskotliwa i odrobinę bezczelna riposta "małej Polki". Usłużni pismacy będą donosić, że Führer gratulował małej Polsce, a nie Polce. Tak czy inaczej niewysoki wąsaty (165 cm) najwyraźniej bardzo chce mieć zdjęcie ze śliczną Polką (166 cm), którą wybrano Miss Olimpiady. Ustawiają się więc do fotografii i oto ona:
Mocno zażenowany wąsacz, wyginający wargi w coś, co ma przypominać uśmiech, niezgrabnie pozuje do zdjęć z ładnymi medalistkami... Dziewczyny z 1936 roku pewno wybuchały śmiechem, patrząc na jego miny. Wtedy nikt nie przypuszczał, że już wkrótce za sprawą tego groteskowego Niemca cały świat stanie na głowie. Że od jednego jego słowa będzie zależało być albo nie być pojedynczych ludzi i całych narodów.
Kiedy Marysia wrzuca do walizki "zdjęcie z Hitlerem", jako zabawną pamiątkę berlińskich igrzysk, nie ma pojęcia, że kiedyś ta fotografia pomoże jej ocalić życie setkom ludzi. Na razie to zwykła fotka, wspomnienie startu na berlińskiej olimpiadzie, który okazał się bardzo udany. Wiecie, że możemy go obejrzeć? Występ Polki zarejestrowała kamera Leni Riefenstahl, reżyserki hołubionej przez Führera, która nakręciła film pokazujący zmagania sportowców na igrzyskach. Oto fragment słynnej "Olympii", medalowy rzut Marysi jest prawie na początku:

Dziwnie jest myśleć, że już za trzy lata ci młodzi ludzie ścigający się na stadionach będą do siebie strzelać. Jeszcze żyją tak, jakby mieli przed sobą całą dobrą przyszłość. Marysia myśli o następnej olimpiadzie. Za cztery lata, w 1940 r. mają spotkać się w Tokio. Kwaśniewska jest jedną z naszych największych sportowych nadziei, więc Polski Związek Lekkiej Atletyki daje jej stypendium i wysyła na południe Europy. Mieszka nad ciepłym morzem Lazurowego Wybrzeża, trenuje i cieszy się życiem, w którym wszystko co najlepsze dopiero przed nią. Może układa zdjęcia w albumie:
Tuż przed rozpoczęciem wielkiej sportowej kariery.
Marysia Kwaśniewska urodziła się i wychowała w Łodzi.
Obok Warszawy było to drugie, najważniejsze miasto w jej życiu
W pociągu wiozącym olimpijczyków do Berlina. Od lewej: Maria Kwaśniewska, dyskobolka Jadwiga Wajsówna
i sprinterka Stanisława Walasiewiczówna. Każda wróci z medalem!
Mały trening? Marysia trzecia od lewej

Start w Berlinie - kadr z filmu Leni Riefenstahl
A to już dekoracja - Polka z brązowym medalem
Nic dziwnego, że została Miss Olimpiady...
Zawsze kiedy patrzę na te radosne zdjęcia tuż sprzed wojny, czuję jakiś nagły ścisk serca. Wiem, że już za chwilę nie będzie śladu po ich radości, że za moment cały świat rozsypie się w pył, a szykowne suknie dziewczyn zmienią się w żołnierskie mundury i więzienne pasiaki.
Gdy wybucha wojna, Maria jest wciąż na południu Europy. Ale w jednej chwili jest gotowa wracać do Polski. Namawiają ją, by została. Nie mogą zrozumieć, dlaczego rwie się tam, skąd wszyscy uciekają. No jak to dlaczego! Patriotyzm - a ona nie boi się tego słowa - to nie tylko olimpijskie podium. Pakuje się i 2 września rusza do domu. Wiele lat później w wywiadzie dla "Rzeczpospolitej" powie, że jechała pod prąd: "Na granicy w Zebrzydowicach patrzyli na mnie trochę jak na wariata. Tabuny ludzi wyjeżdżały z kraju, a ja wracałam do Warszawy, chociaż nie bardzo miałam czym i jak. Podróżowałam różnymi środkami lokomocji, wozami, pociągami. W końcu trafiłam".
Jest młoda, silna, sprawna i sporo umie - przed wojną skończyła kurs sanitarny i samochodowy. W bombardowanej, płonącej Warszawie tacy ludzie są na wagę złota. Trafia do sanitarki przeciwlotniczej na Wybrzeżu Kościuszkowskim. Na ramionach wynosi żołnierzy z okopów znad Wisły, siada za kierownicą sanitarki ("kierowcę zabili, nie było komu jeździć, jeździłam ja"). Od prezydenta stolicy Stefana Starzyńskiego dostanie za to Krzyż Walecznych. Druga ważna próba przyjdzie pięć lat później, gdy w Warszawie wybuchnie powstanie.
Płonący gmach PAST-y na słynnym zdjęciu Eugeniusza Lokajskiego.
 Był kolegą Marysi z reprezentacji, jak ona mistrzem Polski w rzucie
oszczepem. Zostawił niezwykłe zdjęcia walczącej Warszawy
- na powstanie patrzymy jego oczami. Zginął 25 września 1944 
Gdy zaczyna się powstanie, Maria mieszka w podwarszawskiej Podkowie Leśnej. W sąsiedniej gminie Niemcy już 5 sierpnia zakładają niesławnej pamięci Dulag 121 Pruszków, obóz przejściowy dla wypędzanej ludności Warszawy. Przez całe powstanie i później będą szły tam transporty. Ponad pół miliona warszawiaków. Po brutalnej segregacji i rozdzielaniu rodzin, młodszych i silnych wyślą na roboty do Rzeszy, starszych i słabszych - czesto do Auschwitz. W tym strasznym miejscu umrą tysiące ludzi, ale też blisko trzydzieści tysięcy uda się ocalić. Dla wielu przepustką do życia będzie marysine zdjęcie z Hitlerem.
Wysiedleńcy pędzeni pieszo do obozu w Pruszkowie


"Ewakuacja" ludności cywilnej po kapitulacji Powstania Warszawskiego
Kiedy czytam, jak Maria Kwaśniewska opowiada o wyciąganiu ludzi z obozu, brzmi to tak, jakby wszystko było nieziemsko proste. "Był w tym obozie tzw. barak chorych. Z tego baraku wyprowadzało się ludzi po stu, stu pięćdziesięciu... Pokazywałam przy bramie tę moją fotografię z Hitlerem. Żandarmi traktowali ją jak ausweis. Bili w czapę i przepuszczali mi transport". Jakoś nie dodaje, jak ryzykowne były to akcje. Wiele kończyło się aresztem, wysyłką do obozu, a nawet kulką w łeb, a nie żadnym "biciem w czapę"! 
Ale jej się udaje. Teraz we własnym domu zakłada obóz przejściowy. Przez jej mieszkanie przewijają się całe tłumy ludzi, znanych i nieznanych, jednakowo ważnych - Ewa Szelburg-Zarembina, Stanisław Dygat i chłopiec z przestrzelonym płucem, który, jak Maria będzie wspominać później, "dziś ma 70 lat i nadal pisze do mnie kartki". No, czy to nie piękne, że "małej Polce" znów udało się dać Hitlerowi przytyczka w nos? 
Już niedługo wojna się skończy. Warszawiacy wrócą do swoich ruin i zaczną zmieniać je w dom. Pochowają zmarłych, przywitają ocalałych, posprzątają ulice, a zdjęcia Hitlera wyrzucą na śmietnik.
Zdjęcia Hitlera rozsypane na ulicy Marszałkowskiej (fot. Eugeniusz Lokajski)

Maria Kwaśniewska dożyła sędziwego wieku 94 lat. Zmarła całkiem niedawno, w 2007 roku. Po wojnie pracowała w Polskim Komitecie Olimpijskim, objeżdżała kraj, aktywna do ostatnich dni, wspierając zwłaszcza małych sportowców. Tym, którzy mieli szczęście ją znać, zostawiła po sobie mnóstwo jasnych wspomnień, ale nikt nie zadał sobie trudu, by jej ciekawe życie zamknąć w książce. Zła jestem, że tak długo nie miałam pojęcia, że istniała. 

W tekście wykorzystałam fragmenty wywiadu z Marią Kwaśniewską, jaki w 2000 r. przeprowadził dla "Rzeczpospolitej" Marek Jóźwik ("Ja bym za siebie nie wyszła").
Zdjęcia: Narodowe Archiwum Cyfrowe, Wikimedia Commons

piątek, 26 lipca 2013

Cztery żony, czyli królewski kłopot

Przywykliśmy sądzić, że w nieszczęsnych, dyktowanych przez wielką politykę królewskich małżeństwach cierpiały tylko kobiety. Wydawane siłą za starych satyrów i chutliwych sinobrodych, szły do małżeńskich łożnic niczym na ofiarny stos. Jako przykład z miejsca pojawia się Henryk VIII Tudor i jego nieprzeciętna kreatywność w skracaniu życia niechcianym małżonkom. Ale nie oszukujmy się. W drugą stronę to także działało. Bo skąd pomysł, że wszystkie te aranżowane ożenki były dla mężczyzn bułką z masłem? Oni też z tego powodu cierpieli i siwieli, a najlepszym dowodem nasz dobry król Jagiełło.

Trzeba przyznać, że twórca dynastii Jagiellonów nie miał szczęścia do żon - pisze Andrzej Zieliński w wydanej właśnie książce "Skandaliści w koronach", której sporą część zajmują perypetie Jagiełły i jego czterech królowych. Faktycznie, nie miał szczęścia, ale jak miał mieć, skoro tylko jedną żonę sam sobie wybrał? Jak tak się przyglądam alkowianym przygodom Jagiełły, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że w tym przypadku to litewski książę znalazł się w roli typowej dla królewskich narzeczonych. A już na pewno ten pierwszy raz, kiedy po zawarciu unii polsko-litewskiej pojawił się w Krakowie. 

Królowa Jadwiga na osiemnastowiecznym portrecie
Marcello Bacciarellego
Polacy nie szukali przecież króla, tylko małżonka dla króla, bo ten szczęśliwie już od dwóch lat mieszkał na Wawelu. Królem Polski była Jadwiga, jedna z najznakomitszych dam ówczesnego cywilizowanego świata, córka węgierskiego królestwa Andegawenów, perły średniowiecznej Europy. A on co, biedaczek? On był jej dokładnym przeciwieństwem. Księciem ostatniego w Europie pogańskiego kraju, dzikiego, barbarzyńskiego i prymitywnego, jak opowiadano. Fakt, że kraj był piękny i wielki (trzy razy większy niż królestwo polskie!), ale w rankingu prestiżowych państw - gdyby takie wtedy robiono - wlókłby się w ogonie, na szarym końcu. Jagiełło wiedział, że już najwyższy czas przyjąć chrzest i podpiąć swoją Litwę do "europejskiej wspólnoty chrześcijańskich królestw" (tak, tak, to była taka średniowieczna Unia Europejska) i propozycja Polski spadła mu jak gwiazdka z nieba. Ze swoją kulturą i pozycją w Europie nasz kraj imponował Jagielle, a on sam był dumny, że Polacy chcą go mieć na tronie. Na którym jednakowoż siedziała już uwielbiana przez swoich poddanych Jadwiga. Złożona z samych zalet. Mądra, dobra, piękna, pobożna. I dwunastoletnia.

Młodziutka Jadwiga chce dać nogę z Wawelu do Wilhelma,
jej opiekun, Dymitr z Goraja, próbuje ją powstrzymać.
Tak to widział Matejko
Wszyscy wychowaliśmy się na opowieściach o tym niedobranym związku. O ślicznej dziewczynie, która żeby chrzcić dzikich Litwinów wyrzekła się osobistego szczęścia. I zamiast młodziutkiego kuzynka Wilhelma Habsburga, do którego rwało się jej serce, zgodziła się wziąć za męża barbarzyńcę, w dodatku dwadzieścia lat z okładem starszego. Tak o tej historii myślimy, prawda? Wspominając sławną anegdotę z poselstwem Zawiszy z Oleśnicy, którego Jadwiga wysłała na przeszpiegi na Litwę w strachu, że jej pogański narzeczony wywija kudłatym ogonem i stuka kopytkami (naprawdę myślała, że jest kosmaty jak niedźwiedź!). Poseł się spisał, obejrzał księcia w łaźni i po powrocie uspokajał: "Książę Jagiełło jest wzrostu średniego, szczupłej postawy, budowę ciała ma składną i przystojną, wejrzenie wesołe, twarz ściągłą, bynajmniej nieszpetną, obyczaje poważne i książęcej godności odpowiednie". Dwunastolatka poczuła się trochę pewniej, ale w tym małżeństwie szczęścia nie oczekiwała, czemu zresztą wcale się nie dziwimy. Doceniamy, rozumiemy, współczujemy...

Ejże, dlaczego tylko jej? Według mnie Jagiełło co najmniej tak samo zasługuje na współczucie. Kiedy pojawił się w Krakowie był prawdopodobnie mężczyzną po trzydziestce (ile dokładnie miał lat - nie wiadomo, co historyk to inne zdanie). Podobno na widok pięknej nastolatki oniemiał z zachwytu, jak zapisał Jan Długosz, ale jakoś nie jestem pewna, czy z zachwytu. Mógł zaniemówić widząc, że będzie musiał wziąć do łóżka dziecko. Mógł też oniemieć z bardziej prozaicznej przyczyny, a mianowicie z braku znajomości języków. Wykształcona Jadwiga mówiła po grecku i po łacinie, którą posługiwano się na europejskich dworach, szybko też uczyła się polskiego. A Jagiełło umiał tylko po litewsku i trochę po rusku. Nawet nie mógł pogadać z narzeczoną. Musiał za to pójść z nią do łóżka natychmiast po akcie zaślubin, bo nieskonsumowane małżeństwo byłoby nieważne. Zrobił to, dlatego że musiał. Ale dalsze dzieje ich związku pokazują, że nie spieszył się z powtórką, cierpliwie i taktownie czekając aż młodziutka żona dorośnie. Jadwiga zaszła w ciążę dopiero dwanaście lat później, wszystko więc odbyło się według naszych, a nie średniowiecznych standardów.

Jadwiga na dziewiętnastowiecznym obrazie
Józefa Simmlera  (fragment)
Sypianie z mężem, jak przeczytamy w każdej opowieści o Jadwidze, było dla niej przykrym obowiązkiem. I znów wtłacza się nam do łepetyn, że to oczywista oczywistość. Bo czym taki Jagiełło mógł skusić kobietę? Niemłody, niepiękny, nie obeznany ani w księgach (niepiśmienny!), ani w dworskim życiu... Nic dziwnego, że młoda pani fukała na swego spowiednika, ilekroć ten zalecał jej częściej odwiedzać męża w łożnicy. Uznajemy za to za pewnik, że Jagiełło, gdyby mógł, wcale by z tej łożnicy nie wychodził. Ale mnie się wydaje, że niekoniecznie. Przywiózł przecież do Krakowa te swoje obyczaje, z powodu których nazywali go dzikusem. Oni, ale nie my. Styl życia króla, dla jego współczesnych dziwaczny, przypomina wypisz wymaluj ten, jaki dziś promują ekolodzy. Jagiełło był eko! W ramach rozrywki chodził na długie spacery po lasach zamiast zamroczony trunkiem leżeć pod stołem, pijał tylko źródlaną wodę, no i codziennie brał kąpiel. A Jadwiga... cóż... pod pięknymi sukniami nosiła kaleczącą ciało włosiennicę, a w czasie licznych postów katowała się umartwieniami, z których najbardziej popularnym była rezygnacja z mycia. Całkowita. Oj, coś mi się wydaje, że dla króla-czyściocha sypianie z żoną też mogło być przykrym obowiązkiem...

Tym niemniej trwał dzielnie na posterunku, a Jadwigę zmarłą po porodzie (na gorączkę popołogową, znów ten brak higieny!) szczerze opłakiwał. Następną żonę miała mu rzekomo wybrać... sama Jadwiga. Ponoć przed śmiercią wskazała na Annę Cylejską, rodzoną wnuczkę Kazimierza Wielkiego. Z politycznego punktu widzenia był to niezły pomysł, bo poślubienie piastowskiej księżniczki pomogłoby Jagielle wzmocnić się w roli polskiego króla. Ale na tym koniec dobrych wiadomości. 
Anna Cylejska i Jagiełło - ta szesnastowieczna grafika jest jedynym wizerunkiem królowej 
Drugie małżeństwo króla okazało się pomyłką. Powinien był trochę pomyśleć, zanim pozwolił, by mu ściągnęli dziewczynę na Wawel. Miała 19 lat, strasznie dużo jak na czasy, w których dwunastolatkę uznawano za pełnoletnią. A skoro dobrnęła do tego wieku, ani chybi nie było na nią chętnych.
Jagielle też się nie spodobała. Przyjechała bezbarwna panna, nieatrakcyjna do tego stopnia, że król pieklił się na swatów, że sprowadzili mu taką brzydką żonę. Ale zrobił co kazali. Odwlekał ślub tak długo, jak się dało, jednak w końcu, po ośmiu miesiącach, pojął Annę za żonę. I męczył się z nią przez kolejne trzynaście lat, unikając na wszystkie sposoby. Miał chyba z tego powodu wyrzuty sumienia, co pokazuje jego wyjątkowo łagodny stosunek do niewierności, z której zasłynęła królowa. Bo opuszczona przez męża Anna brała sobie kochanków. Tak przynajmniej plotkowano, choć trochę dziwi, że tych kochanków miała na fury, skoro taka z niej była brzydula. 
Tak czy inaczej najbardziej wyrazistą informacją, jaka o niej przetrwała, jest smakowita anegdota o zawaleniu się podłogi w jej sypialni. Długosz (który Jagiełły nie lubił i takich smaczków nie przegapiał) wywiódł z tej katastrofy jednoznaczny wniosek, że był to skutek namiętnego cudzołożenia królowej. Jagiełło na absztyfikantów żony rzekomo się pieklił, jednego zapakował nawet na trzy lata do zamkowej wieży, ale skandal dziwnie szybko ucichł i rozgrzewał głównie plotkarzy. Być może nie było w tym ani ziarna prawdy, a jeśli nawet, to uciekający przed żoną król wydawał się rozumieć jej samotność.
Anna zresztą szybko wybawiła wszystkich od kłopotów ze swoją niesforną osobą, umierając na jakąś bliżej nieznaną chorobę w wieku zaledwie lat 35. Zostawiła Jagielle córeczkę, ale królestwo czekało przecież na małego króla. Wielmożowie z miejsca zaczęli więc przegląd wolnych księżniczek, ale zanim zdążyli się uwinąć, dostali prztyczka w nos. Król się zakochał.

Elżbieta Granowska na obrazie z końca XVIII wieku
Lepiej późno niż wcale, chciałoby się powiedzieć, ale trochę mu to czasu zabrało, prawda? Dobijał już siedemdziesiątki. Pomyślał sobie pewnie, że ma prawo choć jeden raz w życiu posłuchać serca i wybrać sobie kobietę, jakiej pragnie on, a nie państwo. Partnerkę, a nie kolejne dziecko. Uczucia ulokował świetnie - także dziś ten związek uznalibyśmy za dobrany. Gdy stanęli przed ołtarzem z Elżbietą Granowską, on miał 67 lat, ona 47. On był wdowcem, ona też pochowała już trzech mężów i była wdową z czwórką dzieci. W młodości słynęła z wielkiej urody i nadal była piękna. Do tego inteligentna, pełna czaru i najwyraźniej zafascynowana Jagiełłą tak samo, jak on nią. Czy to nie piękne, że pobrali się z miłości?
Gdy to piszę, już czuję, jak nasi kronikarze przewracają się w grobach. Słyszę, jak Długosz wrzeszczy mi nad uchem: "Nie sromał się król tak dostojny brać za żonę kobietę suchotami wyniszczoną i swoją poddankę, wdowę po trzech mężach, zwiędłą i podstarzałą, a stanem i pochodzeniem bynajmniej sobie nierówną. I zdrowie przy ciągłym powodzeniu czerstwe i kwitnące wątlić pożądliwością ku jednej niewieście"?! Marcin Bielski też się wyzłośliwia: "Królowi nie wiedzieć z czego się podobała, iż ją pojął, bo była już stara i wyschła od suchot"! 
Małżeństwo powszechnie uznano za mezalians i niesłychany wprost skandal, a ponieważ Jagiełło zagroził abdykacją, gdyby zmuszono go do oddalenia żony (brawo królu!), ograniczano się do drwin i złośliwości. Najgorsze - i to już nie jest zabawne - że szyderstwa nie ustały nawet po śmierci królowej. Gdy po czterech latach Jagiełło ją stracił, rozpaczał tylko on. A inni... Ech, aż trudno uwierzyć, że mogło to tak wyglądać. Długosz zanotował: "większa nierównie była radość na pogrzebie królowej niżeli na jej koronacji". I dodawał, że "wszyscy przytomni, tak duchowni, jak i świeccy, objawiali radość niezwykłą, wszyscy w świąteczne szaty przybrani, śmiali się i cieszyli w czasie pogrzebu". Właśnie od tych odrażających wiwatów po śmierci Elżbiety zaczyna się nakręcony w 1988 r. serial "Królewskie sny":

Co miał robić król Jagiełło z poddanymi, którzy wiwatowali na pogrzebie jego ukochanej? Którzy nawet parę lat małżeńskiego szczęścia mieli mu za złe tylko dlatego, że ułożył je podług własnych, a nie ich pragnień? Którzy znów mu przypominali, że czas nagli, on się starzeje, a dziedzica korony jak nie było, tak nie ma? Machnął ręką i pozwolił im ożenić się po raz czwarty.

Sonka Holszańska,
wizerunek szesnastowieczny 
Dalej wszystko pobiegło wedle klasycznych wzorów królewskich swatów. Zaczęto szukać młodej i zdrowej księżniczki (a jakże!), wspierając się jakąś bajdą, że stary mężczyzna i młodziutka dziewczyna mają szanse na liczne potomstwo. (W pewnym momencie węgierskiemu królowi Zygmuntowi Luksemburskiemu zaświtało w głowie, by wydać za Jagiełłę swą jedenastoletnią córkę, na szczęście się opamiętał). Wybrano siedemnastolatkę, litewską księżniczkę Sonkę Holszańską. W sumie też dziecko, ale na tyle już dojrzałe, by przykre małżeństwo z siedemdziesięciolatkiem dziewczyna mogła sobie dosłodzić myślą o splendorach, jakie na nią spłyną, gdy zostanie polską królową.
Nie było tak źle. Średniowieczna bajda o płodnym związku starca i nastolatki znalazła zaskakujące potwierdzenie. Sonka zaczęła rodzić synów, kraj się cieszył z królewiczów i tak jak wcześniej sarkał na Elżbietę, tak teraz wynosił pod niebiosa urodę i przymioty Sonki. Przez jakiś czas. Już my tam w Polsce dobrze wiemy, że nikt nie jest doskonały. 
Tuż przed narodzinami trzeciego syna wybuchła sprawa niewierności królowej. Skoro jest młoda, ładna i lubi dworskie życie, to ani chybi zdradza starego króla. Czy aby urodzi jego dziecko? Afera się rozkręcała, plotkowano już o niej w całej Europie, podejrzewani o romanse z królową dworzanie pierzchali z kraju, a ona sama składała uroczyste przysięgi oczyszczające, zaprzeczając pomówieniom.

Jagiełło w plastycznym opisie Długosza:
"Oczy miał czarne i małe, które nigdy nie
pozostawały bez ruchu, ale były ciągle jakoś
rozbiegane i kręciły się w swych oczodołach.
Uszy miał duże, głos tubalny i szybki,
sylwetkę gładką i zręczną, a szyję długą"
Nie wiem, czy Jagiełło w zdradę Sonki uwierzył czy nie. Był już zaprawiony w takich bojach, nie pierwszy to raz plotkowano, ze żonka przyprawia mu rogi. Na pewno całą sprawę wziął sobie do serca głębiej niż historię z Anną, bo teraz kwestionowano jego ojcostwo, a chodziło o następców tronu. Historycy wspominają, że od tego czasu stosunki króla i królowej mocno ochłodły, ale przecież nigdy nie były gorące. Plotki o zdradach Sonki też po części wzięły się stąd, że Jagiełło zawsze miał coś ważniejszego do roboty niż zabawianie żony na Wawelu, gdzie często zostawiał ją samą. Od królowej oczekiwał jedynie następcy tronu, nic więcej. Hałaśliwa wawelska seksafera umarła jednak w końcu śmiercią naturalną, bo królewicze rośli i tylko ślepy by nie zauważył, że noszą rysy króla. Kronikarze podkreślali, że zwłaszcza ten trzeci, najmłodszy, jest "we wszystkim ojcu Jagiełłowi podobny". 

No i świetnie. Ten trzeci, najmłodszy, Kazimierz Jagiellończyk, zostanie wielkim królem, dziś uznawanym za najwybitniejszego władcę w historii Polski i jednego z największych w Europie. On w przeciwieństwie do ojca znajdzie sobie żonę, którą pokocha i z którą szczęśliwie przeżyje całe życie (choć historia na początku też będzie dramatyczna, tutaj ją znajdziecie). Jego ojciec podobnego szczęścia w miłości nie miał i nazywany jest dziś "wiernym mężem niewiernych żon". Coś w tym jest. Tylko jednej z nich, Elżbiety Granowskiej, nigdy nie oskarżono o zdradę, nieważne, serca czy ciała. Ale też tej jednej nie pozwolono mu kochać.

niedziela, 30 czerwca 2013

Little Boy i dziewczyny

Jesień 1943 r., Stany Zjednoczone, gdzieś w Tennessee. Celia Szapka siedzi w samochodzie, który w końcu dojechał na miejsce przeznaczenia, i ściskając walizkę zarzeka się, że za żadne skarby nie wysiądzie. Za nic! Wokół rozciąga się morze błota, a ona wydała 23 dolary (dwadzieścia trzy dolary!) ze swojej pensji sekretarki na markowe pantofelki I. Millera. Nigdy w życiu nie miała takich drogich butów! Wystroiła się do tej nowej pracy w najlepszą sukienkę, założyła eleganckie buciki po to tylko, żeby je od razu zniszczyć? Przecież widzi, że koleżanki, które wysiadły, zapadły się w miękkiej ziemi po kolana! Ona nie wyjdzie.
Kierowcy się śpieszy i widząc upór Celii, robi pierwszą rzecz, jaka wpada mu do głowy. Wyskakuje z auta, otwiera drzwi od strony pasażerów, łapie dziewczynę na ręce i stawia ją bezpiecznie przed wejściem do wielkiego budynku wyrastającego z morza błota. Celia otwiera drzwi i widzi swoje towarzyszki podróży, myjące buty i stopy w małych umywalkach umieszczonych przezornie tuż za drzwiami.
Celia (Szapka) Klemski w 1943 r. i dziś

Błoto. Wszechobecne i nigdy nie wysychające, niezależnie od pory roku i pogody. To pierwsze, co rzuca się w oczy po przybyciu do Oak Ridge, dziwnego miasta wyrastającego we wschodnim Tennessee. Miasta? Czy "to" przypomina jakiekolwiek miasto? Odcięte od świata, ogrodzone drutem kolczastym, z uzbrojonymi wartownikami w bramach, którzy zatrzymają każdego, kogo przywiodła tu zwykła ciekawość. W centrum tego miasta wynurzają się z błota ogromne fabryczne hale, a wokół ciągną się dziwne osiedla - chat, przyczep campingowych i domków z prefabrykatów stawianych w błyskawicznym tempie (co pół godziny przybywa nowy). To miasto niepodobne do innych i tylko trwająca wojna jest w stanie usprawiedliwić jego istnienie.

Celia i jej koleżanki przyjechały w to dziwne miejsce z dwóch powodów. Po pierwsze, powiedziano im, że zarobią tu dużo lepiej niż gdziekolwiek indziej, po drugie, ich praca będzie mieć niezwykłą wagę  Hale budowanych tu Zakładów Technicznych Clinton (CEW) kryją tajemniczy wojskowy projekt, o którym wiadomo tyle, że ma przyspieszyć zakończenie wojny. Dla dziewczyn jest to nawet ważniejsze niż dodatkowe pieniądze. Każda ma kogoś na froncie - kuzynów, braci, ukochanych. Każda wygląda od nich listów i każdej zależy, żeby wrócili szybko i bezpiecznie. Jeżeli ich praca w tym pomoże, będą to robić… Ale co? Co będą robić? A… o to jedno spytać nie mogą.
Dziewczyny z Oak Ridge.
Napis na znaku widocznym z tyłu: "Daj z siebie wszystko dla CEW. Chroń informacje dotyczące projektu"

W ciągu kolejnych dwóch lat powstanie w Oak Ridge najdziwniejsza w świecie społeczność - ludzi złączonych wspólną pracą nad gigantycznym przedsięwzięciem, w którego sens wierzą, ale o którego istocie nie mają najbledszego pojęcia. Są ich tysiące, dziesiątki tysięcy. Niektórzy ściągają tu całymi rodzinami, ale najwięcej jest młodych kobiet, takich jak 24-letnia Celia, córka polskich emigrantów z górniczego miasteczka w Pensylwanii. Po liceum, ale bez szans na studia. Z biednych domów, ale z otwartą głową, niegłupie i godne zaufania. 


Panele sterownicze obsługiwane przez młode kobiety
w zakładach zbudowanych w Oak Ridge
Pantofelki I. Millera Celia pierwszego dnia wrzuci na dno szafy i przez kolejne miesiące nie będzie sobie zawracać nimi głowy. Dziewczyny z Oak Ridge, ubrane w spodnie i sznurowane trzewiki, poczują się jak rekruci wysyłani na pierwszą akcję. Od nich i innych pracowników nie wymaga się zwykłej lojalności, ale lojalności totalnej. Mają wykonywać przydzielone im zadania - w laboratoriach, biurach, fabrykach - na okrągło, przez całą dobę. I nie zadawać żadnych pytań. Nie dociekać, co kryją pulpity obsługiwanych przez nich maszyn, nie dopytywać przełożonych, domysły zostawiać dla siebie. Nie zastanawiać się, co przywożą do miasta wyładowane po brzegi pociągi i ciężarówki ani gdzie znikają te tony ładunków. "Ciągle coś wjeżdża, nic nie wyjeżdża" - szepcą mieszkańcy okolicznych osad. Ale ci z Oak Ridge mają trzymać buzię na kłódkę. Nie wspominać o pracy matkom, przyjaciołom ani żonom czy mężom, jeśli ich znajdą. Ani słowa. Nikomu. "Nie przysyłaj więcej listów" - prosi matka Celię. Dziewczyna jest zdumiona, myślała, że na jej listy rodzina wyczekuje. "Dlaczego, mamo?". "Bo nic z nich nie rozumiem". Większość zdań zamazywana jest czarnym atramentem. Listy z Oak Ridge są jak listy z frontu.
Krajobraz rosnącego błyskawicznie miasta: baraki i domy z prefabrykatów. W szczytowym okresie budowy jeden dom powstawał nawet co pół godziny

W Oak Ridge wszystko podlega cenzurze. Nikt też nie próbuje ukrywać przed mieszkańcami, że są nieustannie obserwowani, że śledzą ich tysiące par oczu, jak w domu orwellowskiego Wielkiego Brata. Szpiegować cię może twoja najlepsza koleżanka z pokoju w bursie i kolega, który zaprasza cię na randki. 

Tańce - najpopularniejsza rozrywka mieszkańców, których średnia
wieku nie przekraczała 27 lat
Bo w cieniu tajemniczych fabryk toczy się przecież normalne życie. Powstają szkoły, sklepy, kafejki. Ludzie organizują sobie szczupły wolny czas na potańcówkach, boiskach, w kółkach hobbystów i w samochodowym kinie. Ściągnęły tu całe rodziny z dziećmi, ale przede wszystkim tłumy młodych i wolnych (średnia wieku w Oak Ridge wynosi 27 lat), coraz szybciej przybywa więc kolejnych małżeństw. Celia Szapka właśnie tutaj poznaje Henry'ego Klemskiego, chłopaka z "dobrej katolickiej rodziny", polskiej, jak jej. Zakochują się, biorą ślub w kaplicy na wzgórzu. A kiedy już zamieszkują razem w jednym z papierowych domków i zaczynają jadać we własnej kuchni, a nie w zakładowych stołówkach, najtrudniej im poradzić sobie z chwilami, kiedy Henry wraca z pracy. Celia wie, że podając mu obiad, nie może zadać pytania, jakie zadają wtedy wszystkie żony wszystkim mężom na świecie: "Jak ci minął dzień?". W Oak Ridge tego mąż nie może powiedzieć swojej żonie.


Miasto oblepiono plakatami, nawołującymi do zachowania
czujności. Tutaj napis głosi: "Twój długopis i język mogą
stać się wrogą bronią. Uważaj na to, co piszesz i mówisz"
Żeby nie zwariować, ludzie ratują się humorem. Jest trochę tak, jak w komunistycznej Polsce. Oczywiście, zachowując wszelkie proporcje - mieszkańcy Oak Ridge zgodzili się na ciągłą inwigilację, ale mogli ją w każdej chwili olać, wyjechać, wrócić do dawnego życia. Większość jednak trwała w poczuciu misji lub choćby z powodu niezłych zarobków, a z surrealistyczną codziennością radziła sobie trochę tak, jak my za komuny. Skoro na poważnie nie można było dociekać, czym się zajmuje ośrodek, wymyślano absurdy. Mówiono na przykład, że CEW produkuje specjalną niebieską farbę do rozpylania na powierzchni oceanu, by wynurzające się łodzie podwodne pozostały niezauważone przez wroga. Dzieci też miały własne zdanie. "Robią tu melasę!" - krzyczały. Redakcja wychodzącego w mieście tygodnika "Oak Ridge Journal", wykazywała się godną podziwu autoironią, kpiąc: "CZY WIECIE, ŻE... w związku z pewnymi okolicznościami, na które nie mamy żadnego wpływu, nie możemy na razie drukować w naszej gazecie żadnych nazwisk. To wyjaśnia, dlaczego nie publikujemy wiadomości ani nawet wyników rozgrywek w kręgle (...). Jesteśmy wyjątkowi - to jedyna gazeta w kraju, która nie publikuje żadnych wiadomości".

I tak będzie aż do pewnego sierpniowego dnia 1945 roku. Wtedy w jednej chwili wszystko stanie się jasne, tak przeraźliwie jasne, że ludzie w Oak Ridge zatoczą się z wrażenia. Ich anonimowa mieścina, nieistniejąca na żadnej mapie, pojawi się w przemówieniu prezydenta Trumana i znajdzie się na ustach świata. Będzie to szesnaście godzin po tym, jak rankiem 6 sierpnia bombowiec Enola Gay zrzuci na Hiroszimę pierwszą bombę atomową - Little Boy, jak ją pieszczotliwie nazwano. 9 sierpnia powtórzy się atomowy atak na Nagasaki.  W Hiroszimie natychmiastową śmierć poniesie 70 tysięcy ludzi, a wkrótce te dane zostaną poprawione na 140 tysięcy zabitych. W Nagasaki ofiar będzie 40 - 70 tysięcy. Kilka dni później Japonia podpisze kapitulację. Mieszkańcy Oak Ridge dostaną dowód, do czego służyła ich zakamuflowana, pełna wyrzeczeń praca, mająca przyspieszyć koniec wojny. Ten koniec nastąpił dzięki użyciu najbardziej śmiercionośnej broni w historii. To nad nią pracowały dziewczyny z Oak Ridge.
Kula ognia po atomowym wybuchu w ramach testu Trinity 16 lipca 1945 r., poprzedzającego atak na japońskie miasta

Opwieść o Celii i jej koleżankach znajdziecie w książce Denise Kiernan „Dziewczyny atomowe. Nieznana historia kobiet, które pomogły wygrać II wojnę światową”. Jej polskie wydanie trafiło do księgarń 3 lipca. To fascynująca lektura. Autorka w niezwykle sugestywny sposób opowiada o sławnym Projekcie Manhattan, którego efektem była konstrukcja bomby atomowej. Głównymi bohaterami wcale nie są naukowcy ani wojskowi, ale zwykłe kobiety, takie jak Celia - ja z oczywistych względów skupiłam się w tym tekście na Polce, ale to tylko jedna z wielu "atomowych dziewczyn" opisanych w książce. W tle ich zmagań toczy się wielka historia, którą już wszyscy dobrze znamy. 
Kompleks w Oak Ridge jest ściśle powiązany z ośrodkiem w Los Alamos, gdzie genialni fizycy pod wodzą Roberta Oppenheimera uznali, że rozszczepienie jądra atomu może być nowym źródłem energii, miliony razy większej niż wszystko znane na Ziemi, a oni ze wzbogaconego uranu potrafią skonstruować broń o nieporównywalnej sile rażenia. Wyzwolić energię tysiąca słońc. Potrzeba na to miliardów dolarów i tysięcy ton rud uranu, z których grupy ludzi, pracując dzień i noc w gigantycznych laboratoriach i fabrykach, wyizolują wzbogacony uran. Pociągi wyładowane surowcem jadą do Oak Rodge, a potem kurierzy wywożą do Los Alamos uzyskany zeń cenny produkt - niebieskozielone kryształki, zapakowane do maleńkich niklowanych pojemników, przypominających puszki kawy. Miasto, do którego ciągle coś wjeżdża, nic nie wyjeżdża... Pamiętacie? Teraz wszystko stało się jasne.
Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2013
Jak pisze Denise Kiernan, ten najambitniejszy projekt w historii wojskowości nie zależał tylko od wojska i genialnych umysłów uczonych z Los Alamos, ale "spoczywał na barkach dziesiątek tysięcy zwykłych ludzi, w tym wielu młodych kobiet". To prawda. Ale w mojej pamięci została po lekturze tej książki jeszcze jedna kobieta, starsza i o głośnym nazwisku, choć nie tak głośnym, jak na to zasługuje. Myślę o Lise Meitner, austriackiej uczonej żydowskiego pochodzenia, która po Anschlussie Austrii musiała uciekać do Szwecji. To ona prowadziła z Otto Hahnem doświadczenia nad promieniotwórczością, i to z nią Hahn, gdy była już na emigracji, konsultował listownie wyniki swoich późniejszych doświadczeń, dla niego dziwne i niezrozumiałe. Lise zrozumiała. Wyjaśniła zjawisko, które dało poczatek wyzwolenia gigantycznej energii maleńkiej cząstki. Rozszczepienie jądra atomu - tak je nazwała, uwalniając tym samym prawdziwą reakcję łańcuchową, w której zderzyły się ze sobą nauka, przemysł i armia. Zaproszono ją do pracy przy Projekcie Manhattan, ale odmówiła. Wiedziała, czego dotyczy, i nie chciała mieć z tym nic wspólnego. W dniu, w którym zbombardowano Hiroszimę, 67-letnia uczona spędzała wakacje nad jeziorem w małym szwedzkim Leksand. Kiedy gospodarz, u którego się zatrzymała, przyniósł jej wiadomość, usiadła i zaczęła płakać.

Autorem wszystkich fotografii jest James Edward Westcott, publikacja dzięki uprzejmości National Archives